Aktualizacja włosowa- Luty 2015 + plan na najbliższe tygodnie

Daaaaaawno na blogu nie było nic na temat włosów, a ja przecież cały czas walczę o to aby w końcu zaczęły wyglądać.

Ostatnie cięcie było w sierpniu, wtedy też zdecydowałam się na zrezygnowanie z wieloletniego cieniowania włosów i wyrównania ich. Do tego aby końcówki były idealnie równe troszkę jeszcze brakuje ale jestem na dobrej drodze. Ścięłam wtedy włosy do ramion i jak widać urosły całkiem sporo.

Na zdjęciach kompletnie nie prezentują swojej topowej formy i są nieco ulizane, ale w dni gdy mam good-hair-day zazwyczaj nie ma mi kto zrobić zdjęcia. Zadowolę sie więc tym co mam.


Aha no i muszę wspomnieć, że zdjęcia były robione w różnych pomieszczeniach i o różnych godzinach, dlatego na niektórych bardziej się błyszczą itp, kwestia oświetlenia pomieszczenia.






Włosy tego dnia umyte zostały szamponem Biały Jeleń, na to na chwilke nałożyłam odżywkę Balea Aloes i Mango. Następnie na jakieś 5 minut nałożyłam 1/2 ampułki olejku regenerującego z Marion.
Następnie spryskałam włosy odżywką bez spłukiwania Aussie, a na końce nałożyłam serum wzmacniające Pantene.


Bardzo podoba mi się błysk włosów i to, że wyglądają na całkiem zdrowe. Denerwują mnie lekko końcówki, które już chyba wymagają podcięcia. Korci mnie, żeby podciąć je maszynką elektryczną na prosto. Zyskają wtedy na grubości. Jak tylko uproszę mojego chłopaka aby pełnił funkcję fryzjera to się skuszę ;)



Powzięłam tez ambitny plan na następne 6 tygodni.
Planuję wznowić moją kurację tabletkami Regital oraz dodatkowo wcierać w skórę głowy wodę brzozową. Cały czas walczę o zagęszczenie włosów, ale i nie obrażę się jak urosną parę nadprogramowych centymetrów.




Moje cienie z Inglota cz. 2- kolorowe maty

Pierwsza część dotycząca neutralnych matów cieszyła się dużym zainteresowaniem. Dziś nadszedł czas na prezentację kolejnej części, także matowej, ale tym razem w żywszych kolorach.



W dzisiejszym poście przybliżę kolejne 7 cieni.
Zaczynamy!

*343- przepiękny kanarkowy żółty kolor. Lubię dodawać ten cień jako kolorowy akcent, na przykład w połączeniu z szarością 378. Cień jest przepięknie napigmentowany i pasuje bo niebieskiej tęczówki.


* 383- czyli przyjemna pomarańczka. Ma dosyć mocny pigment, ale łatwo się z nią pracuje bo nie jest sucha i nie osypuje się.

* 311- ten odcień to według mnie koral wpadający w róż. Lubię go latem, z opalenizną wygląda czadowo. Pod względem jego jakości również jestem zadowolona, choć nie polecam nakładać go na mokro bo wtedy robi się strasznie czerwony.


* 362- przepiękny róż, coś na pograniczu fuksji i typowego barbie pink. No cóż nieraz mam po prostu ochotę na taki kolor.

*114- cień z serii Rainbow, której jakąś wielką fanką nie jestem. Za fioletami też jakoś nie szczególnie przepadam, więc dlatego zdecydowałam się na trzy odcienie w jednym. Pigmentacja jest w porządku, choć ten najjaśniejszy cień jest taki trochę kredowy. No i nie lubię tego, że przy nabieraniu cienia na pędzel muszę uważać, aby nie "zahaczyć" o pozostałe.

* 332- najświeższy cień w mojej kolekcji, dodatkowo to chyba był jakiś prezent. Odcień jest bardzo fajny, ja go nazywam takim "dżinsowym" kolorem. Fajnie się z nim pracuje, nie robi plam z czym się często spotkałam przy granatowych kolorach. Kolor można stopniować.


* 333- czyli taka troszkę ciemniejsza zieleń. Kolor bardzo nasycony o mocnej pigmentacji. Był czas, że miałam fazę na smoky eyes z dodatkiem zieleni. Wtedy bardzo chętnie po niego sięgałam.


Tak te kolory prezentują się na skórze:


Używacie w swoich makijażach mocniejszych kolorów?
Ja na codzień preferuję neutralne kolory, jednak raz na jakiś czas weźmie mnie chęć na takie tęczowe szaleństwa i lubię się wtedy wyżyć artystycznie ;-)
Z wyżej pokazanych moim ulubionym jest chyba ta piękna kanarkowa żółć, ponieważ nie jest taka bardzo ciepła jak to zazwyczaj z takimi odcieniami bywa.

Moje cienie z Inglota cz. 1 - neutralne maty

Często trafiacie na mojego bloga wyszukując hasło "co warto kupić w Inglocie". Jako, że jestem zakochana w cieniach tej marki postaram się w kilku postach przedstawić całą swoją kolekcję cieni tej marki.

Jak już niektórzy z Was wiedzą byłam pracownicą firmy Inglot przez dosyć długi okres czasu. Miałam więc okazję dobrze poznać każdy produkt tej marki i przetestować go na własnej skórze. Każdy cień wybierałam starannie, oglądając go parenaście razy i wypróbowując przed zakupem. Gdy jakiś cień wpadł mi w oko to swtachowałam go na ręce, sprawdzałam czy nie jest kredowy i czy dobrze się rozprowadza. Następnie nabierałam trochę cienia opuszkiem palca i przykładałam ten palec do oka, obserwując jak przy takim kolorze wygląda moja tęczówka. Lubię cienie, które "wyciągają" błękit oka. Gdy kończyłam zmianę "za dnia" i słońce wisiało jeszcze na niebie, tuż przed wyjściem z pracy robiłam swatcha na lewej dłoni i jadąc autem do domu obserwowałam sobie ten kolor, jak wygląda w świetle naturalnym i mocnym słońcu. Jeżeli po powrocie do domu kolor nadal mi się podobał i miałam pomysł z czym ewentualnie mogłabym go połączyć, to kupowałam go. Wiem, że dla niektórych z Was to brzmi jak wieeele zachodu żeby kupić cień, ale dzięki temu jestem niemal 100% zadowolona ze swojej kolekcji. W moim przypadku nie ma było mowy o "przypadkowym i nieprzemyślanym" zakupie, bo najzwyczajniej w świecie nie lubię marnotrawstwa i jak mi coś leży nieużywane. Wiem, że wiele z Was się skarży, że w świetle salonów lub wysp cień wyglądał zupełnie inaczej niż później okazało się w domu. Niestety tak to już jest w galeriach handlowych a wiem, że nie każdemu z Was chce się wychodzić na światło dzienne i oglądać swatche cieni lub róży.

Starałam się aby wszystkie zdjęcia w jak najlepszy sposób odzwierciedlały rzeczywisty wygląd każdego cienia. Dziś część I- czyli matowe cienie w neutralnych kolorach. Wszystkie cienie pochodzą z serii Freedom, czyli do samodzielnego komponowania paletek.



No to zaczynamy!


* 353- czyli odcień o którym wspominałam w TYM poście o cielistych cieniach do powiek. W komentarzach wiele z Was chwaliło ten odcień. Dla mnie jest to idealny odcień do wyrównania kolorytu powieki, rozcierania granic cieni a także czasami używam go pod brew. Nie jest kredowy, nie pyli. Uwielbiam go!


* 319- czyli taki lekko przybrudzony majtkowy róż ;-) Bardzo przyjemny odcień bazowy, podkreśla błękitną tęczówkę i nadaje oku takiej świeżości. Inne kolory oczu też powinny być z niego zadowolone.


* 390- baaardzo jaśniutki odcień beżo-brązu, coś a'la kawa z mlekiem. Gdy jestem blada jest to mój kolor to zaznaczania załamania powieki, a gdy jestem opalona ląduje na ruchoma powiekę.


*337- trochę ciemniejsza wersja 390. Na skórze wypada jednak o wiele cieplej niż 390. Jaśniutki brąz, powiedziałabym nawet, że taki jakby orzechowy kolor. Ten cień nieco różni się od innych, bo jest zdecydowanie twardszy przez to na pędzelek nabiera się go o wiele mniej. Nie przeszkadza mi to jednak. Używam go na codzień do zaznaczania załamania powieki.


* 360- chłodny, średni brąz. Swego czasu miałam na jego punkcie malego bzika i używałam go non stop przez jakiś miesiąc. Do mocniejszego podkreślania załamania lub po prostu roztary w zewnętrznym kąciku, aby zrobić lekko przydymione oko.


* 327- najciemniejszy z moich matowych brązów, wpadający raczej w te cieplejsze tony. Ładnie wygląda w połączeniu ze złotym cieniem.


* 378- to chyba mój najukochańszy cień zaraz po 353. Taka trochę mieszanka szarości i chłodnego brązu. Pamiętam, że przez parę miesięcy miałam prawdziwą obsesję na jego punkcie. Idealnie nadaje sie do szybkiego makijażu Nabierałam ociupinkę na puchaty pędzelek i rozcierałam go w zewnętrznym kąciku i załamaniu, ale główny pigment koncentrowałam na zewnętrzny kącik. Kolor ten robił z moich tęczówek 100x bardziej niebieskie i wyraziste. Do tego kreska i miałam klasyczny makijaż pasujący mi niemal do wszystkiego. Gdy tylko miałam go na oczach dostawałam mnóstwo pytań o cień i większość osób nie wierzyło, że mam makijaż zrobiony tym tylko jednym cieniem.


*63- klasyczna, matowa czerń. Pigmentacja jest w porządku, najlepszy czarny cień jaki znalazłam w asortymencie Inglota. Ja głównie przyciemniam nim linię rzęs, ale do smoky eyes tez się nada :-)


Teraz czas na prezentację kolorów na skórze, jak widać niektóre kolory wypadają zupełnie inaczej niż można by to sobie wyobrazić patrząc na cień w opakowaniu.




I to by było na tyle części pierwszej.
Niebawem spodziewajcie się części o kolorowych matach, moich ukochanych perłowych cieniach oraz czym jest wykończenie DS w Inglocie i jakie cienie z nich posiadam.


Który cień z wyżej przedstawionych podoba Wam się najbardziej? Może macie jakiś w swoich zbiorach?


Zobacz także:
Moje Top 12 z Inglota, czyli produkty, które uwielbiam!

Porównanie matowych cieni w kolorze cielistym #Inglot #Kobo #Sensique


Matowy cień w cielistym odcieniu to podstawowy produkt w mojej kosmetyczce.
Uwielbiam go za to, że robi świetną bazę pod inne cienie a przy okazji wyrównuje koloryt powieki i kryje wszystkie niebieskawe żyłki, których niestety na moich powiekach jest sporo. Używam go przy każdym swoim makijażu, b lubię jak powieka wygląda schludnie.


W moich zbiorach obecnie znajdują się 4 cienie o kolorystyce jasnego, cielistego beżu.


* Inglot 353- czyli chyba mój niekwestionowany faworyt. Lubię jego konsystencję, bo równomiernie nabiera się na pędzel i nie pyli. Pigmentacja jest bajeczna. Dodatkowo jest to chyba najbardziej żółtawy odcień z pokazanych, ale dzięki temu wspaniale niweluje zaczerwienienia i zakrywa żyłki. Robi dobre "tło" pod inne cienie, często stosuję go też do rozcierania granicy cieni. Lubię go także solo, bo dzięki niemu moje powieki wyglądają schludnie i świeżo (nienawidzę widoku spoconych powiek!). Wydajny, 13 zlotych za sztukę. Uwielbiam i muszę zdradzić, że jest to JEDYNY cień, którego posiadam zapas.

* Sensique- niestety nie wiem jaki jest numer tego koloru bo napisy z tyłu się wytarły, ale jest to chyba jedyny matowy odcień z całej gamy Sensique. Ten cień jest chyba najdelikatniejszy z posiadanych przeze mnie, jego pigmentacja jest średnia przez co efekt jaki nim uzyskamy jest bardzo naturalny, bo nie przykryje on wszystkich żyłek itp. Konsystencja jest w porządku, nie pyli się. No i przede wszystkim cena to coś koło 6-8 złotych. Dla osób niewymagających powalającej pigmentacji i ceniącym sobie naturalny efekt polecam.

* Kobo- Sandy Beach jest kolorem jaśniejszym, wpadającym bardziej w żółtawą tonację, natomiast Rosy Brown jest nieco bardziej różowawy. Niestety w przypadku cieni Kobo nie jestem oczarowana. Bardzo denerwuje mnie konsystencja tych cieni ponieważ są bardzo suche, niemal kredowe i niemiłosiernie się pylą. Przy nabieraniu ich na pędzel robi się taki bałagan, że rzadko po nie sięgam. Cena jednego cienia w pojedynczym opakowaniu to aż 17,99 zł. Z tego co wiem dostępne są też w formie wkładu do paletki za 9,99 zł.



Tak wszystkie te cienie prezentują się na skórze:




A Wy macie swój ulubiony cielisty odcień?




P.S. Zapraszam również na mojego Instagrama!   >>KLIK!<<

15 Pan Project- czyli co chcę zużyć w 2015 r

Jednym z moich celów na 2015 roku jest dążenie do kosmetycznego minimalizmu. Tak to brzmi w teorii. Niestety w rzeczywistości bardzo ciężko mi jest dokończyć coś co rozpoczęłam. Zawsze mam słomiany zapał i szybko się zniechęcam. Za przykład znakomicie może poświadczyć mój egzamin na prawo jazdy. Zdałam za 5-tym razem, ale zajęło mi to jakieś 4 lata. Dokładnie tak.

Tym razem mocno się zawzięłam i mam nadzieję osiągnąć swój cel. No, ale o co tak właściwie chodzi? Zainspirowana przez blogerki i YT-berki, a głównie przez blog kosmetykoholiczki i jej Projekt 10 Pan >>>KLIK<<<  zrobiłam ostatnio gruntowny przegląd swoich kosmetyków.
Część z nich powędrowała do kosza, ponieważ miały już za sobą najlepsze czasy. Wybrałam też 15 kosmetyków (bo mamy rok 2015 heeeloł!), które chciałabym jak najprędzej zdenkować. Brałam pod uwagę to, jak długo dany produkt jest w moim posiadaniu, ponieważ chciałabym zapobiec jego szybkiemu zepsuciu się. Uwzględniłam również co zrobię po zużyciu tego produktu, kupię ponownie czy może sięgnę po inny.

Przechodząc do sedna, oto moja 15 do Projectu Pan:


1. Róż Inglot w kolorze 72- jest u mnie już około 2 lat. Bardzo ładny twarzowy kolor, sama w sumie nie wiem czemu tak rzadko po niego sięgam.

Jak go zużyję to mam jeszcze masę innych róży w kolejce ;-)

2. Paletka cieni do brwi Catrice- jest już nieco zmasakrowana i przez to nie mogę zabierać ją ze sobą w podróż. Jestem z niej bardzo zadowolona, miała swoje 5 minut na blogu >>KLIK<<.

Jak zużyję to prawdopodobnie ponowię zakup, chyba ze coś innego mnie oczaruje. 

3. Cielista kredka Paese- jakoś mi z nią nie po drodze. Wydaje mi się, że o wiele lepiej wygląda u mnie biała kredka, bo ta wygląda u mnie mocno żółto. Tą jednak postaram się zużyć do podkreślania przestrzeni pod brwiami, lub do wewnętrznego kącika oka.

Jak zużyję to rozejrzę się za czymś w bardziej różowawej tonacji.

4. Baza pod cienie Artdeco- bardzo słynna, ale u mnie szalu nie robi. Nie podoba mi się, ze ma dosyć perłowe wykończenie na powiece i nie trzyma moich tlustych powiek w ryzach.

Jak zużyję to na pewno do niej nie wrócę.

5. Krem BB Lioele-  lubię go jako bazę pod podklad lub solo na jakieś luźniejsze dni.  Ostatnio mi z nim nie po drodze bo prawie w ogóle się nie maluję. W opakowaniu zostało go już niewiele a jest ze mną już jakiś czas.

Jak zużyję to nie planuję powrotu.

6. Puder transparentny Essence- bardzo dobrze matowi cerę, niestety nałożony w za dużej ilości może bielić. Udało mi się dobić w nim do blaszki, dlatego sprawi mi to przyjemność jak zyżuję go już do końca.

Jak zużyję to w kolejce czeka puder z Catrice,

7. Bronzer W7 Honolulu- był czas, że w blogosferze był naprawdę słynny. W moim egzemplarzu też już widać powoli blaszkę. Ma on swoje plusy jak i minusy, ja ostatnio widzę więcej minusów dlatego jakoś mi z nim nie po drodze. Przydaje się również gdy chcę ocieplić nieco twarz, a reszta moich bronzerów jest w kolorystyce bardzo chłodnej.

Jak zużyję to chciałabym wypróbować Hooli z Benefitu lub może coś innego wpadnie mi w oko.

8. Baza rozświetlająca z P2- produkt jest całkiem w porządku. Lubię nakładać go aby nadać cerze nieco blasku. Niestety w codziennym makijażu "na szybko" najzwyczajniej w świecie o nim zapominam.

Jak zużyję to chciałabym wypróbować bazę rozswietlająca z L'oreal.

9. Puder Bourjois Healthy Mix- bardzo przyzwoity produkt, wygląda naturalnie na twarzy i utrwala podkład. Posiadam wersję najjaśniejszą, która niestety w zimowe dni, gdy jestem ekstra blada, jest sporo za ciemna. Ciężko też zużywa się takie skrawki pudru, bo pędzlem trzeba się namęczyć aby go równomiernie nabrać.

Jak zużyję to w kolejce czeka puder Catrice.

10. Podkład MAC Studio Fix- mamy ze sobą relację love-hate. Na stronę hate znacznie przemawia też fakt, że mam źle dobrany odcień, który w moje normalne dni wygląda za ciemno i za różowo. Mogę go stosować tylko gdy jestem wysmarowana samoopalaczem.

Jak zużyję to kupię lepiej dobrany odcień bo na większe wyjścia podkład jest świetny.

11. Essence rozświetlacz w kremie- jakoś mi z nim nie po drodze, bo najlepiej nakładać bo na sam podkład a ja jakoś odruchowo pudruję na szybko buzię i dopiero wtedy uświadamiam sobie, że jest już "za późno". Ostatnio też dosyć rzadko sięgam po rozświetlacze.

Jak zużyję to nie planuję powrotu.

12. Fluid matujący Under20- również produkt przez pewien czas bardzo dobrze znany w blogosferze, mojego serca jednak nie podbił. Została go już dosłownie ociupinka w opakowaniu i muszę się zebrać w sobie i go wykończyć.

Jak zużyję to na codzień chciałabym się przestawic na podkłady mineralne.

13. Korektor Avon Luxe- Taki sobie przeciętniak. Dodatkowo sztyft mi się ułamał, dlatego rzadko po niego sięgam bo boję się, że narobi balaganu. Mam go jednak już jakiś czas i chyba czas aby go wykończyć.

Jak zuzyję to kupię korektor z Maybelline z serii Fit Me albo ten taki z gąbeczką.

14. Korektor Maybelline Affinitone-- duże opakowanie produktu może być jego zaletą jak i wadą. W przypadku tego korektora to trochę mi ono uwiera, bo najzwyczajniej w świecie znudził mi się.

Jak zuzyję to kupię korektor z Maybelline z serii Fit Me albo ten taki z gąbeczką.

15. Podkład Vichy Dermablend- podkład, który wygląda na skórze po prostu prze-pięk-nie. Niestety tylko przez jakąś godzinę a potem robi się masakra. Dlatego muszę o mieszać z innymi. Dodatkowo ten najjaśniejszy odcień taki jasny nie jest i do tej pory nie było nam po drodze.

Jak zużyję to na codzień chciałabym się przestawic na podkłady mineralne.


Ufff całkiem sporo tego. Mam jednak świadomość tego, że gdy opublikuję to na blogu będę miała większą motywację do zużywania. Za jakiś czas na pewno zrobię sprawozdanie z tego jak przebiega akcja :-)

A Wy macie jakies produkty, które Wam zalegają po szufladach?

Kupiłam Cosmopolitan + jestem na Instagramie!!

Chyba nie jestem jedyna, która zazdrości dziewczynom w UK wspaniałych dodatków do gazet.
Taka niespodzianka spotkała ostatnio też dziewczyny mieszkające w Niemczech. Do styczniowego wydania Cosmopolitan dołączony miał być w prezencie pędzel nr 227 z Zoevy.


Fanką takich czasopism typu Cosmo zdecydowanie nie jestem, poziom tego typu czasopism jest dla mnie wręcz żenujący, ale dla pędzla zrobiłam wyjątek i kupiłam. Gazeta z dodatkiem kosztowała mnie 3 euro, podczas gdy ten pędzel kosztuje około 8 euro.


Mój chłopak od samego początku był bardzo sceptycznie do tego nastawiony i próbował studzić mój zapał gdy jeździliśmy od kiosku do kiosku szukając czasopisma, które wszędzie było wykupione.
W końcu znaleźliśmy gdzieś ostatnią sztukę.

Tak się składa, że ja już posiadam w swoich zbiorach pędzel 227 z Zoevy. Mój egzemplarz był zamówiony z niemieckiej strony producenta, gdy Zoevy w Polsce jeszcze nie było. Mam go już od 2 lat i mocno eksploatuję. Tutaj wstawiałam zdjęcie jak wyglądał za czasów nowości. Swoją drogą prawie nic się nie zmienił. No ale wiecie, pędzli do rozcierania nigdy za dużo.

Po lewej pędzel z Cosmo, po prawej mój 2-letni egzemplarz
Okazało się, że mój egzemplarz pędzla o nr 227 nie nazywa się juz Soft Definer, tylko LUXE Soft Definer. Przedrostek Luxe sugeruje, że został on cudownie ulepszony, czyż nie?


Niestety po porównaniu gratisowego pędzla z moim egzemplarzem wnioski nasuwają się same. Wersja Luxe została zubożona w kwestii ilości włosia o jakąś 1/3. Smuteczek.

po lewej pędzel z Cosmo, po prawej mój egzemplarz.
I nie, mój pędzel nie rozciapierzył w skutek używania.

A mój chłopak powiedział tylko "A nie mówiłem?". Nie znoszę gdy ma rację! :)




P.S. Niby nic takiego się nie stało, mam całkiem spoko pędzel za 3 euro. Gazeta od razu wylądowała w koszu. Ale trochę chyba jestem zawiedziona, że firma która stała się ostatnio taka znana zaczęła ewoluować w bardzo brzydkim kierunku i uszczuplać swoje wytwory.




Przy okazji chciałabym Was zaprosić na swój profil na Instagramie, gdzie nieśmiało stawiać swoje pierwsze kroki. Chętnie poznam też Wasze profile, zostawcie w komentarzach Wasze nicki :)

                                            

Aktualna pielęgnacja twarzy

Od połowy września w mojej pielęgnacji twarzy zagościł względny minimalizm. Przekonałam się, ze moja skóra ma się najlepiej wtedy gdy nie przytłaczam jej ogromem produktów i zabiegów. Doszłam do takiego etapu gdy moja skóra na policzkach była non stop tak czerwona, że nie byłam w stanie zakryć jej makijażem. Przeraziłam się wtedy i poszłam do najbliższej apteki szukać pomocy. Na szczęście trafiłam na przemiłą ekspedientkę, która mimo małej bariery językowej, pomogła mi dobrać odpowiednie produkty do pielęgnacji. To ona zasugerowała, że problemem może być kontakt mojej skóry z wodą kranową. Zastosowałam się do jej rad a po miesiącu pobiegłam jej podziękować, bo nowa pielęgnacja zdała egzamin na 100%.

Mam skórę wrażliwą, naczynkową i bardzo łatwo czerwieniącą się. Dodatkowo ma dużą tendencję do przesuszania się.

Oto produkty, które sprawdzają się ostatnio najlepiej:


Pierwszym krokiem w mojej pielęgnacji jest oczyszczanie.
Niestety ze względu na nowe miejsce zamieszkania musiałam zrezygnować z mycia twarzy żelami i wodą. Niemal stuprocentowo ograniczyłam kontakt mojej skóry z wodą z kranu. 
Do zmycia makijażu dzielnie służą mi olej kokosowy oraz płyn micelarny z Biodermy, z serii AR przeznaczonej do skóry naczynkowej.
Oleju kokosowego używam do pierwszego oczyszczenia twarzy. Zmywam nim również makijaż oczu, spisuje się tu doskonale, jednak gdy użyjemy zbyt dużą ilość może to skutkować lekkim zamgleniem oczu. Mój egzemplarz jest olejem nierafinowanym, a więc przepięknie pachnie kokosem. Stosuję go również w pielęgnacji ciała i włosów. Zauważyłam także, że moje rzęsy polubiły taką metodę demakijażu bo zdecydowanie odżyły.
Po oczyszczeniu twarzy olejem kokosowym przemywam ją wacikiem nasączonym Biodermą, aby doczyścić twarz z resztek makijażu a także wyrównać jej Ph.

Po takim oczyszczaniu czuję, że moja twarz jest czysta, jednak nie wysuszona i nie pozbawiona tej wierzchniej warstwy lipidowej, jak to robią niektóre żele do mycia twarzy.

Gdy moja skóra jest podrażniona lub zaczerwieniona (np. od powietrza z grzejników) spryskuję ją wodą termalną z Avene. To malutkie opakowanie dostałam w gratisie przy zakupie kremu.

Moim ulubionym kremem jest obecnie Avene Anti-Rougeurs. Szybko się wchłania, nawilża skórę a co najważniejsze ma zbawienny wpływ na moje naczynka. Już po tygodniu stosowania widziałam różnicę w wyglądzie skóry, która wcześniej była non stop czerwona i piekąca. Krem ten ma też lekko zielonkawy kolor, którego nie widać po aplikacji, a który bardzo ładnie niweluje zaczerwienienia.  

Serum pod oczy z Alverde było kupnem w ciemno. Potrzebowałam pilnie coś pod oczy a to serum wyglądało całkiem zachęcająco. Ma ładny owocowy zapach, lekką konsystencję i szybko się wchłania. Nawilżenie jest przyzwoite. Jednak gdy go wykończę poszukam czegoś bardziej treściwego.
Przy okazji nie polecam kremu pod oczy Balea z serii Urea. Gdy go stosowałam to rano budziłam się z zapuchniętymi i szczypiącymi oczami. Koszmar. 




Gdy czuję. że moja skóra potrzebuje większego nawilżenia lub odżywienia sięgam po serum, które nakładam pod krem. Obecnie posiadam arganowe serum ze Starej Mydlarnii oraz serum z Bioliq.
Ten pierwszy baaaardzo lubię i przepięknie pachnie. O Bioliq nie mogę się za bardzo wypowiedzieć bo użyłam go do tej pory może ze dwa razy. 


Bardzo ważna jest dla mnie odpowiednia pielęgnacja ust. Nie lubię uczucia spierzchniętych lub przesuszonych warg, dlatego zapobiegawczo kilka razy dziennie sięgam po Carmex lub pomadkę z BabyLips. 


Od czasu do czasu, gdy mam ochotę nieco dopieścić moją skórę a ma to miejsce 1-2 razy w miesiącu, sięgam po maseczki. Lubię glinkę anapską, która świetnie uspokaja naczynka i odżywia skórę. Świetnie sprawdza się u mnie również Spirulina. Glinkę lub spirulinę mieszam zazwyczaj z hydrolatem z kwiatów pomarańczy.
Z gotowych maseczek drogeryjnych uwielbiam Ziaję i ich maski regenerujące. Zawsze jak jestem w Rossmanie to robię sobie zapas.



I to by było na tyle. Wiem, że dla niektórych osób taka ilość produktów może wydać się spora, jednak dla mnie jest to optymalna liczba. Nie eksperymentuję z moją skórą, nie testuję co 2 tygodnie nowych produktów i nie kupuję na wyprzedażach, rzeczy których prawdopodobnie nawet nie użyję.
Ustatkowałam się ;-)

Dlaczego kocham Affinitone?

Dzisiaj chciałabym napisać parę słów o podkładzie Maybelline Affinitone. Mam z tym produktem naprawdę dłuuuugą historię. Pamiętam, że używałam go jeszcze będąc licealistką. Pisałam o nim jakieś 4 lata temu i wtedy moja opinia była bardzo pozytywna (KLIK!).

Jak już wspomniałam używałam go daaaawno, dawno temu. Potem wpadłam w szał testowania nowych podkładów i zapomniałam o nim. Dopiero rok temu przypomniała mi o nim koleżanka z pracy, która miała podobne problemy z cerą do moich a jej skóra zawsze wyglądała nieskazitelnie. Kupiłam na promocji za jakieś 15 złotych i po raz kolejny go doceniłam. Chciałabym w dzisiejszym poście napisać o kilku istotnych cechach tego produktu, o których nie wspomniałam w poprzednim poście.


Jego największa zaletą jest przede wszystkim to, że idealnie dopasowuje się do odcienia skóry. Ja posiadam odcień 03 Light Sand Beige, który używała również moja wyżej wymieniona koleżanka. I mimo, że obie mamy kompletnie inne tonacje skóry, ale obie jesteśmy dość blade, to na obu ten podkład wygląda super. Kolejną rzeczą o której muszę wspomnieć to wspaniałe krycie, które mimo wszystko nie wygląda plastikowo. Borykam się z płytka unaczynioną skórą i przez 85% czasu moje policzki są zaczerwienione. Moim głównym celem jest zakrycie tego, ale jednocześnie chcę aby moja skóra wyglądała naturalnie i nie dusiła się pod grubą warstwą tapety. Affinitone wklepany cieniutką warstwą palcami na szybko zapewnia mi komfort w codziennym makijażu i spełnia moje wymagania. Na większe wyjścia lubię nakładać go warstwami za pomocą Beauty Blendera. Udaje mi się uzyskać wtedy efekt, który na YouTube nazywane jest "Flawless Face".


Zauważyłam, że bardzo ważne w tym podkładzie jest to aby nie pudrować go zaraz po aplikacji, trzeba dać mu zaschnąć. W innym przypadku przykładając pędzel do świeżo nałożonego podkładu możemy go nieco zetrzeć i stracić to ciężko wypracowane krycie.

Affinitone po zastygnięciu zostawia na twarzy wykończenie matowo-satynowe. Nie jest to tępy mat, ani mocny błysk. Po prostu skóra wygląda bardzo zdrowo, ma wyrównany koloryt i naturalny blask. Dla osób, które nie mają problemu z trwałością podkładów na ich twarzy mogą odpuścić sobie pudrowanie. Ja osobiście zawsze utrwalam go pudrem, dzięki czemu gości na mojej mieszanej buzi cały dzień. Trwałość jest jego kolejnym niewątpliwym atutem. Nie pozostawia śladów na ubraniach, telefonach ani poduszkach, gdy przydarzy nam się drzemka w środku dnia.

Wygląda dobrze na skórze suchej jak i na mieszanej. Nie wysusza cery, jak to mają w zwyczaju podkłady, które zastygają na twarzy.


Jedyne co w sumie mogłabym mu zarzucić, że pod sam koniec opakowania jego odcień wypada na skórze nieco ciemniej. Nie wiem od czego to zależy, ale moja koleżanka potwierdziła że tez to zauważyła. Mimo wszystko, wybaczam mu to.



Jak widać na zdjęciu powyżej odcień 03 Light Sand beige jest dosyć jasny i wpadający w żółtawe tony. W serii Affinimat jest odcień o tej samej nazwie, jednak jest znacznie jaśniejszy.


Co do wydajności to ciężko mi go podsumować bo to już zależy od sposobu aplikacji i ilości, jakiej potrzebujemy. Niektóre opakowania zużywałam w miesiąc a niektóre mi wystarczały na 2,5 miesiąca. W przeciąo roku 2014 miałam go non stop w kosmetyczce.

Co ciekawe, kupiłam go mniej więcej w tym samym czasie co Studio Fix z MACa, który jak się okazało nie dorównuje Affinitone do pięt a kosztuję kilka razy więcej.
Więc jeśli macie okazję na Studio Fix z MAC  wypróbujcie najpierw Affinitone ;-)
Gorąco polecam ten podkład!