10 kosmetycznych faktów o mnie :)

Każdy ma swoje przyzwyczajenia i preferencje. Także odnośnie kosmetyków. Ja też mam parę swoich dziwactw i przyzwyczajeń o których chciałabym Wam dzisiaj napisać.


1. Mam kompletnego bzika na punkcie cytrusowych zapachów. Zapach pomarańczy lub grejpfruta i jestem kupiona.

źródło:http://bi.gazeta.pl/im/2/11643/z11643532Q,Czas-na--cytrusy-.jpg


2. Nie cierpię natomiast w kosmetykach zapachu miód&mleko. Jest on dla mnie koszmarny i niezwykle mdły. Nie lubię i unikam jak ognia. Niestety jest to ulubiony zapach mojej mamy.

źródło: http://p2.sexymamy.pl/e0b2408c91435f0a471d15b0082b2797.jpg
3. Nie kręcą mnie pudełka typu Glossybox i Shinybox. Nie widzę sensu aby płacić 50 złotych miesięcznie aby dostać parę randomowych próbek i jakieś pełnowymiarówki. Wiem, że dla niektórych osób to fajna okazja aby poznawać nowe firmy i produkty. Ja jednak wiem, że jestem niesamowicie wybredna i ciężko byłoby mnie zadowolić, więc nowe firmy i produkty wolę poznawać poprzez blogi i filmy na YT.

źródło: http://10cdn.glossybox.net/mediav2/shared/wysiwyg/boxes.png?iv=a092ad571e2304919590c2e94090bd5a
4. Chyba jako jedyna osoba na tej planecie kompletnie nie rozumiem fenomenu paletek Naked, a tym bardziej Naked Basic. Ogólnie zazwyczaj nie przemawiają do mnie gotowe zestawy cieni a już tym bardziej za taką cenę. Tańsze zamienniki z Make-up Revolution też jakoś mnie nie kręcą.  

źródło: http://housebeauty.pl/zdjecia/2014/09/03/509/09/URBAN_DECAY_NAKED_BASICS_PALETA_CIENI.jpg

5. Jak wspomniałam powyżej nie przepadam za cieniami w gotowych paletach lub pojedynczych opakowaniach. Najlepiej pracuje mi się z cieniami w formie wkładów, które sama mogę kompletować w palety. Dlatego bardzo lubię cienie z Inglota, a w przyszłości chciałabym wypróbować cienie Make Up Geek lub MAC.  

źródło: http://www.patii.pl/wp-content/uploads/2014/06/z9978031QNowe-teczowe-cienie-Inglot.jpg
6. Jedyne gotowe palety jako ostatnio chodzą mi po głowie to Zoeva Naturally Yours, Nude Tude z The Balm oraz The Chocolate Bar z Too Faced. 

źródło: https://www.zoeva-shop.de/layout/pic/p/naturally-yours-eyeshadow-palette-l-01.jpg

7. Moją ulubioną marką makijażową w ciągu ubiegłego roku była Maybelline. W moich zbiorach chyba najwięcej jest kosmetyków tej marki i jestem z nich bardzo zadowolona. Kusi mnie jeszcze kilka produktów, które pewnie zakupię sobie w przyszłym roku. 

źródło: http://www.merlungroup.com/assets/Uploads/Maybeline7.jpg

8. Mam kompletnego bzika na punkcie produktów do twarzy, typu podkłady, korektory i pudry. Często kuszą mnie też róże do policzków oraz cienie do powiek, których mam aż tyle że zdrowy rozsądek nie pozwala mi kupować następnych. 

źródło: http://www.wispol.eu/foto_shop/14/27146_bourjois-roz-do-policzkow-41_2.jpg

9. Najrzadziej kupuję i stosuję produkty do makijażu ust. Usta to najbardziej zaniedbywana przeze mnie część twarzy. Sama nie wiem z czego to wynika. Może z tego, że naprawdę ciężko jest mi dobrać kolor, w którym będę się czuła komfortowo.  Rano w pośpiechu często o ustach zapominam. Nakładam na nie jedynie bezbarwny sztyft ochronny.

źródło: http://o2.fbl.pl/w640/o4/201207/0E/127880226.jpg

10. Moim kosmetycznym marzeniem są zakupy w Stanach, choć obawiam się, że mogłoby się to dla mnie skończyć bankructwem. Kręcą mnie firmy takie jak Too Faced, Tarte, Cover Girl a także asortyment amerykańskiej Sephory. 

źródło: http://1.bp.blogspot.com/-rM_9m3fJ-TA/UpKZr9cXlwI/AAAAAAAACg4/t3ug7j3xpPM/s1600/the-tarte-of-giving_with-bag.jpg


Mam nadzieję, że dotrwałyście do końca posta.
A jakie są Wasze kosmetyczne ciekawostki?


P.S. Życzę Wam udanego Sylwestra, niezależnie od tego czy spędzacie go na balu czy w domowym zaciszu.
Ja osobiście bardzo nie lubię tego dnia i spędzę go w domowych pieleszach ;)

5 ulubionych kosmetyków roku 2014




W końcu zebrałam się w sobie i jestem :)
Święta minęły mi zdecydowanie zbyt szybko, na szczęście mam jeszcze parę dni wolnego i odpoczywam w rodzinnym domu. Ciężko mi się do czegokolwiek zmobilizować, ale blog to moja pasja i odskocznia od codzienności.

Rok 2014 dobiega końca. Ciężko mi w to uwierzyć. Rok pełen wyzwań, zmian i stresów dobiegł końca.

W 2014 roku przez moje ręce przewinęło się trochę kosmetyków, nie była to jakaś spora ilość ponieważ starałam się dokonywać rozsądnych zakupów i starałam się trzymać sprawdzonych kosmetyków.

Nie przedłużając, przejdę do ulubieńców:

1. Podkład Maybelline Affinitone- za radą koleżanki wróciłam do niego pod koniec 2013 roku i towarzyszył mi przez cały 2014 rok. Świetny podkład za przystępną cenę. Spełniał najlepiej wszystkie moje wymagania. W ciągu roku zużyłam chyba z 5 opakowań, zawsze muszę mieć go w kosmetyczce. Pisałam o nim już kiedyś na blogu, ale na dniach planuję dodać kolejny wpis na jego temat.


źródło: http://www.kozmotrend.com/media/catalog/product/cache/1/image/c417ced0bdeec43197eb7dd0c4c6f7af/m/a/maybelline_affinitone_fond_ten.jpg


2. Masło do ciała Balea Kakao- pierwszy egzemplarz dostałam od mojego Ukochanego, który pojechał do Niemiec odwiedzić swoją siostrę. Poprosiłam go o kilka rzeczy z DMu, m.in. żel pod prysznic, jakiś balsam do ciała itp. Kupił je kompletnie w ciemno a okazało się moim hitem roku 2014. Świetny skład, przyjemny zapach i co najważniejsze widoczne i długotrwałe odżywienie i nawilżenie skóry. Kosztuje około 2 euro, jest bardzo wydajne a opakowanie uważam za bardzo poręczne. Towarzyszyło mi niemal przez cały rok, latem podczas upałów nieco rzadziej ze względu na dość treściwą konsystencję. Uwielbiam je!

źródło: http://2.bp.blogspot.com/-GkFNY_y7_ow/Uio4EG_mJ8I/AAAAAAAAHGA/24S8Q48Ni3c/s1600/bild-balea-bodybutter-kakao-data.png

3. Olejek Alterra pomarańcza i brzoza- miałam wcześniej inne wersje tego olejku, jednak to wersja z pomarańczą i brzozą okazała się strzałem w dziesiątkę. Stosuję go do ciała oraz na włosy i z obu zastosowań jestem zachwycona. Nałożony na skórę szybko się wchłania, koi podrażnienia i odżywia skórę. Moje włosy również go pokochały. Nakładam go na suche włosy na całą noc a rano po umyciu moje włosy są mieciutkie i wygładzone. Zaskoczył mnie również swoją wydajnością bo mam go już jakiś czas i sięgam po niego dosyć często a mam jeszcze 1/3 buteleczki. Zapewne wpływ ma na to nowe opakowanie, które zawiera pompkę i pozwala na lepsze dozowanie produktu.

źródło: http://s.dobra-mama.pl/post/automatycznie-zapisany-szkic/Alterra-olejek-do-cia%C5%82a-brzoza-i-pomara%C5%84cza-431x610.jpg

4. Cienie Inglot- poznałam je bliżej podczas pracy w tej firmie i jestem oczarowana. System palet Freedom uważam za fantastyczne rozwiązanie. Gotowe zestawy cieni do mnie nie przemawiają a w Inglocie mogę wybrać odcień a także wykończenie jakie mnie interesują. Cienie są też dobre jakościowo, ładnie napigmentowane, trwałe i nie osypujące się. Posiadam obecnie 3 pełne paletki na 10 cieni plus jakieś pojedyncze wkłady. Muszę zebrać się w sobie i w końcu je sfotografować. 

5. Apteczna pielęgnacja cery- niestety w tym roku boleśnie przekonałam się, że produkty do twarzy z drogerii kompletnie nie służą mojej kapryśnej twarzy. Całkowicie przestawiłam się na pielęgnację z apteki a moje apteczne marki i hity to:
* Pharmaceris seria N dla skóry naczynkowej- uwielbiam przede wszystkim żel myjący do twarzy i krem odżywczy oraz wzmacniający naczynka
* Avene Antirougerous dla cery naczynkowej, krem z tej serii stanowi obecnie podstawę mojej pielęgnacji.
* Bioderma płyn micelarny z serii Anti Rotungen, przeznaczony dla skóry naczynkowej. Napiszę o nim wkrótce coś więcej.
* Uriage krem z serii Roseliane


To moja złota 5! Kosmetyki, bez których nie potrafię się obejść, czyli totalne KWC.

A Was co najbardziej zachwyciło w 2014 roku?

Follow my blog with Bloglovin

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. V rozświetlacze

Piąta część serii o moich "zbiorach" dotyczyć będzie rozświetlaczy. Pomyśleć, że jeszcze 3 lata temu w ogóle nie używałam tego typu produktów i uważałam je za zbędne.
Rozświetlacza nie używam codziennie, nie mniej jednak uwielbiam efekt jaki daje na mojej twarzy.



Jak widać powyżej obecnie posiadam 5 sztuk rozświetlaczy w różnych formach: jako prasowany puder, kulki rozświetlające i rozświetlacz w kremie.



Przyjrzyjmy im się bliżej:


* Perełki rozświetlające z Avonu Diamond Sparkle*- z tego co się orientuję to była jakaś zimowa limitowana kolekcja. Perełki są bardzo jasne i nie u każdego będą dobrze wyglądały, dają bardzo mocny efekt rozświetlenia. Niestety aby ich używać muszę być naprawdę bardzo, bardzo blada a bardzo niechętnie dopuszczam moją twarz do takiego odcienia.



* Avon Perełki z regularnej oferty*- o tych perełkach naczytałam się już naprawdę sporo dobrego. Byłam nimi niesamowicie podekscytowana. Niestety cała radość minęła w chwili otwarcia opakowania. Kulki okazały się bardzo ciemnie jak na rozświetlacz. Dodatkowo mają różowy odcień, który niby mogłabym używać jako rozświetlający róż, ale kompletnie nie pasuje do mnie ten odcień.
Niestety, ale takie są uroki zakupów katalogowych. Wszystko wygląda zupełnie inaczej w rzeczywistości.


* Legendarna Mary Lou Manizer z firmy The Balm- uwielbiam! Najlepszy rozświetlacz z jakim miałam do czynienia.  Jest bardzo drobniutko zmielona i trzyma się calutki dzień. Opakowanie też jest bardzo urocze. Niestety bardzo łatwo go uszkodzić podczas przewożenia, tak zdarzyło się u mnie ale na szczęście zreanimowałam go za pomocą spirytusu i jest jak nowy. Dodatkowo mam wrażenie, że jest to produkt niemozliwy do zużycia, bo wystarczy użyć naprawdę minimalną ilość a efekt jest wyrazisty a jednocześnie wygląda bardzo naturalnie. Non stop widzę go na blogach i YT a jeszcze ani razu nie widziałam aby miał u kogokolwiek jakieś wgłębienie, a dobiciu do dna nawet nie wspominam.



* Rozświetlacz w kremie Essence- najnowszy w mojej kolekcji, dorwałam go z jakiejś limitki. Jest to całkiem fajny produkt za niewielką cenę. Ostatnio zaczęłam go stosować również pod podkład co daje mi subtelniejszy efekt rozświetlenia, stosowny na codzień.


Tak wyglądają wszystkie te produkty na ręce, kolorystycznie najbardziej lubię maru-lou.


Posiadam w swojej kolekcji również odsypkę "słynnych" meteorytów Guerlain.


Kupiłam te kulki na jednej z blogowej wyprzedaży. To był taki chwilowy kaprys, chciałam sprawdzić o co tak naprawdę chodzi z tymi meteorytami. I wiecie co? Kompletnie nie czuję tego klimatu. Zapach, który moim zdaniem śmierdzi babcinymi smarowidłami, jeszcze bym jakoś zniosła. Efekt na twarzy kompletnie mnie nie przekonuje. Z białymi kulkami mam wrażenie, że mam tylko brokat na twarzy. Bez białych kulek nie widzę kompletnie żadnego efektu. Żadnego "optycznego wygładzenia" czy "zmiękczenia rysów twarzy" jak to czytałam w różnych recenzjach. Nic z tych rzeczy. Jakbym zapłaciła za nie pełną cenę w drogerii, to nawet nie chcę myśleć, jaka byłabym rozgoryczona.


No i to by było na tyle.
Dajcie znać jakie są Wasze ulubione rozświetlacze?
Miałyście do czynienia z meteorytami?




*Próbki PR

9 ulubionych lakierów na zimę 2014 + delikatny mani

Jestem osobą, która zawsze ma pomalowane paznokcie. Kogokolwiek z moich znajomych nie zapytacie to potwierdzą. Sama nie pamiętam abym miała okres dłuższy niż 4 dni bez lakieru na paznokciach. Niestety samej czynności malowania paznokci nie znoszę. Jednak schludne i pokolorowane paznokcie mieć lubię i mam to szczęście, że na bazie i z utwardzaczem mogę nosić manicure nawet 10 dni.Później razi mnie już tylko odrost. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać 9 ulubionych lakierów na obecny sezon zimowy.


1. Golden Rose nr 359- bardzo jasny, mleczny róż. Lubię go bo wygląda niezwykle delikatnie i elegancko na paznokciach. Niestety do pełnego krycia trzeba nałożyć 3 warstwy. Kosztował jednak coś około 4 złotych, więc nie narzekam.

2. P2 Last Forever #18 Royal Love- pamiętam, że jak pierwszy raz zobaczyłam ten lakier to strasznie zapadł mi w pamięć. Mimo, że nie planowałam zakupu lakieru bo mam ich zdecydowanie za dużo, to nie mogłam się oprzeć. To było moje pierwsze zetknięcie z lakierami P2 i jestem bardzo zadowolona. Ładne krycie, dobra trwałość, piękny kolor za niewielką cenę. Numerek 18 to taki beżowy brąz, z niewielką domieszką szarości. Bardzo przyjemny i neutralny.

3. KOBO #49 Green Adventura- baaaardzo ciemna zieleń, wydająca się niemal czarna. Dopiero w świetle dziennym widać zielonkawe podtony. Lubię takie barwy. Lakiery KOBO są naprawdę świetne jakościowo, a odkąd opakowania są wyposażone w płaski pędzelek ich stosowanie stało się o wiele łatwiejsze. Lubię ten kolor łączyć z brokatem spod nr. 5

4. KOBO #33 Signapore- piękny, ciemny fiolet lekko opalizujący. Jak widać w tym sezonie mam parcie na naprawdę ciemne odcienie.

5. Sensique Nail Art #187 Gold Star- złoty brokacik, który zawiera w sobie delikatne brokatowe drobinki jak i niewielkie kawałki złotej folii. Lubię nim zdobić paznokcie, zwłaszcza że jest to kolor takiego starego złota. a więc idealny na tą porę roku.

6. P2 Last Forever #19 Romantic Dinner- lakier, który na paznokciu wygląda zdecydowanie ciemniej niż w buteleczce. Jest to taki ciemny brąz, wpadający w fiolet. Uwielbiam go!

7. Rimmel Salon Pro #703 Rock n Roll- nie jestem zwolenniczką czerwieni na paznokciach, ale taka czerwień w odcieniu wina jakoś ostatnio do mnie przemówiła. Nie jest jaskrawa z czego się bardzo cieszę. Bardzo fajnie sprawuje się u mnie ten lakier.

8. OPI #Sprung- bardzo niespotykany kolor. Coś pomiędzy złotem, miedzią a brązem. Wygląda naprawdę nietypowo i idealnie sprawdzał mi się jesienią. (Miał już swoje 5 minut na blogu TUTAJ)

9. Sensique Nail Art #188 Silver Star- podobny do swojego brata spod nr 5, tylko w wersji srebrnej. Poniżej będziecie mieli okazję zobaczyć go w akcji.


Teraz czas na manicure, który zmalowałam wczoraj i który totalnie mnie urzekł.






Do wykonania użyłam dwóch lakierów: Golden Rose #359 oraz Sensique #188.
Na bazę nałożyłam jedną warstwę jasnoróżowego lakieru, na ta jedna warstwę brokatu. Całość utrwaliłam top coatem i viola! Łatwe, szybkie a jakie ładne :-)

Podoba Wam się? Który lakier jako następny powinnam pokazać w akcji?

3 produkty do pielęgnacji warte polecenia

Ostatnio jakoś kompletnie nie mam weny, ale przeglądając dzisiaj zawartość moich starych pendrajwów znalazłam zdjęcia produktów, które nie zagościły jeszcze na łamach mojego bloga a należy im się chwila sławy. Dwa z nich to produkty apteczne i obecnie tylko takimi pielęgnuję skórę twarzy, trzeci z nich jest dostępny w drogeriach. Zaczynam więc!


Krem wybawca czyli Roseliane od Uriage. Jeżeli tak jak ja macie problem z naczynkową cerą, która zimą wariuje przez mrozy na zewnątrz i ogrzewane powietrze, to jest to krem dla was. Poprzedniej zimy miałam ogromne problemy z cerą, była ona non stop tak czerwona na policzkach, że miałam problemy aby zakryć to podkładem. Dodatkowo często miałam na policzkach "uderzenia gorąca", co oznacza, że bez jakiejś większej przyczyny moja buzia robiła się mocno czerwona i gorąca. Pobiegłam do Superpharmu w poszukiwaniu jakiegoś kremu. Bardzo miła Pani po krótkiej rozmowie poleciła mi ten krem. Nie był tani, zapłaciłam za niego coś ponad 60 złotych, ale na szczęście okazał się wart każdej złotówki. Ma gęstą i treściwą konsystencję, więc idealnie nadaje się na zimę. Z powodzeniem można go stosować na noc nieco grubszą warstwą, sprawdzi się również na dzień pod makijaż, trzeba tylko dać mu kilka minut aby się wchłonął. No i najważniejsze, czyli efekty. Pamiętam, że nałożyłam go na taką rozpaloną skórę i już po 10 minutach poczułam znaczną ulgę, buzia mnie nie paliła i rumień nieco zelżał. Pierwsze większe efekty widziałam już po tygodniu. Cera wyraźnie się uspokoiła, rumień był zdecydowanie mniej widoczny. Po miesiącu moja cera już uodporniła się na mocne zmiany temperatura i rzadko reagowała tak jak kiedyś.
Niestety gdy nadeszły cieplejsze dni okazał się zbyt gęsty do dziennego używania i stosowałam go jedynie na noc. Także naczynkowcom gorąco polecam! W październiku moja skóra zaczęła znów wariować i chciałam znów go zakupić. Niestety ku mojej rozpaczy w Niemczech nie spotkałam nigdzie tej marki, a w mojej rodzinnej mieścince również nigdzie go nie mieli, więc nie wiem jak będzie z jego dostępnością.




Następnym produktem o którym chciałam dziś wspomnieć to pianka myjąca z Pharmacerisa. Dla mnie było to kompletne zaskoczenie, bo pianka jest tak delikatna, że niemal nie czuć jej na twarzy a jednocześnie tak skuteczna, że z powodzeniem zmywałam nią makijaż z tuszem i eyelinerem włącznie. Bardzo podoba mi się opakowanie, ponieważ wewnątrz produkt ma formę bezbarwnego żelu, który po wyciśnięciu staje się lekką i puszystą pianką. Aplikator funkcjonuje bez zarzutów i łatwo można dozować ilość produktu, Niestety trzeba nią dosyć szybko pracować, bo szybko zamienia się w płyn. Nie mniej jednak jej stosowanie jest naprawdę bardzo przyjemne, nie wysusza skóry. Mogę ją polecić osobom z problemami naczyniowymi, alergikom oraz osobom po zabiegach kosmetycznych, gdy ich cera jest mocno podrażniona. Ja sama zużyłam ze 3 opakowania tej pianki i jestem nią oczarowana.


Ostatnim produktem jest również pianka do demakijażu, jednak tym razem pochodząca z drogerii.


Nie dajcie się zwieść opakowaniu, które jest naprawdę małe. Jak je pierwszy raz zobaczyłam to myślałam, że starczy mi to na góra tydzień. Na szczęście pierwsze wrażenie było zgubne, a piankę stosowałam codziennie przez calutki miesiąc. Również bardzo skutecznie zmywała makijaż, w tym makijaż oczu. W odróżnieniu od pianki Lirene miała ona wyczuwalny zapach oraz struktura pianki była nieco inna, bardziej zbita i gęstsza. Po wyciśnięciu z opakowania swoim wyglądem przypominała mi bardziej bezę niż piankę. Nie podrażniała cery, jednak nie była tak delikatna jak pianka z Pharmaceris. Nie mniej jednak jesto to bardzo dobry produkt a przez swoje niewielkie rozmiary może się przydać np w podróży.

Znacie te produkty? Jacy są Wasze pielęgnacyjne perełki?

Pojedynek paletek do brwi: NYX vs. Catrice

Mam małą obsesję na punkcie brwi. Wspominałam już o tym w przeszłości. Nie chodzi o to, że muszą być idealnie wyrysowane, niemal do przesady perfekcyjne. Nie. Chodzi o to, żeby nie raziły nieodpowiednim kolorem (czarny u platynowej blondynki), niewłaściwym kształtem lub całkowitym zaniedbaniem (tzn, zero regulacji, zero kształtu i zbyt jasne noszone np przy mocnym smoky eyes). Grrr aż mam gęsią skórkę przywołując te przykłady. Jeżeli jesteście masochistami i lubicie popatrzeć na takie okazy, to zapraszam tutaj.

Przyznaję kiedyś też traktowałam moje brwi po macoszemu, jednak od około 4-5 lat nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez podkreślonych brwi.

Na swoje brwi nie narzekam. Mimo, że są dosyć cienkie (a ja kocham takie grubsze!), mają ładny kształt i są w miarę symetryczne. Nie muszę się zbytnio gimnastykować aby je wyregulować. W makijażu zależy mi na tym, aby podkreślić dolną krawędź brwi i koniec brwi, który u mnie naturalnie jest dosyć delikatny.

W swojej "kolekcji" posiadam 2 paletki do brwi. Jedna to słynna już w blogosferze paletka z Catrice, druga to zestaw NYX w kolorze Taupe.


Zacznę od cieni NYX. W opakowaniu, które swoją drogą jakoś nie grzeszy estetyką i nie oślepia swoim pięknem, mamy 2 cienie, bezbarwny wosk oraz 2 narzędzia do stylizacji brwi: pędzelek skośny i szczoteczkę do wyczesania brwi.


Co do samych tych narzędzi to szczoteczka jeszcze jakoś daje radę, jednak w mojej opinii jest zdecydowanie zbyt miękka aby fajnie rozetrzeć i wyczesać cień. Pędzelek niestety jest w mojej opinii tragiczny. Krzywo przycięty i wykonany z tworzywa z którym ja sobie nie radzę.


Jeżeli chodzi o cienie zawarte w zestawie to są ok, pod względem jakości nie mogę się do niczego konkretnego przyczepić. Nie pylą się, dobrze się rozprowadzają, może trochę ciężko się je rozciera, ale do tego można się przyzwyczaić. Jedyne co mi w nich nie odpowiada to kolory. Zestaw jest dostępny w kilku wersjach kolorystycznych do wyboru, ja posiadam wersje Taupe, która mi sie kojarzy z chłodnym, szarawym brązem. I jeden z cieni w zestawie taki właśnie jest. Niestety, ktoś projektując ten zestaw dopakował do niego dużo cieplejszy odcień brązu, z którego ja kompletnie nie mam użytku.



W zestawie znajduje się także bezbarwny wosk. Ja zazwyczaj mieszam cień z woskiem, uzyskując coś w stylu farbki do brwi. Taki sposób zaznaczania brwi daje zdecydowanie mocniejszy efekt, ale nieco ciężej się z tym pracuje, gdyż wosk ma dosyć gęstą i tępą konsystencję.
Inne stosowanie wosku np. pod cień jako baza lub na cień aby nabłyszczyć całość nie zdało u mnie egzaminu.
Paletka NYX ma gramaturę 2,65 g. Dostępna jest w 4 wersjach kolorystycznych i kosztuje ok. 29 złotych. Ja swoją zakupiłam w Douglasie.




Drugim zawodnikiem w tym starciu jest paletka Catrice, którą jak widać nieźle już zmasakrowałam. Ale na swoje usprawiedliwienie muszę dodać, że mam ją już naprawdę długo.



Co do narzędzi jakie otrzymujemy w zestawie to jest to pęsetka (całkiem dobra) oraz podwójny pędzelek, który z jednej strony ma skośny pędzelek a z drugiej szczoteczkę do wyczesania brwi. Ja swoich narzędzi Wam nie pokażę, bo je po prostu zgubiłam, wydaje mi się, że zostały w moim pokoju w rodzinnym domu. Aczkolwiek narzędzia te oceniam zdecydowanie lepiej niż te z NYX. 

Tak wygląda ten zestaw gdy jest nowiutki i kompletny:
CATRICE Eyebrow Set Zestaw do Brwi
Moim zdaniem pod względem estetyki, Catrice zdecydowanie bije na głowę NYX. Opakowanie jest zgrabne, eleganckie, wygląda bardzo profesjonalnie. Ma zamontowaną małą szufladkę w której znajdują się przyrządy do stylizacji. Opakowanie jest też wyposażone w lustereczko. 

Co do cieni znajdujących się w zestawie to mamy tam dwa bardzo chłodne odcienie, które, w przeciwieństwie do NYX, są utrzymane w tej samej tonacji. Jeden jest zdecydowanie jaśniejszym odcieniem szarego brązu, drugi jest ciemniejszy. I tutaj znajduję zastosowanie dla obu tych cieni.
Jak ich używam?
W dni gdy mam naprawdę naturalny makeup (czyli ostatnio w większość dni) na przednią część brwi, czyli tą usytuowaną w okolicy nosa nakładam jaśniejszy cień. Na koniec brwi nakładam ciemniejszy, uzyskując tym bardzo naturalny, trójwymiarowy efekt. Czasami zdarza mi się mieszać oba te odcienie. Przy mocniejszym makijażu, gdy czuję że moje oczy potrzebują mocniejszej oprawy na przód brwi nakładam mieszankę obu odcieni a na koniec ciemniejszy odcień. 
Cienie są również bardzo dobre jakościowo. Nie pylą się, nie osypują i chyba trochę łatwiej się z nimi pracuje niż z tymi z NYX. 


Zestaw Catrice jest dostępny tylko w jednej wersji kolorystycznej co na pewno nie sprawdzi się u każdej z nas. Gramatura opakowania to aż 4 g, za które trzeba zapłacić ok. 16-18 złotych.


Poniżej możecie zobaczyć zestawienie kolorystyczne:



Podsumowując:

Dla mnie faworytem tego pojedynku jest zdecydowanie zestaw z Catrice.
Wygrywa przede wszystkim ze względu na cenę, dobrą jakość cieni jak i akcesoriów dołączonych do zestawu. Niewątpliwym atutem tego produktu jest przede wszystkim kolorystyka zestawu. Oba cienie mi pasują i używam je codziennie. W przypadku NYX brązowy cień kompletnie mi nie pasował, wypadał zdecydowanie zbyt ciepło.


A jakie są Wasze ulubione produkty do podkreślania brwi?

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!