Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pharmaceris. Pokaż wszystkie posty

Powrót na bloga + Obecnie używane i polecane: olejki do twarzy

Jestem. Po roku przerwy jestem z powrotem. Kilka razy zbierałam się do napisania tego posta. Roztrząsałam za i przeciw, jakbym chciała aby było tym razem, co zmienić, co ulepszyć a z czym odpuścić. Nie ukrywam, brakowało mi trochę prowadzenia bloga. Dlatego zdecydowałam się wrócić. Narazie tylko na 2 miesiące, zobaczyć czy uda mi się z powrotem wdrożyć do blogowego światka.


Dzisiaj przychodzę z opisem moich ulubionych ostatnio olejków do twarzy, bez których nie wyobrażam sobie ostatnio mojej pielęgnacji a moja cera świetnie na nie reaguje. Dlaczego akurat 3? Moja skóra ma to do siebie, że potrafi pokazać zadowalające efekty, ale bardzo szybko się przyzwyczaja gdy używam tylko 1 produktu. Dlatego muszę nieco żonglować i stosować je naprzemiennie.


* Pharmaceri koncentrat z witaminą C 1200 mg
Na pierwszy ogień idzie produkt, który kupiłam kompletnie na spontanie, bez wcześniejszego przejrzenia recenzji i ocen. Szczerze powiedziawszy do momentu kupna nawet nie wiedziałam, że w ofercie Pharmaceris coś takiego istnieje. Zgarnęłam go w ozdobnej puszce razem z kremem do twarzy. Do tej pory moje doświadczenia z witaminą C nie były zbyt zachwycające (Flavo- C bleeh), jednak ten produkt okazał się hitem. Bezzapachowy koncentrat, z oleistą konsystencją stał się nieodłącznym elementem wieczornej pielęgnacji. Nasze początki nie były jednak różowe, dopóki nie odkryłam, że za to czy koncentrat właściwie zadziała na mojej cerze odpowiedzialny jest krem, który na niego nałożę. Gdy znalazłam ten odpowiedni efekty zauważalne były gołym okiem. Koloryt cery wyrównany, buzia gładka, promienna i taka widocznie odświeżona, aż szkoda mi było rankiem coś na nią nakładać.
Parę słów o aplikacji: jak już wspomniałam stosuję go wieczorem. Dzięki dołączonej do opakowania pipecie z łatwości mogę dozować produkt. Zazwyczaj odmierzam 5-6 kropli, rozcieram delikatnie w dłoniach i aplikuję go na skórę twarzy lekko wklepując i dociskając (nie rozcieram). Koncentrat bardzo szybko się wchłania i po dosłownie minucie mogę nałożyć krem. Jest bardzo wydajny, kupiłam go w grudniu, stosuję około 4-5 razy w tygodniu i zostało mi jeszcze połowa opakowania.
Pojemność produktu: 30 ml



* Evree Magic Rose Pure Beauty Oil
O marce Evree czytałam już na wielu blogach i były to raczej pozytywne opinie, dlatego gdy byłam w Polsce zakupiłam olejek różany. Przezroczyste opakowanie z pipetką, dosyć delikatny i przyjemny zapach słodkich róż (tego się najbardziej obawiałam) oraz widoczne rezultaty przekonały mnie do niego. Jesienią i zimą gdy moja skóra wariowała. Klimatyzacje i nawiewy w pracy, gorące kaloryfery w domu oraz pogoda dały jej niezły wycisk. Olejek Evree pomógł mi ją ukoić i nawilżyć. Wieczorami dozowałam 5-6 kropli, rozcierałam w dłoniach i wklepywałam w skórę. Następnie aplikowałam krem. Rano do mojego standardowego kremu dodawałam jeszcze kroplę lub dwie olejku (w zależności jakie były potrzeby mojej skóry). Najbardziej zauważalnym efektem był blask, który zyskała moja skóra przy regularnym stosowaniu. Nie była już sucha, matowa i ściągnięta. W dotyku była zauważalnie miększa i jakaś taka "rozpulchniona". Żadnych wad nie dostrzegłam. Bardzo wydajny, używam od września (służył mi praktycznie całą zimę) i mam jeszcze 2/3 opakowania.
Pojemność: 30 ml


* Alterra Gesichtsöl- Bio Granatapfel
Najniżej na podium znajduje się olejek z Alterry, szczerze przyznaję, że sięgam po niego najrzadziej. Jest zdecydowanie najcięższy z całej trójki i mam wrażenie, że moja skóra go "nie pije" a przez to wchłania się całe wieki. Nie potrafię do końca zdefiniować jego zapachu, aczkolwiek nie jest męczący. Jest też najtańszy i najlepiej dostępny z całej gromadki, bez problemu kupicie go w Rossmannie za około 10 złotych. Świetnie odżywia skórę, gdy jest mocno podrażniona i odwodniona. Mam wrażenie, że do cery dojrzałej i bardzo suchej będzie świetny.
Pojemność 30 ml.



A jak jest u Was? Lubie olejki do twarzy?



Projekt denko

Pierwsze denko w tym roku. Produkty już niemal wysypują mi się z torby więc nie przedłużając szybko je omówię.


* Woda termalna Uriage- bardzo dobry produkt do spryskania buzi dy jest podrażniona, alergiczna lub chcemy ją po prostu nieco odświeżyć np. latem podczas upałów. Mój egzemplarz trzymałam w lodówce więc była przyjemnie chłodna. Przy mojej naczynkowej cerze szybko przynosiła mi ulgę.

* Suchy szampon Frotte- obecnie chyba jedyny do jakiego mam dostęp. Z działania jestem bardzo zadowolona, chociaz nieraz muszę się namęczyć aby dobrze go wyczesać. Ostatnio staram się jednak ograniczać używanie suchych szamponów bo slyszałam, że mogą wpływać niekorzystnie na kondycję włosów i wzmagać wypadanie.

* Mleczko do demakijażu Pat&Rub- zawieruszyło się gdzieś w moich zbiorach i odkryłam je całkiem niedawno, niestety było przeterminowane już około 6 miesięcy. Swego czasu bardzo je lubiłam i nawet pisałam o nim na blogu TUTAJ. Ostatnio wyrosłam jednak z miłości do mleczek do demakijażu.

* Szampon Herbal Essences- dobrze sprawował się na włosach, oczyszczał je i nie pozostawiał żadnej warstwy, która mogłaby przyspieszać przetłuszczanie moich włosów. Dodatkowo przepięknie pachniał.



* Bioderma h2o AR- płyn micelarny do cery naczynkowej. Na chwilę obecną mój Święty Graal, ponieważ w miejscu w którym mieszkam woda kranowa strasznie szkodzi mojej cerze i makijaz zmywam tylko i jedynie tym micelem. Jest genialna! Mam już na zapasie 2 opakowania, bo ostatnio w aptece zrobiłam deal życia (wpominalam o tym na moim Instagramie). Miała też swoje 5 minut w poście o MOJEJ AKTUALNEJ PIELĘGNACJI.

* Żel do mycia twarzy Pharmaceris seria dla Naczynkowców- świetny i niezwykle delikatny żel do mycia twarzy. Idealnie zmywa cały makijaż, włącznie z oczami. Z chęcią zakupiłabym kolejne opakowanie gdyby nie fakt, że woda kranowa mi szkodzi.

* Avene Antirougeurs- krem dla naczynkowców- powinnam jak najszybciej poświęcić osobny post, bo ten krem w połączeniu z płynem Biodermy uratował moją cerę a było naprawdę źle. Świetny zarówno na noc jak i na dzień pod makijaż.

* Krem z filtrem Vichy- bardzo go lubiłam, świetnie chroni skórę i jest bezproblemowy w użytku. Nie jest tłusty, nie klei się i bardzo dobrze nosi się na nim makijaż. Polecam i sama muszę na wiosnę kupić nową tubkę.

* Żel pod oczy ze świetlikiem z Flosleku- swego czasu dosyć lubiłam te żele, teraz są dla mnie zdecydowanie zbyt lekkie, wolę kosmetyki bardziej treściwe.

* Lirene tonik- jak dla mnie dość przeciętny produkt, o wiele lepiej sprawdzał mi się ten redukujący przebarwienia, a którego jak na złość nie mogę dorwać w swoim Rossmanie.


* Zmywacz Ebelin- tani i dobrze sobie radzi. Czego chcieć więcej?

* Krem do stóp Balea z mocznikiem- najlepszy jaki dotychczas miałam, świetnie radził sobie z moimi wiecznie przesuszonymi stopami.


* Żel pod prysznic Lirene Brzoskwiniowy deser- piękny zapach, reszta jego właściwości bardzo przeciętna. Dodatkowo miałam wrażenie, że przesusza mi skórę. 

* Żel pod prysznic z Biedronki- DRAMAT! Zobaczyłam go w jakiejs gazetce promocyjnej i poprosiłam mamie aby mi o kupiła. Wyobrażałam sobie jak pięknie będzie on pachniał jagodami. Niestety śmierdział niemiłosiernie, że musiałam się zmuszać aby po niego sięgać.

* Seria Elseve Fibralogy- miałam odżywkę i aktywator gęstości, który należało mieszać z odżywką z tej serii. Ciężko mi powiedzieć czy moje włosy zyskały jakoś na objętości przy jego stosowaniu. Zauważyłam jedynie, że są o wiele bardziej puszyste.

* Szampon Schaum z kofeiną- fajnie oczyszczał włosy, były po nim naprawdę lekkie i długo świeże. Lubiłam go. 

* Odżywka Alverde z awokado- bardzo zaskoczył mnie ten produkt. Niebawem napisze nieco więcej na jego temat jak i odżywki z tej samej serii. 



Poniższe zdjęcie jest wynikiem przeglądania moich kosmetyków, niektóre zużyłam, niektóre sie zwyczajnie zepsuły.

Z wyżej przedstawionych produktów mogę z czystym sercem polecić eyeliner w pisaku z MySecret. Nie bójcie sie go, nie jest Waterproof a końcówka nadawała się do użytku przez jakieś 4 miesiące, co dla mnie jak na pisak jest świetnym wynikiem. Podkład z Kobo również był całkiem przyjemny. Ładnie krył, wyglądał bardzo naturalnie na buzi i był dosyć trwały. Niestety ostatnio zamiast podkładu wylatuje z niego sama woda więc chyba już nadszedł jego kres. Baza z Essence I love Stage to szajs jakich mało. Za baza Inglota również nie przepadam, podobnie jak za żelem do brwi z Catrice.  Dwa produkty do ust, które tylko odleżały swoje w szufladzie, nie wiem czy nawet raz miałam je na ustach a teraz śmierdzą i nadają się tylko do kosza. To czysty dowód tego, ze w ogóle nie powinnam kupowac kolorówki do ust. Srebrny eyeliner z Inglota wysechł na kamień, a paletka cieni jest ze mną już zdecydowanie za długo. 

5 ulubionych kosmetyków roku 2014




W końcu zebrałam się w sobie i jestem :)
Święta minęły mi zdecydowanie zbyt szybko, na szczęście mam jeszcze parę dni wolnego i odpoczywam w rodzinnym domu. Ciężko mi się do czegokolwiek zmobilizować, ale blog to moja pasja i odskocznia od codzienności.

Rok 2014 dobiega końca. Ciężko mi w to uwierzyć. Rok pełen wyzwań, zmian i stresów dobiegł końca.

W 2014 roku przez moje ręce przewinęło się trochę kosmetyków, nie była to jakaś spora ilość ponieważ starałam się dokonywać rozsądnych zakupów i starałam się trzymać sprawdzonych kosmetyków.

Nie przedłużając, przejdę do ulubieńców:

1. Podkład Maybelline Affinitone- za radą koleżanki wróciłam do niego pod koniec 2013 roku i towarzyszył mi przez cały 2014 rok. Świetny podkład za przystępną cenę. Spełniał najlepiej wszystkie moje wymagania. W ciągu roku zużyłam chyba z 5 opakowań, zawsze muszę mieć go w kosmetyczce. Pisałam o nim już kiedyś na blogu, ale na dniach planuję dodać kolejny wpis na jego temat.


źródło: http://www.kozmotrend.com/media/catalog/product/cache/1/image/c417ced0bdeec43197eb7dd0c4c6f7af/m/a/maybelline_affinitone_fond_ten.jpg


2. Masło do ciała Balea Kakao- pierwszy egzemplarz dostałam od mojego Ukochanego, który pojechał do Niemiec odwiedzić swoją siostrę. Poprosiłam go o kilka rzeczy z DMu, m.in. żel pod prysznic, jakiś balsam do ciała itp. Kupił je kompletnie w ciemno a okazało się moim hitem roku 2014. Świetny skład, przyjemny zapach i co najważniejsze widoczne i długotrwałe odżywienie i nawilżenie skóry. Kosztuje około 2 euro, jest bardzo wydajne a opakowanie uważam za bardzo poręczne. Towarzyszyło mi niemal przez cały rok, latem podczas upałów nieco rzadziej ze względu na dość treściwą konsystencję. Uwielbiam je!

źródło: http://2.bp.blogspot.com/-GkFNY_y7_ow/Uio4EG_mJ8I/AAAAAAAAHGA/24S8Q48Ni3c/s1600/bild-balea-bodybutter-kakao-data.png

3. Olejek Alterra pomarańcza i brzoza- miałam wcześniej inne wersje tego olejku, jednak to wersja z pomarańczą i brzozą okazała się strzałem w dziesiątkę. Stosuję go do ciała oraz na włosy i z obu zastosowań jestem zachwycona. Nałożony na skórę szybko się wchłania, koi podrażnienia i odżywia skórę. Moje włosy również go pokochały. Nakładam go na suche włosy na całą noc a rano po umyciu moje włosy są mieciutkie i wygładzone. Zaskoczył mnie również swoją wydajnością bo mam go już jakiś czas i sięgam po niego dosyć często a mam jeszcze 1/3 buteleczki. Zapewne wpływ ma na to nowe opakowanie, które zawiera pompkę i pozwala na lepsze dozowanie produktu.

źródło: http://s.dobra-mama.pl/post/automatycznie-zapisany-szkic/Alterra-olejek-do-cia%C5%82a-brzoza-i-pomara%C5%84cza-431x610.jpg

4. Cienie Inglot- poznałam je bliżej podczas pracy w tej firmie i jestem oczarowana. System palet Freedom uważam za fantastyczne rozwiązanie. Gotowe zestawy cieni do mnie nie przemawiają a w Inglocie mogę wybrać odcień a także wykończenie jakie mnie interesują. Cienie są też dobre jakościowo, ładnie napigmentowane, trwałe i nie osypujące się. Posiadam obecnie 3 pełne paletki na 10 cieni plus jakieś pojedyncze wkłady. Muszę zebrać się w sobie i w końcu je sfotografować. 

5. Apteczna pielęgnacja cery- niestety w tym roku boleśnie przekonałam się, że produkty do twarzy z drogerii kompletnie nie służą mojej kapryśnej twarzy. Całkowicie przestawiłam się na pielęgnację z apteki a moje apteczne marki i hity to:
* Pharmaceris seria N dla skóry naczynkowej- uwielbiam przede wszystkim żel myjący do twarzy i krem odżywczy oraz wzmacniający naczynka
* Avene Antirougerous dla cery naczynkowej, krem z tej serii stanowi obecnie podstawę mojej pielęgnacji.
* Bioderma płyn micelarny z serii Anti Rotungen, przeznaczony dla skóry naczynkowej. Napiszę o nim wkrótce coś więcej.
* Uriage krem z serii Roseliane


To moja złota 5! Kosmetyki, bez których nie potrafię się obejść, czyli totalne KWC.

A Was co najbardziej zachwyciło w 2014 roku?

3 produkty do pielęgnacji warte polecenia

Ostatnio jakoś kompletnie nie mam weny, ale przeglądając dzisiaj zawartość moich starych pendrajwów znalazłam zdjęcia produktów, które nie zagościły jeszcze na łamach mojego bloga a należy im się chwila sławy. Dwa z nich to produkty apteczne i obecnie tylko takimi pielęgnuję skórę twarzy, trzeci z nich jest dostępny w drogeriach. Zaczynam więc!


Krem wybawca czyli Roseliane od Uriage. Jeżeli tak jak ja macie problem z naczynkową cerą, która zimą wariuje przez mrozy na zewnątrz i ogrzewane powietrze, to jest to krem dla was. Poprzedniej zimy miałam ogromne problemy z cerą, była ona non stop tak czerwona na policzkach, że miałam problemy aby zakryć to podkładem. Dodatkowo często miałam na policzkach "uderzenia gorąca", co oznacza, że bez jakiejś większej przyczyny moja buzia robiła się mocno czerwona i gorąca. Pobiegłam do Superpharmu w poszukiwaniu jakiegoś kremu. Bardzo miła Pani po krótkiej rozmowie poleciła mi ten krem. Nie był tani, zapłaciłam za niego coś ponad 60 złotych, ale na szczęście okazał się wart każdej złotówki. Ma gęstą i treściwą konsystencję, więc idealnie nadaje się na zimę. Z powodzeniem można go stosować na noc nieco grubszą warstwą, sprawdzi się również na dzień pod makijaż, trzeba tylko dać mu kilka minut aby się wchłonął. No i najważniejsze, czyli efekty. Pamiętam, że nałożyłam go na taką rozpaloną skórę i już po 10 minutach poczułam znaczną ulgę, buzia mnie nie paliła i rumień nieco zelżał. Pierwsze większe efekty widziałam już po tygodniu. Cera wyraźnie się uspokoiła, rumień był zdecydowanie mniej widoczny. Po miesiącu moja cera już uodporniła się na mocne zmiany temperatura i rzadko reagowała tak jak kiedyś.
Niestety gdy nadeszły cieplejsze dni okazał się zbyt gęsty do dziennego używania i stosowałam go jedynie na noc. Także naczynkowcom gorąco polecam! W październiku moja skóra zaczęła znów wariować i chciałam znów go zakupić. Niestety ku mojej rozpaczy w Niemczech nie spotkałam nigdzie tej marki, a w mojej rodzinnej mieścince również nigdzie go nie mieli, więc nie wiem jak będzie z jego dostępnością.




Następnym produktem o którym chciałam dziś wspomnieć to pianka myjąca z Pharmacerisa. Dla mnie było to kompletne zaskoczenie, bo pianka jest tak delikatna, że niemal nie czuć jej na twarzy a jednocześnie tak skuteczna, że z powodzeniem zmywałam nią makijaż z tuszem i eyelinerem włącznie. Bardzo podoba mi się opakowanie, ponieważ wewnątrz produkt ma formę bezbarwnego żelu, który po wyciśnięciu staje się lekką i puszystą pianką. Aplikator funkcjonuje bez zarzutów i łatwo można dozować ilość produktu, Niestety trzeba nią dosyć szybko pracować, bo szybko zamienia się w płyn. Nie mniej jednak jej stosowanie jest naprawdę bardzo przyjemne, nie wysusza skóry. Mogę ją polecić osobom z problemami naczyniowymi, alergikom oraz osobom po zabiegach kosmetycznych, gdy ich cera jest mocno podrażniona. Ja sama zużyłam ze 3 opakowania tej pianki i jestem nią oczarowana.


Ostatnim produktem jest również pianka do demakijażu, jednak tym razem pochodząca z drogerii.


Nie dajcie się zwieść opakowaniu, które jest naprawdę małe. Jak je pierwszy raz zobaczyłam to myślałam, że starczy mi to na góra tydzień. Na szczęście pierwsze wrażenie było zgubne, a piankę stosowałam codziennie przez calutki miesiąc. Również bardzo skutecznie zmywała makijaż, w tym makijaż oczu. W odróżnieniu od pianki Lirene miała ona wyczuwalny zapach oraz struktura pianki była nieco inna, bardziej zbita i gęstsza. Po wyciśnięciu z opakowania swoim wyglądem przypominała mi bardziej bezę niż piankę. Nie podrażniała cery, jednak nie była tak delikatna jak pianka z Pharmaceris. Nie mniej jednak jesto to bardzo dobry produkt a przez swoje niewielkie rozmiary może się przydać np w podróży.

Znacie te produkty? Jacy są Wasze pielęgnacyjne perełki?

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!

Projekt denko

Przez ostatnie tygodnie uzbierało mi się kilka pustych opakowań więc nadszedł czas na projekt denko. Chciałabym prowadzić w miarę regularnie tą serię wpisów, bo dzięki temu mogę wyrazić krótką opinię o każdym ze zużytych produktów, co może w przyszłości pomóc w zakupach mi i mam nadzieję, że i niektórym z Was.

Nie przedłużając zapraszam na denko:

Na pierwszy ogień idą żele pod prysznic Balea. Mieszkając w Niemczech mam teraz do nich dobry dostęp i szczerze mówiąc bardzo je lubię. Zawsze mam w łazience 2-3 sztuki w różnych wersjach zapachowych bo lubię mieć wybór. Kosztują 55 centów, opakowania mają bardzo wesołą i kolorową szatę graficzną a żele same w sobie dobrze myją i mają ciekawe zapachy. Właściwości pielęgnujących nie ma co się doszukiwać, aczkolwiek nie wysuszają mi skóry.
Zapach truskawkowy najmniej mi z tej trójki odpowiadał, był bardzo chemiczny. Chyba nie spotkałam jeszcze produktu o zapachu truskawki, który by był choćby zbliżony do prawdziwej truskawki. Abend Rot był to zapach, który mi sie osobiście kojarzył z kompotem wiśniowym. Ja fanką wiśni za bardzo nie jestem, ale nieraz miałam ochotę na taki bardziej cięższy zapach. Melon Tango to mój ulubieniec z tej trójki, pachniał pięknie świeżym arbuzem.




Lakier Taft, koniecznie w czarnej wersji. Używam go już jakieś 7-8 lat. Lubię go bo dobrze utrwala włosy. Chociaż ostatnio muszę przyznać, że mam ochotę wypróbować czegoś nowego. Widziałam niedawno w drogerii, że Elnett kosztuje tutaj około 2 euro to pewnie się wkrótce skuszę.

Suchy szampon Batiste- moim zdaniem to nie tylko najlepsze suche szampony na rynku, ale i najbardziej wydajne. Na pewno po niego wrócę, mam ochotę wypróbować inne wersje zapachowe.



Maska do włosów Avon z czarną rzepą. Moim zdaniem to dość przeciętna maska, niczym szczególnym się nie wyróżniła. Włosy były po niej lekko wygładzone i lepiej się rozczesywały. Małe opakowanie było bardzo niewydajne, mi starczyło na jakieś 5 aplikacji a mam teraz dosyć krótkie włosy. Mam z tej samej serii szampon, który podejrzewam o powodowanie u mnie łupieżu. Także Avonowskiej pielęgnacji mówię nie.



Krem do rąk Pharmaceris miał strasznie dziwaczną konsystencję. Gdy zaczynałam rozcierać go między dłońmi miałam wrażenie jakbym smarowała dłonie wodą, bo takie były mokre. Właściwości nawilżające przecietne, do regenerującego kremu jeszcze mu sporo brakuje bo był zdecydowanie za lekki.

Serum Auriga Flavo-C z witaminą C to zdecydowanie najgorzej ulokowane 60 złotych. Produktu tego używałam głównie na noc, pod krem nawilżający. Serum to miało strasznie irytujący zapach, który czułam na sobie nawet następnego dnia po umyciu twarzy. Używałam go w okresie gdy byłam mocno przepracowana i zestresowana, a moja skóra była mocno poszarzała i przygaszona. Miałam nadzieję, że doda jej nieco blasku i energii. Niestety nie zauważyłam żadnego działania. Nic. Zero. Null. Dodatkowo przy używaniu produktów z witaminą C należy pamiętać, że mogą one fotouczulać i krem z wysokim filtrem to konieczność. .


Sole do kąpieli firmy Balea. Lubię je używać gdy chcę sobie wymoczyć stopy w gorącej wodzie. Pomarańczowa wersja miała bardzo intensywny zapach, jak dla mnie zbyt intensywny. Wersja z granatem była zdecydowanie bardziej przyjemna. W zapasie mam jeszcze 2 inne wersje, ale i tak czuje że to granat będzie moim ulubieńcem.\



Udało mi się nawet zużyć coś z kolorówki:


Korektor pod oczy Maybelline Dream Lumi Touch- wielkie rozczarowanie. Miałam najjaśniejszy kolor, który był jak na moje oko dosyć ciemny, więc rozświetlenie było mizerne. Krycie na poziomie średnim, niestety miał tendencję do zasychania na skórze na skorupkę, która sprawiała, że skóra pod oczami wyglądała jak ziemia na pustyni. Cieszę się, że mam go już z głowy.

W słoiczku mam też korektor AMC z Inglota, który niestety chyba się zepsuł więc muszę go wyrzucić. Nie lubię wyrzucać kosmetyków, jednak z drugiej strony cieszę się, że mam go z głowy bo źle dopasowałam kolor i naprawdę się z nim męczyłam.


No i to by było na tyle. Nie jest tego dużo, ale mam nadzieję że do następnego razu uda mi sie zużyć więcej kolorówki :-)

Ulubieńcy ostatnich miesięcy- PIELĘGNACJA

Na przestrzeni ostatnich miesięcy zagościło u mnie sporo nowych kosmetyków, część z nich okazała się prawdziwymi perełkami. I to o nich będzie dzisiejszy post. Zapraszam!



Z kategorii żeli pod prysznic moją sympatię zdobyły ostatnio żele pod prysznic Balea. Ładnie pachną, wywiązują się z powierzonej im funkcji oczyszczania ciała i na dodatek kosztują mniej niż 1 Euro w drogerii DM. Nic tylko kupować.


Ulubionym peelingiem do ciała nominowany został cukrowy peeling ze Starej Mydlarnii. Ostatnio coraz bardziej rozkochuję się w tej marce a tej peeling jest tylko potwierdzeniem. Po jego użyciu skóra jest mięciutka i z taką przyjemną olejkową powłoczką. Zapach może nie do końca odpowiada białej czekoladzie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.


Masło do ciała- znów marka Balea. Z tego co się orientuję to masło pochodzi z limitowanej edycji, nad czym z całego serca ubolewam bo to masło jest genialne a mi pozostała zaledwie garstka na dnie. Ma dosyć gęstą, treściwą konsystencję ale przyjemnie rozprowadza się na skórze. Pachnie przepięknie niczym kakao Nesquik. Skład jest świetny, masło shea na drugim miejscu (na pierwszym jest aqua). Skóra po jego użyciu jest wspaniale odżywiona. No i cena z tego co się orientuje nie jest zbyt wygórowana. Nic tylko kupować!


Przez całe moje życie miałam jakąś awersję do oliwek do ciała. Zawsze wydawało mi się, że będę po niej śliska jak ryba wyciągnięta prosto z wody. Na szczęście oliwka Hipp pokazała mi, że jest inaczej. Wchłania się w skórę naprawdę ekspresowo, przy pierwszym użyciu przeżyłam niemały szok. Skóra po jej użyciu jest cudownie nawilżona. Wiele dziewczyn stosuje ją również do olejowania włosów, ale u mnie się w tej kwestii raczej nie sprawdziła. Lubię bardzo, zwłaszcza w sezonie zimowym.


Jeden ze zbawicieli mojej skóry- mgiełka do twarzy z wodą z kwiatu pomarańczy firmy Stara Mydlarnia. Kupiłam całkowicie przez przypadek za kilkanaście złotych a okazała się świetna. Moja skóra w okresie wrzesień-grudzień była w oplakanym stanie- stale zaczerwieniona, wrażliwa na wszystko, dodatkowo makijaż spływał mi z twarzy już po godzinie. Odkąd używam tej mgiełki moja skóra jest zdecydowanie bardziej ukojona, rumień się zmniejszył (co pewnie jest też zasługą kremu, o którym poniżej) i w końcu da się z nią jakoś dogadać ;) Koniecznie muszę się wybrać do Starej Mydlarnii uzupełnić zapasy!


Bardzo przyjemnie używało mi się również toniku z Lirene. Zakupiłam go po zobaczeniu recenzji na YT, którą z tego co pamiętam wrzuciła chyba Szavka (??). Bardzo przyjemnie odświeżał twarz, niwelował podrażnienia i uczucie ściągnięcia, o ile takowe wystąpiło. 


Moi kremowi ulubieńcy:
* Pharmaceris lekki krem głęboko nawilżający- cudeńko! Ma naprawdę leciutką konsystencję, która świetnie nada się pod makijaż jednocześnie zapewniając skórze całodniowe nawilżenie. Niestety wykończyłam go doszczętnie ale na pewno kupię kolejne opakowanie bo byłam oczarowana.
* Uriage Roseliane- zakupiłam go z myślą o bardzo uporczywym rumieniu, który mnie nękał. Z tego co pamiętam nie był tani, ale na szczęście spisał się na medal. Już po tygodniu używania zauważyłam poprawę, rumień był ukojony a po kilku miesiącach stosowania mój problem chwilowo ustąpił. Mimo kilku jego irytujących cech, bardzo go polubiłam i w sezonie zwiększonej aktywności moich naczynek na pewno po niego sięgnę.


Z maseczkami algowymi Organique zapoznała mnie koleżanka z pracy. Zakupiłam 2 saszetki na próbę i przepadłam. Fantastycznie łagodzą podrażnienia, uspokajają skórę, która po ich użyciu jest mięciutka jak pupcia niemowlęcia ;)


W kwestii pielęgnacji ust rządził nieprzerwanie Carmex. Nowością w mojej kosmetyczce jest balsam BabyLips od Maybelline, który okazał się bardzo przyjemnym zaskoczeniem i z dużą przyjemnością po niego sięgam.


Na koniec produkt może nie bardzo pielęgnacyjny, ale nie mogę o nim nie wspomnieć. Jest to zmywacz do paznokci z Inglota. Po masakrze jaką urządził mi rossmanowski zmywacz z Isany, Inglot okazał się wybawieniem. Dobrze radzi sobie ze zmywaniem lakieru, a dodatkowo (co dla mnie jest kluczowe) nie wysusza płytki paznokcia.


Ufff i to by było na tyle.

Macie jakieś doświadczenia z produktami, które pokazałam? Jacy są Wasi topowi ulubieńcy pielęgnacyjni?