Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lirene. Pokaż wszystkie posty

Projekt denko

Pierwsze denko w tym roku. Produkty już niemal wysypują mi się z torby więc nie przedłużając szybko je omówię.


* Woda termalna Uriage- bardzo dobry produkt do spryskania buzi dy jest podrażniona, alergiczna lub chcemy ją po prostu nieco odświeżyć np. latem podczas upałów. Mój egzemplarz trzymałam w lodówce więc była przyjemnie chłodna. Przy mojej naczynkowej cerze szybko przynosiła mi ulgę.

* Suchy szampon Frotte- obecnie chyba jedyny do jakiego mam dostęp. Z działania jestem bardzo zadowolona, chociaz nieraz muszę się namęczyć aby dobrze go wyczesać. Ostatnio staram się jednak ograniczać używanie suchych szamponów bo slyszałam, że mogą wpływać niekorzystnie na kondycję włosów i wzmagać wypadanie.

* Mleczko do demakijażu Pat&Rub- zawieruszyło się gdzieś w moich zbiorach i odkryłam je całkiem niedawno, niestety było przeterminowane już około 6 miesięcy. Swego czasu bardzo je lubiłam i nawet pisałam o nim na blogu TUTAJ. Ostatnio wyrosłam jednak z miłości do mleczek do demakijażu.

* Szampon Herbal Essences- dobrze sprawował się na włosach, oczyszczał je i nie pozostawiał żadnej warstwy, która mogłaby przyspieszać przetłuszczanie moich włosów. Dodatkowo przepięknie pachniał.



* Bioderma h2o AR- płyn micelarny do cery naczynkowej. Na chwilę obecną mój Święty Graal, ponieważ w miejscu w którym mieszkam woda kranowa strasznie szkodzi mojej cerze i makijaz zmywam tylko i jedynie tym micelem. Jest genialna! Mam już na zapasie 2 opakowania, bo ostatnio w aptece zrobiłam deal życia (wpominalam o tym na moim Instagramie). Miała też swoje 5 minut w poście o MOJEJ AKTUALNEJ PIELĘGNACJI.

* Żel do mycia twarzy Pharmaceris seria dla Naczynkowców- świetny i niezwykle delikatny żel do mycia twarzy. Idealnie zmywa cały makijaż, włącznie z oczami. Z chęcią zakupiłabym kolejne opakowanie gdyby nie fakt, że woda kranowa mi szkodzi.

* Avene Antirougeurs- krem dla naczynkowców- powinnam jak najszybciej poświęcić osobny post, bo ten krem w połączeniu z płynem Biodermy uratował moją cerę a było naprawdę źle. Świetny zarówno na noc jak i na dzień pod makijaż.

* Krem z filtrem Vichy- bardzo go lubiłam, świetnie chroni skórę i jest bezproblemowy w użytku. Nie jest tłusty, nie klei się i bardzo dobrze nosi się na nim makijaż. Polecam i sama muszę na wiosnę kupić nową tubkę.

* Żel pod oczy ze świetlikiem z Flosleku- swego czasu dosyć lubiłam te żele, teraz są dla mnie zdecydowanie zbyt lekkie, wolę kosmetyki bardziej treściwe.

* Lirene tonik- jak dla mnie dość przeciętny produkt, o wiele lepiej sprawdzał mi się ten redukujący przebarwienia, a którego jak na złość nie mogę dorwać w swoim Rossmanie.


* Zmywacz Ebelin- tani i dobrze sobie radzi. Czego chcieć więcej?

* Krem do stóp Balea z mocznikiem- najlepszy jaki dotychczas miałam, świetnie radził sobie z moimi wiecznie przesuszonymi stopami.


* Żel pod prysznic Lirene Brzoskwiniowy deser- piękny zapach, reszta jego właściwości bardzo przeciętna. Dodatkowo miałam wrażenie, że przesusza mi skórę. 

* Żel pod prysznic z Biedronki- DRAMAT! Zobaczyłam go w jakiejs gazetce promocyjnej i poprosiłam mamie aby mi o kupiła. Wyobrażałam sobie jak pięknie będzie on pachniał jagodami. Niestety śmierdział niemiłosiernie, że musiałam się zmuszać aby po niego sięgać.

* Seria Elseve Fibralogy- miałam odżywkę i aktywator gęstości, który należało mieszać z odżywką z tej serii. Ciężko mi powiedzieć czy moje włosy zyskały jakoś na objętości przy jego stosowaniu. Zauważyłam jedynie, że są o wiele bardziej puszyste.

* Szampon Schaum z kofeiną- fajnie oczyszczał włosy, były po nim naprawdę lekkie i długo świeże. Lubiłam go. 

* Odżywka Alverde z awokado- bardzo zaskoczył mnie ten produkt. Niebawem napisze nieco więcej na jego temat jak i odżywki z tej samej serii. 



Poniższe zdjęcie jest wynikiem przeglądania moich kosmetyków, niektóre zużyłam, niektóre sie zwyczajnie zepsuły.

Z wyżej przedstawionych produktów mogę z czystym sercem polecić eyeliner w pisaku z MySecret. Nie bójcie sie go, nie jest Waterproof a końcówka nadawała się do użytku przez jakieś 4 miesiące, co dla mnie jak na pisak jest świetnym wynikiem. Podkład z Kobo również był całkiem przyjemny. Ładnie krył, wyglądał bardzo naturalnie na buzi i był dosyć trwały. Niestety ostatnio zamiast podkładu wylatuje z niego sama woda więc chyba już nadszedł jego kres. Baza z Essence I love Stage to szajs jakich mało. Za baza Inglota również nie przepadam, podobnie jak za żelem do brwi z Catrice.  Dwa produkty do ust, które tylko odleżały swoje w szufladzie, nie wiem czy nawet raz miałam je na ustach a teraz śmierdzą i nadają się tylko do kosza. To czysty dowód tego, ze w ogóle nie powinnam kupowac kolorówki do ust. Srebrny eyeliner z Inglota wysechł na kamień, a paletka cieni jest ze mną już zdecydowanie za długo. 

3 produkty do pielęgnacji warte polecenia

Ostatnio jakoś kompletnie nie mam weny, ale przeglądając dzisiaj zawartość moich starych pendrajwów znalazłam zdjęcia produktów, które nie zagościły jeszcze na łamach mojego bloga a należy im się chwila sławy. Dwa z nich to produkty apteczne i obecnie tylko takimi pielęgnuję skórę twarzy, trzeci z nich jest dostępny w drogeriach. Zaczynam więc!


Krem wybawca czyli Roseliane od Uriage. Jeżeli tak jak ja macie problem z naczynkową cerą, która zimą wariuje przez mrozy na zewnątrz i ogrzewane powietrze, to jest to krem dla was. Poprzedniej zimy miałam ogromne problemy z cerą, była ona non stop tak czerwona na policzkach, że miałam problemy aby zakryć to podkładem. Dodatkowo często miałam na policzkach "uderzenia gorąca", co oznacza, że bez jakiejś większej przyczyny moja buzia robiła się mocno czerwona i gorąca. Pobiegłam do Superpharmu w poszukiwaniu jakiegoś kremu. Bardzo miła Pani po krótkiej rozmowie poleciła mi ten krem. Nie był tani, zapłaciłam za niego coś ponad 60 złotych, ale na szczęście okazał się wart każdej złotówki. Ma gęstą i treściwą konsystencję, więc idealnie nadaje się na zimę. Z powodzeniem można go stosować na noc nieco grubszą warstwą, sprawdzi się również na dzień pod makijaż, trzeba tylko dać mu kilka minut aby się wchłonął. No i najważniejsze, czyli efekty. Pamiętam, że nałożyłam go na taką rozpaloną skórę i już po 10 minutach poczułam znaczną ulgę, buzia mnie nie paliła i rumień nieco zelżał. Pierwsze większe efekty widziałam już po tygodniu. Cera wyraźnie się uspokoiła, rumień był zdecydowanie mniej widoczny. Po miesiącu moja cera już uodporniła się na mocne zmiany temperatura i rzadko reagowała tak jak kiedyś.
Niestety gdy nadeszły cieplejsze dni okazał się zbyt gęsty do dziennego używania i stosowałam go jedynie na noc. Także naczynkowcom gorąco polecam! W październiku moja skóra zaczęła znów wariować i chciałam znów go zakupić. Niestety ku mojej rozpaczy w Niemczech nie spotkałam nigdzie tej marki, a w mojej rodzinnej mieścince również nigdzie go nie mieli, więc nie wiem jak będzie z jego dostępnością.




Następnym produktem o którym chciałam dziś wspomnieć to pianka myjąca z Pharmacerisa. Dla mnie było to kompletne zaskoczenie, bo pianka jest tak delikatna, że niemal nie czuć jej na twarzy a jednocześnie tak skuteczna, że z powodzeniem zmywałam nią makijaż z tuszem i eyelinerem włącznie. Bardzo podoba mi się opakowanie, ponieważ wewnątrz produkt ma formę bezbarwnego żelu, który po wyciśnięciu staje się lekką i puszystą pianką. Aplikator funkcjonuje bez zarzutów i łatwo można dozować ilość produktu, Niestety trzeba nią dosyć szybko pracować, bo szybko zamienia się w płyn. Nie mniej jednak jej stosowanie jest naprawdę bardzo przyjemne, nie wysusza skóry. Mogę ją polecić osobom z problemami naczyniowymi, alergikom oraz osobom po zabiegach kosmetycznych, gdy ich cera jest mocno podrażniona. Ja sama zużyłam ze 3 opakowania tej pianki i jestem nią oczarowana.


Ostatnim produktem jest również pianka do demakijażu, jednak tym razem pochodząca z drogerii.


Nie dajcie się zwieść opakowaniu, które jest naprawdę małe. Jak je pierwszy raz zobaczyłam to myślałam, że starczy mi to na góra tydzień. Na szczęście pierwsze wrażenie było zgubne, a piankę stosowałam codziennie przez calutki miesiąc. Również bardzo skutecznie zmywała makijaż, w tym makijaż oczu. W odróżnieniu od pianki Lirene miała ona wyczuwalny zapach oraz struktura pianki była nieco inna, bardziej zbita i gęstsza. Po wyciśnięciu z opakowania swoim wyglądem przypominała mi bardziej bezę niż piankę. Nie podrażniała cery, jednak nie była tak delikatna jak pianka z Pharmaceris. Nie mniej jednak jesto to bardzo dobry produkt a przez swoje niewielkie rozmiary może się przydać np w podróży.

Znacie te produkty? Jacy są Wasze pielęgnacyjne perełki?

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. I

Takie pytanie zadaje każdy, który zobaczy moją kolekcję kosmetyków. Czasami nawet ja sama je sobie zadaję. Postanowiłam więc zapoczątkować na blogu serię postów mających pokazać moje zbiory kosmetyczne. Posty te nie mają na celu chwalipięctwa a służą jedynie uświadomieniu mi co posiadam. Wy także możecie na tym troszkę skorzystać gdy interesuje Was moja opinia na temat jakiegoś produktu, który posiadam a o którym nie pisałam jeszcze na blogu.
Dzisiaj część pierwsza: podkłady- czyli produkty bez których nie wyobrażam sobie makijażu i do których mam szczególną słabość i wiecznie poszukuję doskonałości.


Tak więc drogie Internautki i Internauci oto wszystkie moje podkłady i kremy BB w zawrotnej liczbie 14 sztuk. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych jest to sporo a dla niektórych niewiele. Jak ja sama to oceniam? Ciężko mi sie wypowiedzieć. Są w tym zbiorze produkty, które naprawdę bardzo lubię. Aż 5 sztuk jest już prawie zużyte, zostały jakieś resztki na max 1-2 użycia, które trzymam aby pokazać na blogu. Tylko o 3 tych podkładach mogę powiedzieć, że niemal nigdy po nie nie sięgam.


Ok, to może przyjrzyjmy im się z bliska:


1. Maybelline Fit Me!- miałam na niego ochotę odkąd zobaczyłam go na amerykańskim YT. Niestety w drogerii światło było strasznie mylne i produkt jest ociupinkę za ciemny i pasuje mi jedynie gdy używam samoopalacza. Użyłam go może z 3-4 razy.
2. Under20! czyli produkt o którym w pewnym momencie było w blogosferze bardzo głośno. Mnie nie uwiódł, aczkolwiek nie był zły. Jest tez bardzo perfumowany. Na szczęście zostało mi go jedynie ociupinkę na jedno maksymalnie dwa użycia.
3. MAC Studio Fix- czasem go kocham, czasem nienawidzę. W jego odcieniu też nie zawsze się dobrze czuję. Mam jeszcze około 1/3 buteleczki.



4. Loreal Nude Magique- mój obecny hit! Parę postów niżej pisałam o nim swoje pierwsze wrażenie. Dodam do tego tylko to, że tydzień temu spędziłam w aucie, dodam że koloru czarnego coby było jeszcze przyjemniej, 6 godzin w 30 stopniowym upale i przy wyłączonej klimatyzacji a ten podkład pozostał nietknięty.
5. Lirene Glam & Matt- trochę mi nie po drodze z tym produktem. Kolor i odcień niezbyt mój, na twarzy też nie prezentuje się zbyt wyjściowo więc rzadko po niego sięgam.
6. Bourjois Flower Perfection- świetny produkt. Z zamiłowaniem używałam go na przełomie zimy i wiosny. Świetne krycie, buzia wygląda naturalnie i promiennie a trwałość również niczego sobie. Poleciła mi go koleżanka i to był strzał w dziesiątkę. Na sezon letni okazał się jednak zbyt nawilżający.


7. Kobo Smoothing Make Up- dostałam go do przetestowania od firmy Kobo. Jest dosyć lekki i nawilżający ale da się nim zbudować ładne krycie. Nie do końca mi pasuje jego kolor, ale chętnie po niego sięgam bo nałożony pędzlem typu duo fiber sprawia, że buzia jest pięknie wygładzona jakby po fotoszopie. Jest już raczej na wykończeniu.
8. Maybelline krem BB- naczytałam się o nim dużo pozytywów, aczkolwiek niezbyt dobrze trafiłam z odcieniem, który jest straszliwie różowy więc leży i sie kurzy.
9. Maybelline Affinimat- po zachwycie nad Affinitonem zakupiłam tą wersję z myślą o lecie. Wzięłam kolor nazywający się tak samo jak w serii Affinitone nie zdając sobie sprawy że w serii Affinimat będzie on trochę jasniejszy. A co za tym idzie nie pasujący kompletnie na sezon letni gdy buzia łapie nieco kolorku. Poczeka do jesieni.


10. Maybelline Affinitone- geniusz! Wróciłam do niego po latach za poleceniem koleżanki i jestem bardzo zadowolona. Powróciłam do niego jakoś w grudniu i od tej pory zużyłam chyba ze 4 opakowania. Jest to podkład dający naturalny efekt na twarzy dając jednak bardzo dobre krycie. Po utrwaleniu pudrem trzyma się cały dzień.
11. Vichy Dermablend- ah jak on cudnie wygląda na mojej twarzy! Niestety tylko przez godzinę. Potem zaczynają się z nim dziać tak brzydkie rzeczy, że aż nie chcę o tym pisać. Mieszam go z innymi podkładami bo podoba mi się krycie jakie daje. Na szczęście w opakowaniu została odrobina.
12. Lioele Dollish BB krem w kolorze zielonym. Miałam kiedyś jego próbkę i tak się zachwyciłam, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie. Niestety wielka miłość z tego nie wyrosła. Solo używać go nie lubię go wyglądam w nim trupio. Fajnie się jednak sprawdza jako baza pod podkład, aby zneutralizować nieco zaczerwienienia.


13. Lirene magic make-up- ja w nim magii żadnej nie widzę. Na dodatek odcień mi kompletnie nie pasuje więc jakoś nam nie po drodze.
14. Avon podkład matujący czyli produkt o najdziwniejszej konsystencji z jaką się spotkałam. Ostatnio zrobiłam do niego kolejne podejście i wyszło całkiem całkiem, aczkolwiek tyłka mi z zachwytu nie urwało.

No i to by było na tyle. Postaram się każdy produkt przedstawić w szerszej recenzji, posiłkując się zdjeciami prezentującymi stopień krycia oraz wykończenie na buzi.

Ciekawa jestem ile Wy macie podkładów ;-)

Ulubieńcy ostatnich miesięcy- PIELĘGNACJA

Na przestrzeni ostatnich miesięcy zagościło u mnie sporo nowych kosmetyków, część z nich okazała się prawdziwymi perełkami. I to o nich będzie dzisiejszy post. Zapraszam!



Z kategorii żeli pod prysznic moją sympatię zdobyły ostatnio żele pod prysznic Balea. Ładnie pachną, wywiązują się z powierzonej im funkcji oczyszczania ciała i na dodatek kosztują mniej niż 1 Euro w drogerii DM. Nic tylko kupować.


Ulubionym peelingiem do ciała nominowany został cukrowy peeling ze Starej Mydlarnii. Ostatnio coraz bardziej rozkochuję się w tej marce a tej peeling jest tylko potwierdzeniem. Po jego użyciu skóra jest mięciutka i z taką przyjemną olejkową powłoczką. Zapach może nie do końca odpowiada białej czekoladzie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.


Masło do ciała- znów marka Balea. Z tego co się orientuję to masło pochodzi z limitowanej edycji, nad czym z całego serca ubolewam bo to masło jest genialne a mi pozostała zaledwie garstka na dnie. Ma dosyć gęstą, treściwą konsystencję ale przyjemnie rozprowadza się na skórze. Pachnie przepięknie niczym kakao Nesquik. Skład jest świetny, masło shea na drugim miejscu (na pierwszym jest aqua). Skóra po jego użyciu jest wspaniale odżywiona. No i cena z tego co się orientuje nie jest zbyt wygórowana. Nic tylko kupować!


Przez całe moje życie miałam jakąś awersję do oliwek do ciała. Zawsze wydawało mi się, że będę po niej śliska jak ryba wyciągnięta prosto z wody. Na szczęście oliwka Hipp pokazała mi, że jest inaczej. Wchłania się w skórę naprawdę ekspresowo, przy pierwszym użyciu przeżyłam niemały szok. Skóra po jej użyciu jest cudownie nawilżona. Wiele dziewczyn stosuje ją również do olejowania włosów, ale u mnie się w tej kwestii raczej nie sprawdziła. Lubię bardzo, zwłaszcza w sezonie zimowym.


Jeden ze zbawicieli mojej skóry- mgiełka do twarzy z wodą z kwiatu pomarańczy firmy Stara Mydlarnia. Kupiłam całkowicie przez przypadek za kilkanaście złotych a okazała się świetna. Moja skóra w okresie wrzesień-grudzień była w oplakanym stanie- stale zaczerwieniona, wrażliwa na wszystko, dodatkowo makijaż spływał mi z twarzy już po godzinie. Odkąd używam tej mgiełki moja skóra jest zdecydowanie bardziej ukojona, rumień się zmniejszył (co pewnie jest też zasługą kremu, o którym poniżej) i w końcu da się z nią jakoś dogadać ;) Koniecznie muszę się wybrać do Starej Mydlarnii uzupełnić zapasy!


Bardzo przyjemnie używało mi się również toniku z Lirene. Zakupiłam go po zobaczeniu recenzji na YT, którą z tego co pamiętam wrzuciła chyba Szavka (??). Bardzo przyjemnie odświeżał twarz, niwelował podrażnienia i uczucie ściągnięcia, o ile takowe wystąpiło. 


Moi kremowi ulubieńcy:
* Pharmaceris lekki krem głęboko nawilżający- cudeńko! Ma naprawdę leciutką konsystencję, która świetnie nada się pod makijaż jednocześnie zapewniając skórze całodniowe nawilżenie. Niestety wykończyłam go doszczętnie ale na pewno kupię kolejne opakowanie bo byłam oczarowana.
* Uriage Roseliane- zakupiłam go z myślą o bardzo uporczywym rumieniu, który mnie nękał. Z tego co pamiętam nie był tani, ale na szczęście spisał się na medal. Już po tygodniu używania zauważyłam poprawę, rumień był ukojony a po kilku miesiącach stosowania mój problem chwilowo ustąpił. Mimo kilku jego irytujących cech, bardzo go polubiłam i w sezonie zwiększonej aktywności moich naczynek na pewno po niego sięgnę.


Z maseczkami algowymi Organique zapoznała mnie koleżanka z pracy. Zakupiłam 2 saszetki na próbę i przepadłam. Fantastycznie łagodzą podrażnienia, uspokajają skórę, która po ich użyciu jest mięciutka jak pupcia niemowlęcia ;)


W kwestii pielęgnacji ust rządził nieprzerwanie Carmex. Nowością w mojej kosmetyczce jest balsam BabyLips od Maybelline, który okazał się bardzo przyjemnym zaskoczeniem i z dużą przyjemnością po niego sięgam.


Na koniec produkt może nie bardzo pielęgnacyjny, ale nie mogę o nim nie wspomnieć. Jest to zmywacz do paznokci z Inglota. Po masakrze jaką urządził mi rossmanowski zmywacz z Isany, Inglot okazał się wybawieniem. Dobrze radzi sobie ze zmywaniem lakieru, a dodatkowo (co dla mnie jest kluczowe) nie wysusza płytki paznokcia.


Ufff i to by było na tyle.

Macie jakieś doświadczenia z produktami, które pokazałam? Jacy są Wasi topowi ulubieńcy pielęgnacyjni?

Kosmetyczni ulubieńcy września

Wrzesień minął jak z bicza strzelił. Nastał październik, zwiastun jesieni, załamania pogody i wszechobecnych roznosicieli wirusa grypy. Dla mnie jest to również początek nowych obowiązków, aczkolwiek rozpoczęłam kolejny rok studiów. Wrzesień był więc dla mnie ostatnim miesiącem wakacji, oraz miesiącem w którym obchodziłam swoje urodziny, które notabene z roku na rok cieszą coraz mniej bo uzmysławiają nieubłagalny upływ czasu. We wrześniu szalałam nieco z makijażami, ponieważ zaopatrzyłam się w Inglocie w kilka stricte jesiennych odcieni, i aż żałuję że żadnego nie udało mi się sfotografować :(
Może w październiku uda mi się to zmienić :)

A po tym krótkim wstępie zapraszam gorąco na ulubieńców miesiąca września:


Z pielęgnacji twarzy szczególnie ulubiłam sobie dwa produkty: kremo-żel Lirene o którym  pisałam TUTAJ i pomadkę Alverde, którą dorwałam w DM podczas urlopu w Chorwacji. Pomadka pachnie obłędnie mandarynkami i ma świetne właściwości nawilżające i odżywcze. Dodatkowo jej cena nie jest wygórowana a skład ma genialny. Problem może być jedynie z jej dostępnością bo w Polsce DM-u nie uświadczysz.
 


Wszyscy już zapewne wiedzą, że marka Aussie pojawiła się w Rossmanach. Zestaw składający się z szamponu i odżywki przeznaczonych do włosów suchych i zniszczonych pomimo mojego sceptycznego nastawienia ("przecież to istna bomba silikonowa") okazał się bardzo przyjemny w użytkowaniu. Ładnie pachnie gumą balonową (zapach utrzymuje się na włosach), dobrze oczyszcza włosy i sprawia, że są miękkie i błyszczące. Dodatkowo nie obciąża włosów i nie przyśpiesza ich przetłuszczania. Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego odżywka jest mniejsza niż szampon? Czy tylko ja mam tendencję do tego, że zużywam odżywkę podczas gdy mam jeszcze 1/3 opakowania szamponu?



Żele pod prysznic Lirene. Kusząca gruszka pachnie wręcz obłędnie i jest to naprawdę prawdziwy zapach gruszek. Przyjemnie kojarzy mi się również dlatego, że zabrałam go ze sobą na urlop. Co do jego właściwości pielęgnacyjnych to jest bardzo przeciętnie, ale zapach skłania mnie do sięgnięcia po kolejne opakowanie. Żel Lirene Stop Cellulit, również uwiódł mnie swoim zapachem, bo w działanie antycellulitowe produktu, który na moim ciele znajduje się jedynie kilka sekund przed spłukaniem jakoś nie wierzę. Aczkolwiek pachnie bardzo przyjemnie grejpfrutami, a ja jestem istnym freakiem jeśli chodzi o cytrusowe zapachy więc jestem kupiona ;)

Czas na moją ulubioną ostatnio kategorię: kolorówkę!


Bronzer W7 Honolulu- moja przygoda jeżeli chodzi o ten produkt jest dosyć zawiła, a mianowicie posiadałam już kiedyś jedno opakowanie tego produktu, które następnie puściłam w świat w drodze wymiany, tylko po to aby po kilku miesiącach kupić go ponownie. Kobieca logika. Lubię kolor jaki daje na mojej skórze, ładnie mogę nim wykonturować policzki, nie robi plam i kosztuje grosze.
Pomadka Loreal Caresse- pamiętam, że swego czasu był wielki bum w blogosferze na te szminki. Wtedy również i ja uległam i skusiłam się na kolor 03 Lovely Rose. Leżała u mnie parę miesięcy i ostatnio ostro wzięłam ją w obroty. I muszę stwierdzić, że jest naprawdę lovely ;)
Eyeliner Maybelline- nie przesadzę jeśli powiem, że jest to najlepszy eyeliner jakiego dane mi było używać. Super mocna czerń i genialna trwałość. Kiedyś uważałam eyeliner z Wibo za najlepszy, ale temu z Maybelline może on co najwyżej buty czyścić. Gorąco polecam!!!


Z cieni królował u mnie głównie Inglot:
* cień vertigo o numerze 9- w końcu znalazłam idealny cień rozświetlający do wewnętrznego kącika oka
* cienie do kasetki freedom o numerach:
 - 456- jasny matowy beż, ze złotą drobinką- świetnie rozświetla spojrzenie i stanowi dobrą bazę
 - 407- piękny perłowy pomarańcz, jest nieco ciężki we współpracy, ale warto się namęczyć bo super podbija kolor niebieskiej tęczówki
 - 452- cudne, perłowe bordo, idealny do jesiennych makijaży
 - 419- trochę ciężki do opisania kolor, bo samo stwierdzenie "zielony" top zbyt mało aby go określić, nie mniej jednak na oku prezentuje się super
 - 360- matowy jasny brąz, idealny do rozcierania i podkreślania załamania powieki

Polubiłam się również z cieniem KOBO o numerze 129 Apricot, który w duecie z 407 z Inglota tworzy piękny jesienny make-up.


No i to by było na tyle, jak widać nie jest tego dużo :)

A jacy są Wasi wrześniowi ulubieńcy?