Pokazywanie postów oznaczonych etykietą l'oreal. Pokaż wszystkie posty

Projekt denko

Pierwsze denko w tym roku. Produkty już niemal wysypują mi się z torby więc nie przedłużając szybko je omówię.


* Woda termalna Uriage- bardzo dobry produkt do spryskania buzi dy jest podrażniona, alergiczna lub chcemy ją po prostu nieco odświeżyć np. latem podczas upałów. Mój egzemplarz trzymałam w lodówce więc była przyjemnie chłodna. Przy mojej naczynkowej cerze szybko przynosiła mi ulgę.

* Suchy szampon Frotte- obecnie chyba jedyny do jakiego mam dostęp. Z działania jestem bardzo zadowolona, chociaz nieraz muszę się namęczyć aby dobrze go wyczesać. Ostatnio staram się jednak ograniczać używanie suchych szamponów bo slyszałam, że mogą wpływać niekorzystnie na kondycję włosów i wzmagać wypadanie.

* Mleczko do demakijażu Pat&Rub- zawieruszyło się gdzieś w moich zbiorach i odkryłam je całkiem niedawno, niestety było przeterminowane już około 6 miesięcy. Swego czasu bardzo je lubiłam i nawet pisałam o nim na blogu TUTAJ. Ostatnio wyrosłam jednak z miłości do mleczek do demakijażu.

* Szampon Herbal Essences- dobrze sprawował się na włosach, oczyszczał je i nie pozostawiał żadnej warstwy, która mogłaby przyspieszać przetłuszczanie moich włosów. Dodatkowo przepięknie pachniał.



* Bioderma h2o AR- płyn micelarny do cery naczynkowej. Na chwilę obecną mój Święty Graal, ponieważ w miejscu w którym mieszkam woda kranowa strasznie szkodzi mojej cerze i makijaz zmywam tylko i jedynie tym micelem. Jest genialna! Mam już na zapasie 2 opakowania, bo ostatnio w aptece zrobiłam deal życia (wpominalam o tym na moim Instagramie). Miała też swoje 5 minut w poście o MOJEJ AKTUALNEJ PIELĘGNACJI.

* Żel do mycia twarzy Pharmaceris seria dla Naczynkowców- świetny i niezwykle delikatny żel do mycia twarzy. Idealnie zmywa cały makijaż, włącznie z oczami. Z chęcią zakupiłabym kolejne opakowanie gdyby nie fakt, że woda kranowa mi szkodzi.

* Avene Antirougeurs- krem dla naczynkowców- powinnam jak najszybciej poświęcić osobny post, bo ten krem w połączeniu z płynem Biodermy uratował moją cerę a było naprawdę źle. Świetny zarówno na noc jak i na dzień pod makijaż.

* Krem z filtrem Vichy- bardzo go lubiłam, świetnie chroni skórę i jest bezproblemowy w użytku. Nie jest tłusty, nie klei się i bardzo dobrze nosi się na nim makijaż. Polecam i sama muszę na wiosnę kupić nową tubkę.

* Żel pod oczy ze świetlikiem z Flosleku- swego czasu dosyć lubiłam te żele, teraz są dla mnie zdecydowanie zbyt lekkie, wolę kosmetyki bardziej treściwe.

* Lirene tonik- jak dla mnie dość przeciętny produkt, o wiele lepiej sprawdzał mi się ten redukujący przebarwienia, a którego jak na złość nie mogę dorwać w swoim Rossmanie.


* Zmywacz Ebelin- tani i dobrze sobie radzi. Czego chcieć więcej?

* Krem do stóp Balea z mocznikiem- najlepszy jaki dotychczas miałam, świetnie radził sobie z moimi wiecznie przesuszonymi stopami.


* Żel pod prysznic Lirene Brzoskwiniowy deser- piękny zapach, reszta jego właściwości bardzo przeciętna. Dodatkowo miałam wrażenie, że przesusza mi skórę. 

* Żel pod prysznic z Biedronki- DRAMAT! Zobaczyłam go w jakiejs gazetce promocyjnej i poprosiłam mamie aby mi o kupiła. Wyobrażałam sobie jak pięknie będzie on pachniał jagodami. Niestety śmierdział niemiłosiernie, że musiałam się zmuszać aby po niego sięgać.

* Seria Elseve Fibralogy- miałam odżywkę i aktywator gęstości, który należało mieszać z odżywką z tej serii. Ciężko mi powiedzieć czy moje włosy zyskały jakoś na objętości przy jego stosowaniu. Zauważyłam jedynie, że są o wiele bardziej puszyste.

* Szampon Schaum z kofeiną- fajnie oczyszczał włosy, były po nim naprawdę lekkie i długo świeże. Lubiłam go. 

* Odżywka Alverde z awokado- bardzo zaskoczył mnie ten produkt. Niebawem napisze nieco więcej na jego temat jak i odżywki z tej samej serii. 



Poniższe zdjęcie jest wynikiem przeglądania moich kosmetyków, niektóre zużyłam, niektóre sie zwyczajnie zepsuły.

Z wyżej przedstawionych produktów mogę z czystym sercem polecić eyeliner w pisaku z MySecret. Nie bójcie sie go, nie jest Waterproof a końcówka nadawała się do użytku przez jakieś 4 miesiące, co dla mnie jak na pisak jest świetnym wynikiem. Podkład z Kobo również był całkiem przyjemny. Ładnie krył, wyglądał bardzo naturalnie na buzi i był dosyć trwały. Niestety ostatnio zamiast podkładu wylatuje z niego sama woda więc chyba już nadszedł jego kres. Baza z Essence I love Stage to szajs jakich mało. Za baza Inglota również nie przepadam, podobnie jak za żelem do brwi z Catrice.  Dwa produkty do ust, które tylko odleżały swoje w szufladzie, nie wiem czy nawet raz miałam je na ustach a teraz śmierdzą i nadają się tylko do kosza. To czysty dowód tego, ze w ogóle nie powinnam kupowac kolorówki do ust. Srebrny eyeliner z Inglota wysechł na kamień, a paletka cieni jest ze mną już zdecydowanie za długo. 

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!

Ulubieńcy sierpnia

Po krótkiej nieplanowanej przerwie zapraszam na ulubieńców sierpnia.


Zaczynając od produktów pielęgnacyjnych:


1. Lotion do włosów Seboradin z żeń-szeniem i czarną rzodkwią- razem z produktem z punktu nr 2 wspomaga moją walkę o zagęszczenie i wzmocnienie włosów. I muszę powiedzieć, że zaczynam widzieć efekty.
2. Tabletki Regital na włosy, skórę i paznokcie- to już moje trzecie opakowanie tego produktu i widzę lekką poprawę w kondycji moich włosów jak i paznokci.
3. Krem do stóp Balea z mocznikiem- cudotwórca! Z najbardziej wysuszonych stóp po kilku aplikacjach potrafi stworzyć stópki miękkie jak u dziecka.
4. Ukochane masło do ciała Balea- to już moje trzecie opakowanie i jeszcze mi się nie przejadło. Dobry skład, treściwa konsystencja i długotrwałe nawilżenie, w połączeniu z przyjemnym zapachem i ceną poniżej 2 euro to to co lubię :-)
5. Balea krem do rąk z mocznikiem- bardzo fajnie radzi sobie z przesuszoną skórą. Na dzień jest może zbyt gęsty i treściwy, więc wolę używać go na noc.
6. Balsam do ust Maybelline Baby Lips- najbardziej lubię to wersję w niebieskim opakowaniu. Przyjemnie pachnie i nawilża usta, choć nie jest to zbyt długotrwałe nawilżenie.
7. Maść MaxiBiotic przez pół miesiąca walczyłam z okropnymi zajadami wokół ust, które przybierały postać krwawiących ran. Najprawdopodobniej spowodowane były przez jakiegos  wirusa. Łykanie witaminy B nic nie dawało i dopiero ta maść z antybiotykiem dała sobie radę.


Przechodząc do kolorówki:


1. Cień w kremie marki Benefit- choć trwałością nie grzeszy, bo i tak muszę położyć pod niego bazę pod cienie to polubiłam go. Można go używać solo jako cień na całą powięke, który nada lekkiego połysku, lub jako baza pod dalszy makijaż. Ja w tym sezonie letnim gustowałam w mocno rozświetlonym makijażu oka i ten cień fajnie się sprawdzał. Jest to kolor R.S.V.P i gdybym miała go opisać to powiedziałabym, że jest to taki muszelkowy beż, lekko złamany różem.


2. Puder matujący z Essence- pomimo, że w opakowaniu ma biały kolor to na twarzy jest transparentny. Polubiłam go, bo potrafi jako jedyny utrzymać mat w mojej szalejącej strefie T. Jednak nałożony w zbyt dużej ilości może bielić twarz.

3. BB krem Lioele Dollish- odkopałam go niedawno w swoim zbiorze i zaczęłam używać jako bazę pod podkład. Ma lekko zielonkawy kolor, który nałożony na skórę, ładnie się wtapia. Nakładam go głównie na moje zaczerwienione policzki i ładnie je neutralizuje. Dzięki temu w te miejsca mogę nałożyć mniej podkładu.

4. Róż nr 72 z Inglota- kompletnie zapomniałam, że go mam. Leżał sobie zapomniany w moim kufrze i w sierpniu go odkurzyłam. Lubię go bo mogę stopniować efekt jaki nim uzyskam. Kolor również mi się podoba bo nadaje takiego zdrowego, świeżego wyglądu skórze. Dodatkowo jest szalenie wydajny.


5. Podkład L'oreal Nude Magique- swoje pierwsze wrażenie o nim opisałam TUTAJ i swoją opinię nadal podtrzymuję. Przypudrowany dobrym pudrem potrafi utrzymać się na buzi długie godziny w stanie niemal niezmienionym. Wygląda na twarzy bardzo zdrowo i naturalnie. Ważne jest też aby nakładać go na twarz cieniutkimi warstwami, wtedy daje najładniejszy efekt.

I to by było wszystko :-)
W dziale pielęgnacji chciałam początkowo umieścić serię Manuka z Ziaji, ale jednak się wstrzymam bo moja opinia choć pierw bardzo pochlebna teraz jest dosyć mieszana. Poużywam dalej i zobaczę jak będzie się sprawować.

A jacy są Wasi ulubieńcy sierpnia?


P.S. Chciałam Wam również wspomnieć o ulubionej piosence tego miesiąca a jest to Cro- Traum, którą ostatnio słyszę gdziekolwiek bym się nie wybrała.

Efekt skrzydeł motyla? Hmmm

Po latach zdradziłam mój ukochany 2000Calorie z Max Factora. Tak o, z ciekawości. Skuszona promocyjną ceną przypełzłam na nieznane mi dotąd terytorium Loreala i porwałam w swe dłonie tak wszechobecnie reklamowany False Lash Butterfly Wings. 


Na początku może wspomnę, że nigdy nie miałam styczności z tuszami tej firmy więc kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Uznałam jednak, że jak tyle kosztuje to musi coś w nim być dobrego. Pierwsze co mnie w nim zaskoczyło to szczoteczka, imitująca swoim kształtem skrzydło motyla. No brzmi pięknie, ale w praktyce jak dla mnie jest ona trochę zbyt przekombinowana. Poczatkowo kompletnie nie umiałam się nią posłużyć, z czasem wyrobiłam sobie na nią sposób, aczkolwiek dalej uważam że nie jest ona wygodna ani szybka w użytkowaniu. Konsystencja tuszu jest w miarę ok, rozprowadza się bez większych problemów. Swój egzemplarz posiadam już od czerwca, więc co się miało z ową konsystencją stać to już się pewnie stało, ja sama żadnej zmiany nie odnotowałam. Co do samego tuszu to wrażenia mam bardzo mieszane. Z jednej strony podoba mi się intensywna czerń i trwałość, bo tusz się nie osypuje. Przy kontakcie ze łzami lub deszczem potrafi się jednak rozmazać. Z drugiej strony przez tą wymyślną szczoteczkę trzeba się namęczyć aby uzyskać ładny efekt, gdyż ta maskara potrafi posklejać rzęsy co zauważył nawet mój chłopak. A jak już mój facet zwraca na coś takiego uwagę to znak, że coś jest mocno nie tak. Zauważyłam również, że ten tusz bardzo mocno oblepia rzęsy i są one przez to bardzo sztywne, ale nie jest w stanie utrwalić na dłużej efektu po podkręceniu zalotką.

Zoom na szczoteczkę:


A tak się prezentuje tusz w akcji, dzisiaj naprawdę bardzo mocno się starałam aby ładnie nim umalować rzęsy:





Podsumowując:
Nie jest to zły produkt, ale ja osobiście nie jestem nim zachwycona i uważam, że nie jest on wart swojej ceny (ok. 60 zł). Wymęczę go do końca i pokornie wrócę do 2000Calorie. Chyba, że znów weźmie mnie na eksperymenty...

Nowości + pierwsze wrażenie na temat podkładu L'oreal Nude Magique

Miałam wczoraj dosyć kiepski humor i poszłam pochodzić nieco po sklepach. Skończyło się jak zawsze w takich sytuacjach na zakupach kosmetycznych. Nastrój nieco mi się poprawił a dzisiaj rano pełna zaciekawienia testowałam nowości więc napisać mogę kilka słów na temat nowego podkładu.

Na co się skusiłam?
Najpierw udałam się do Douglasa, który w moim obecnym miejscu zamieszkania mocno mnie rozczarował, liczyłam na choćby malutki stoisko MAC i pędzle Zoeva ale nic z tego. No nic. Na stoisku NYX szukałam różu w kremie na które się ostatnio mocno napaliłam. Ich też nie było. Chwyciłam więc kultowy róż w odcieniu Taupe do konturowania twarzy. Ma bardzo fajny chłodny odcień, jednak jeszcze go nie używałam więc nie mogę zbyt wiele powiedzieć. Marzy mi się jeszcze bronzer o nieco bardziej złocistym odcieniu do ocieplania i opalania twarzy. Zachwyciły mnie te z Artdeco, ale muszę jeszcze nad nimi podumać.

Zanim opiszę kolejne produkty muszę przypomnieć, że nie znoszę marki Essence. A jednak raz na jakiś czas kupuję jakieś produkty tej firmy. Sama nie wiem czemu to robię, bo większość niestety tylko utwierdza mnie w mojej opinii. No ale i tym razem wpadły mi do koszyka 3 produkty tej firmy. Chyba ciągle liczę na to, że skoro tyle osób je chwali to i ja w końcu się przekonam.


Róż w kremie- bo tych z NYX nie było i musiałam sie pocieszyć wątpliwym zastępstwem.


Rozświetlacz w kremie z jakiejść nowej serii New in Town. Maznęłam bez przekonania palcem po testerze a 3 sekundy później wkładałam go do koszyka. Zapowiada się fajowo, obym się nie rozczarowała.

oczywiście musiałam już władować do niego paluchy ;)

No i na koniec puder prasowany All About Matt, który kiedyś już miałam w formie sypkiej. Niestety wtedy miałam bardzo przesuszoną cerę i się nie sprawdził. Teraz natomiast cierpię na deficyt pudrów matujących więc będzie jak znalazł.


No i końcowy bohater dzisiejszego postu- podkład L'oreal Nude Magique. Miałam na niego chrapkę już od kilku miesięcy i odkąd zobaczyłam go w drogerii chodziłam wokół niego. Wczoraj mój podły nastrój zadecydował, że nastał jego czas i oto wylądował w moich zbiorach.


Pierwsze wrażenie? Kolor jaki mam to 120 Ivory, który w sklepowym świetle wydawał się ok, jednak w domu zaczął mnie nieco przerażać. Na szczęście okazało się, że całkiem dobrze dopasowuje się do koloru skóry. Ma niesamowicie płynną konsystencję, niczym woda, przez co obawiam się. ze może nie być zbyt wydajny. Aplikowałam go dzisiaj na szybko pędzlem typu flat top, nakładając cieniutkie warstewki i budując krycie. Nie miałam za bardzo czasu na dopieszczanie i zabawę. Po nałożeniu 3 warstw udało mi się uzyskać efekt ujednoliconej cery. Podkład po zastygnięciu na skórze nabiera pudrowego wykończenia i nie jest lepki ani tłusty. Przypudrowałam jedynie nos, brodę i czoło. Bardzo podoba mi się efekt jaki daje na skórze, ponieważ twarz wygląda bardzo naturalnie i zdrowo, kompletnie nie widać, że mam na sobie podkład a jednak to co chciałam przykryć, czyli zaczerwienione policzki, jest przykryte. Wydaje mi się, że jest to produkt którym niemożliwe jest zrobienie sobie ciasta na buzi. Po nałożeniu go na buzię wyszłam z domu pozałatwiać parę spraw na mieście i wróciłam po około 4 h. Podkład nadal wyglądał ładnie, lekko przypudrowałam tylko płatki nosa i czoło bo lekko błyszczały. Teraz mam go na buzi około 9 godzin i nadal wygląda dobrze, starł się jedynie na brodzie i okolicy żuchwy, ale ja mam tendencję do podpierania dłońmi tych miejsc podczas siedzenia lub jazdy samochodem. Śmiem nawet stwierdzić, że po 9 godzinach wygląda na mnie lepiej niż inne podkłady po 2-3 h. Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre, jeżeli będzie tak dalej to wróżę ulubieńca :)

Zachciało mi się kolorów :)

W piątek naszła mnie wena na jakiś mega kolorowy makijaż oczu. Miałam też ochotę wypróbować w końcu moją nową, neonową kredką do powiek z Avonu, która od czasu zakupu leżała w szufladzie. posłużyła mi ona za kolor bazowy na dolnej powiece. Do tego dołożyłam cienie z paletki Sleeka garden of Eden, którą też używam od wielkiego dzwonu. Do tego dobrałam kilka cieni z Inglota i jakoś tak to wszystko wyszło.






Użyte kosmetyki:


Na twarzy mam mieszankę podkładów MAC Studio Fix NW15 z Maybelline Fit Me #125. Pod oczy nałożyłam korektor NYX #Fair i utrwaliłam go pudrem HD z Inglota #43. Całą buzię pokryłam cieniutką warstwą pudru Bourjois w kolorze 52. Policzki delikatnie wymodelowałam różami My Secret w nr 102 i 103. Szczyty kości policzkowych to rozświetlacz Mary lou manizer.


Brwi to kredka Catrice #Date with Ashton i cienie z NYX. Utrwalone żelem z Catrice.
Baza pod cienie: Hean
Eyeliner: Maybelline + żelowa kredka z Avonu na górną linię wodną
Dolna powieka: kredka Avon Glimmerstick Brights #aqua schock
Tusz: Loreal False Lash Wings


Cienie do powiek do Sleek, Inglot i stara paletka My Secret.

 A na ustach moja ulubiona pomadka nude: Avon doskonałość absolutna.


Nadal mam delikatne opory przed publikowaniem swojej facjaty na blogu więc proszę o wyrozumiałość ;)

Często sięgacie po kolorowe makijaże?

Czas powrotu + zakupy

Po długiej nieobecności postanowiłam zebrać się w sobie i spróbować powrócić do prowadzenia bloga. Ostatnie pół roku było dla mnie niesamowicie ciężkie. Praca, studia i pisanie magisterki pochłonęły cały mój czas. Na szczęście udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik i mogę zameldować się z tej strony jako pani magister. Z pracą również się pożegnałam i od tygodnia próbuję osiedlić się za granicą.
Dzisiaj mam w miarę luźny post zakupowy, w ciągu ostatnich kilku tygodni wpadło mi trochę nowych produktów, głównie makijażowych.

Od pewnego czasu miałam ochotę zapoznać się nieco bliżej z marką NYX. Tak się jakoś złożyło, że mając zły humor weszłam do Douglasa i trochę mnie poniosło. W planach był tylko korektor i baza pod cienie, a wpadła dodatkowo paletka cieni i zestaw do brwi.


Paletka z serii "Love in Paris" w odcieniu A La Mode jest wynikiem chwilowego kaprysu. Kupiłam ją, użyłam raz i leży w kufrze. Nie świadczy to o jej złej jakości. Po prostu jakoś tak mi z nią nie po drodze.


Na zestaw do brwi skusiłam się bo mój set z Catrice był już cały pokruszony. Skusiłam się bo odcienie wydały mi się ciekawe i zaintrygował mnie także ten wosk, który wchodzi w skład zestawu. Od dnia zakupu używam tego zestawu niemal codziennie.


No i produkty po które wybrałam się do Douglasa czyli słynny już korektor HD oraz biała baza pod cienie. Korektor wybrałam w odcieniu Fair i choć początkowo nie rozumiałam jego fenomenu, tak z czasem nauczyłam się go obsługiwać tak aby efekt mnie zachwycił. Białą bazę zakupiłam z myślą o kolorowych makijażach, chciałam aby mocniej podbijała kolory cieni i w sumie dawno się tak nie zawiodłam na kosmetyku do makijażu.


Kolejne moje zakupy pochodzą z Inglota, część z nich zakupiłam część dostałam. Skusiłam się na kultowy już Duraline oraz dwa pudry do twarzy: jeden z serii 3S, która ma być bardziej matująca a drugi z serii HD, który przepięknie rozświetla. W prezencie dostałam serum do rzęs oraz nowy tusz z silikonową szczotką.


Skusiłam się również na pędzelek 4SS, który swoim kształtem fajnie nadaje się do przypudrowania okolic pod oczami lub precyzyjnego konturowania. Początkowo czaiłam się na podobny kształtem pędzel z RealTechniques, ale po uwzględnieniu mojej zniżki w Inglocie bardziej opłacał mi się 4SS i jestem bardzo zadowolona z zakupu.


Uzupełniłam również swoje paletki dziesiątki z Inglota. Cienie z systemu freedom to mój ulubiony produkt tej marki. Moje ulubione cienie to maty i wykończenie double sparkle, czyli cień o matowej podstawie z lekką drobinką. Na perłowe cienie muszę mieć humor ;)


Z pielęgnacji uzupełniłam zapas mojego ulubionego serum z olejkiem arganowym ze Starej Mydlarnii i skusiłam się również na słynne serum z witaminą C firmy Auriga.


Serum rewitalizujące marki Bioliq kupiłam na promocji w Superpharmie. Jeszcze nie wiem jak się spisuje bo czeka na swoją kolej.


Poza serum zakupiłam też mgiełkę do włosów Seboradin z żen-szeniem oraz tusz do rzęs, tak szumnie reklamowany jako inspirowany skrzydłami motyla. To moje pierwsze podejście do tuzy marki Loreal i wrażeniami wkrótce podzielę się na blogu.


Dawno nie kupowałam niczego w Avon. Od niedawna moja kuzynka jest konsultantką i podczas ostatniej wizyty u niej przejrzałam katalog i zamówilam kilka rzeczy. Szampon do włosów i maska z czarną rzepą mocno mnie zaintrygowały a że były na promocji to zamówiłam. Skusiłam się także na olejek do ciała ze złotymi drobinkami.


Żel pod prysznic i krem do rąk dostałam w gratisie. Poza tym zakupiłam również krem do stóp z lawendą...

.... oraz neonową konturówkę do powiek, w odcieniu pięknego turkusu. W katalogu wydawała się  matowa, ale na żywo okazała się nieco metaliczna.


Tak jak większość blogosfery kupiłam w Biedronce suchy szampon Batiste oraz podróbkę TangleTeezera z tabletkami Skrzypovita.


Złożyłam też małe zamówienie w sklepie ZróbSobieKrem. Skusiłam się na hydrolat, peeling ze skały wulkanicznej, spirulinę oraz glinkę białą. Do koszyka dorzuciłam również mleczko pszczele, hydrolizat keratyny oraz elastynę w celu wzbogacania nimi masek do włosów.



Na koniec parę nowości lakierowych. Trafiłam ostatnio na wyspę Golden Rose i trochę mnie poniosło.


Na promocji w Rossmanie zakupiłam dwa lakiery Wibo.

  Inglot 389 to mój ulubiony letni kolor tej marki. Wygląda fenomenalnie, zwłaszcza na opalonych dłoniach i stopach. Zakupiłam również polecany przez Cammie top coat.


A na koniec lakiery, które dostałam od marki My Secret.



Ufff trochę się tego nazbierało. Teraz jestem skupiona na sukcesywnym zużywaniu wszystkich swoich zapasów. Nie czerpię już przyjemności z gromadzenia kosmetyków. Stawiam przede wszystkim na jakość a nie na ilość ;-)