Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vichy. Pokaż wszystkie posty

Vichy Dermablend- podkład mur beton?

Jestem niemal pewna, że o bohaterze dzisiejszego postu słyszała każda dziewczyna borykająca się z problematyczną cerą. Legenda głosi, że owy podkład ma wręcz nieziemskie krycie i trzyma się aż do demakijażu, chociaż ostrzega o możliwości efektu maski na twarzy. O kim mowa? O Dermablend z Vichy. Jak się sprawdził u mnie?


Dlaczego w ogóle zainteresował mnie ten produkt?
Jak niejednokrotnie wspominałam na blogu borykam się z cerą naczynkową. Moja cera jest bardzo płytko unaczyniona i często mocno zaczerwieniona. Szukałam podkładu, który pomoże mi czuć się pewniej w dni gdy stan cery jest mocno zaogniony, czyli czegoś co zakryje wykwity i nie będę musiała odpowiadać na pierdyliard tysięcy pytań w stylu "dlaczego jesteś taka czerwona?". Dermablend jest reklamowany jako produkt o wysokiej zawartości pigmentu a co za tym idzie mocno kryjący. Wcześniej używałam próbek i byłam zachwycona, skusiłam się więc na pełnowymiarowy produkt.


Podkład znajduje się w miękkiej tubie z zakrętką, opakowanie do najpraktyczniejszych ani najładniejszych nie należy, no ale cóż przecież wszyscy i tak mówią że liczy się wnętrze. Zapach podkładu jest troszkę chemiczny, kojarzy mi się lekko z plasteliną.

Niestety pierwsze zderzenie z rzeczywistością to kolor. Metodą prób, błędów i próbek zdecydowałam się na najjaśniejszy numer 15 Opal, który bladolicym raczej nie podpasuje. Mimo tego, że dosyć ładnie dopasowuje się do odcienia skóry to w okresie zimowym (kiedy w sumie najbardziej tego podkładu potrzebuję) jego kolor odcina się od szyi i reszty.


Co do pigmentacji to rzeczywiście jest dosyć mocna, aczkolwiek muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej. Poziom krycia określiłabym na mocno-średnie. Aczkolwiek gdy nauczymy się jak aplikować go aby spełnił nasze oczekiwania buzia wygląda naprawdę nieskazitelnie. Dla mnie najlepszą metodą aplikacji jest jajko BeautyBlender, ponieważ równomiernie rozkłada podkład na powierzchni skóry i twarz mimo, że nieskazitelna to nadal w miarę naturalna. Najgorzej nakładało mi się go pędzlem typu flat-top ponieważ jest on dosyć gęsty i ciężko było wyczuć odpowiednią ilość produktu i często kończyłam z maską na buzi. 

Co do komfortu noszenia to dzięki nakładaniu gąbeczką nie czuję, że mam coś na buzi, a mimo, że jest to podkład lekko zastygający na twarzy nie ściąga mnie ani nie powoduje dyskomfortu. Ładnie się też fotografuje. 

Tak prezentuje się podkład na twarzy:
Zdjęcie w świetle dziennym, nie poddane obróbce graficznej. Robione niestety kalkulatorem :P


Jak już wspomniałam buzia po aplikacji jest nieskazitelna. I tak jest. Niestety tylko przez około godzinę. Potem zaczyna się jazda bez trzymanki.

Wyobraźcie sobie sytuację, że po aplikacji podkładu przypudrowałyście go i wyszłyście z domu. Autobus przyjechał za wcześnie i musiałyście podbiec parędziesiąt metrów do przystanku opatulone w szaliki i tym podobne. Na czole, nosie i brodzie wystąpiło kilka kropelek potu. I niestety wraz z tymi kropelkami ulatniał się podkład, robiąc plamki na twarzy w kształcie tych kropelek. Czy to od potu, czy od deszczu podkład zjeżdżał razem z nimi. A gdy nie pociłyśmy się i nie złapał nas deszcz to zaczął się ważyć i wyglądać jak ciasto, zwłaszcza w strefie T.  Nie przypominam sobie abym kiedykolwiek miała do czynienia z tak nie trwałym produktem. Niezależnie od tego jaki krem położę pod niego ani jakim pudrem przypudruję. 


No i mniej więcej tak kończy się moja bajka z Dermablendem. Aby móc go stosować muszę mieszać go z innym podkładem aby wytrzymał na mojej buzi parę godzin. Niestety tracę wtedy trochę z tego nieskazitelnego efektu. I w sumie nie po to wywaliłam ponad 80 złotych na podkład z apteki, żeby nie móc używać go solo. A po używaniu próbek byłam taka zachwycona, chyba ktoś tu mnie zrobił w balona...


Znacie Dermablend? Jaką macie opinię na jego temat?

Projekt denko

Pierwsze denko w tym roku. Produkty już niemal wysypują mi się z torby więc nie przedłużając szybko je omówię.


* Woda termalna Uriage- bardzo dobry produkt do spryskania buzi dy jest podrażniona, alergiczna lub chcemy ją po prostu nieco odświeżyć np. latem podczas upałów. Mój egzemplarz trzymałam w lodówce więc była przyjemnie chłodna. Przy mojej naczynkowej cerze szybko przynosiła mi ulgę.

* Suchy szampon Frotte- obecnie chyba jedyny do jakiego mam dostęp. Z działania jestem bardzo zadowolona, chociaz nieraz muszę się namęczyć aby dobrze go wyczesać. Ostatnio staram się jednak ograniczać używanie suchych szamponów bo slyszałam, że mogą wpływać niekorzystnie na kondycję włosów i wzmagać wypadanie.

* Mleczko do demakijażu Pat&Rub- zawieruszyło się gdzieś w moich zbiorach i odkryłam je całkiem niedawno, niestety było przeterminowane już około 6 miesięcy. Swego czasu bardzo je lubiłam i nawet pisałam o nim na blogu TUTAJ. Ostatnio wyrosłam jednak z miłości do mleczek do demakijażu.

* Szampon Herbal Essences- dobrze sprawował się na włosach, oczyszczał je i nie pozostawiał żadnej warstwy, która mogłaby przyspieszać przetłuszczanie moich włosów. Dodatkowo przepięknie pachniał.



* Bioderma h2o AR- płyn micelarny do cery naczynkowej. Na chwilę obecną mój Święty Graal, ponieważ w miejscu w którym mieszkam woda kranowa strasznie szkodzi mojej cerze i makijaz zmywam tylko i jedynie tym micelem. Jest genialna! Mam już na zapasie 2 opakowania, bo ostatnio w aptece zrobiłam deal życia (wpominalam o tym na moim Instagramie). Miała też swoje 5 minut w poście o MOJEJ AKTUALNEJ PIELĘGNACJI.

* Żel do mycia twarzy Pharmaceris seria dla Naczynkowców- świetny i niezwykle delikatny żel do mycia twarzy. Idealnie zmywa cały makijaż, włącznie z oczami. Z chęcią zakupiłabym kolejne opakowanie gdyby nie fakt, że woda kranowa mi szkodzi.

* Avene Antirougeurs- krem dla naczynkowców- powinnam jak najszybciej poświęcić osobny post, bo ten krem w połączeniu z płynem Biodermy uratował moją cerę a było naprawdę źle. Świetny zarówno na noc jak i na dzień pod makijaż.

* Krem z filtrem Vichy- bardzo go lubiłam, świetnie chroni skórę i jest bezproblemowy w użytku. Nie jest tłusty, nie klei się i bardzo dobrze nosi się na nim makijaż. Polecam i sama muszę na wiosnę kupić nową tubkę.

* Żel pod oczy ze świetlikiem z Flosleku- swego czasu dosyć lubiłam te żele, teraz są dla mnie zdecydowanie zbyt lekkie, wolę kosmetyki bardziej treściwe.

* Lirene tonik- jak dla mnie dość przeciętny produkt, o wiele lepiej sprawdzał mi się ten redukujący przebarwienia, a którego jak na złość nie mogę dorwać w swoim Rossmanie.


* Zmywacz Ebelin- tani i dobrze sobie radzi. Czego chcieć więcej?

* Krem do stóp Balea z mocznikiem- najlepszy jaki dotychczas miałam, świetnie radził sobie z moimi wiecznie przesuszonymi stopami.


* Żel pod prysznic Lirene Brzoskwiniowy deser- piękny zapach, reszta jego właściwości bardzo przeciętna. Dodatkowo miałam wrażenie, że przesusza mi skórę. 

* Żel pod prysznic z Biedronki- DRAMAT! Zobaczyłam go w jakiejs gazetce promocyjnej i poprosiłam mamie aby mi o kupiła. Wyobrażałam sobie jak pięknie będzie on pachniał jagodami. Niestety śmierdział niemiłosiernie, że musiałam się zmuszać aby po niego sięgać.

* Seria Elseve Fibralogy- miałam odżywkę i aktywator gęstości, który należało mieszać z odżywką z tej serii. Ciężko mi powiedzieć czy moje włosy zyskały jakoś na objętości przy jego stosowaniu. Zauważyłam jedynie, że są o wiele bardziej puszyste.

* Szampon Schaum z kofeiną- fajnie oczyszczał włosy, były po nim naprawdę lekkie i długo świeże. Lubiłam go. 

* Odżywka Alverde z awokado- bardzo zaskoczył mnie ten produkt. Niebawem napisze nieco więcej na jego temat jak i odżywki z tej samej serii. 



Poniższe zdjęcie jest wynikiem przeglądania moich kosmetyków, niektóre zużyłam, niektóre sie zwyczajnie zepsuły.

Z wyżej przedstawionych produktów mogę z czystym sercem polecić eyeliner w pisaku z MySecret. Nie bójcie sie go, nie jest Waterproof a końcówka nadawała się do użytku przez jakieś 4 miesiące, co dla mnie jak na pisak jest świetnym wynikiem. Podkład z Kobo również był całkiem przyjemny. Ładnie krył, wyglądał bardzo naturalnie na buzi i był dosyć trwały. Niestety ostatnio zamiast podkładu wylatuje z niego sama woda więc chyba już nadszedł jego kres. Baza z Essence I love Stage to szajs jakich mało. Za baza Inglota również nie przepadam, podobnie jak za żelem do brwi z Catrice.  Dwa produkty do ust, które tylko odleżały swoje w szufladzie, nie wiem czy nawet raz miałam je na ustach a teraz śmierdzą i nadają się tylko do kosza. To czysty dowód tego, ze w ogóle nie powinnam kupowac kolorówki do ust. Srebrny eyeliner z Inglota wysechł na kamień, a paletka cieni jest ze mną już zdecydowanie za długo. 

15 Pan Project- czyli co chcę zużyć w 2015 r

Jednym z moich celów na 2015 roku jest dążenie do kosmetycznego minimalizmu. Tak to brzmi w teorii. Niestety w rzeczywistości bardzo ciężko mi jest dokończyć coś co rozpoczęłam. Zawsze mam słomiany zapał i szybko się zniechęcam. Za przykład znakomicie może poświadczyć mój egzamin na prawo jazdy. Zdałam za 5-tym razem, ale zajęło mi to jakieś 4 lata. Dokładnie tak.

Tym razem mocno się zawzięłam i mam nadzieję osiągnąć swój cel. No, ale o co tak właściwie chodzi? Zainspirowana przez blogerki i YT-berki, a głównie przez blog kosmetykoholiczki i jej Projekt 10 Pan >>>KLIK<<<  zrobiłam ostatnio gruntowny przegląd swoich kosmetyków.
Część z nich powędrowała do kosza, ponieważ miały już za sobą najlepsze czasy. Wybrałam też 15 kosmetyków (bo mamy rok 2015 heeeloł!), które chciałabym jak najprędzej zdenkować. Brałam pod uwagę to, jak długo dany produkt jest w moim posiadaniu, ponieważ chciałabym zapobiec jego szybkiemu zepsuciu się. Uwzględniłam również co zrobię po zużyciu tego produktu, kupię ponownie czy może sięgnę po inny.

Przechodząc do sedna, oto moja 15 do Projectu Pan:


1. Róż Inglot w kolorze 72- jest u mnie już około 2 lat. Bardzo ładny twarzowy kolor, sama w sumie nie wiem czemu tak rzadko po niego sięgam.

Jak go zużyję to mam jeszcze masę innych róży w kolejce ;-)

2. Paletka cieni do brwi Catrice- jest już nieco zmasakrowana i przez to nie mogę zabierać ją ze sobą w podróż. Jestem z niej bardzo zadowolona, miała swoje 5 minut na blogu >>KLIK<<.

Jak zużyję to prawdopodobnie ponowię zakup, chyba ze coś innego mnie oczaruje. 

3. Cielista kredka Paese- jakoś mi z nią nie po drodze. Wydaje mi się, że o wiele lepiej wygląda u mnie biała kredka, bo ta wygląda u mnie mocno żółto. Tą jednak postaram się zużyć do podkreślania przestrzeni pod brwiami, lub do wewnętrznego kącika oka.

Jak zużyję to rozejrzę się za czymś w bardziej różowawej tonacji.

4. Baza pod cienie Artdeco- bardzo słynna, ale u mnie szalu nie robi. Nie podoba mi się, ze ma dosyć perłowe wykończenie na powiece i nie trzyma moich tlustych powiek w ryzach.

Jak zużyję to na pewno do niej nie wrócę.

5. Krem BB Lioele-  lubię go jako bazę pod podklad lub solo na jakieś luźniejsze dni.  Ostatnio mi z nim nie po drodze bo prawie w ogóle się nie maluję. W opakowaniu zostało go już niewiele a jest ze mną już jakiś czas.

Jak zużyję to nie planuję powrotu.

6. Puder transparentny Essence- bardzo dobrze matowi cerę, niestety nałożony w za dużej ilości może bielić. Udało mi się dobić w nim do blaszki, dlatego sprawi mi to przyjemność jak zyżuję go już do końca.

Jak zużyję to w kolejce czeka puder z Catrice,

7. Bronzer W7 Honolulu- był czas, że w blogosferze był naprawdę słynny. W moim egzemplarzu też już widać powoli blaszkę. Ma on swoje plusy jak i minusy, ja ostatnio widzę więcej minusów dlatego jakoś mi z nim nie po drodze. Przydaje się również gdy chcę ocieplić nieco twarz, a reszta moich bronzerów jest w kolorystyce bardzo chłodnej.

Jak zużyję to chciałabym wypróbować Hooli z Benefitu lub może coś innego wpadnie mi w oko.

8. Baza rozświetlająca z P2- produkt jest całkiem w porządku. Lubię nakładać go aby nadać cerze nieco blasku. Niestety w codziennym makijażu "na szybko" najzwyczajniej w świecie o nim zapominam.

Jak zużyję to chciałabym wypróbować bazę rozswietlająca z L'oreal.

9. Puder Bourjois Healthy Mix- bardzo przyzwoity produkt, wygląda naturalnie na twarzy i utrwala podkład. Posiadam wersję najjaśniejszą, która niestety w zimowe dni, gdy jestem ekstra blada, jest sporo za ciemna. Ciężko też zużywa się takie skrawki pudru, bo pędzlem trzeba się namęczyć aby go równomiernie nabrać.

Jak zużyję to w kolejce czeka puder Catrice.

10. Podkład MAC Studio Fix- mamy ze sobą relację love-hate. Na stronę hate znacznie przemawia też fakt, że mam źle dobrany odcień, który w moje normalne dni wygląda za ciemno i za różowo. Mogę go stosować tylko gdy jestem wysmarowana samoopalaczem.

Jak zużyję to kupię lepiej dobrany odcień bo na większe wyjścia podkład jest świetny.

11. Essence rozświetlacz w kremie- jakoś mi z nim nie po drodze, bo najlepiej nakładać bo na sam podkład a ja jakoś odruchowo pudruję na szybko buzię i dopiero wtedy uświadamiam sobie, że jest już "za późno". Ostatnio też dosyć rzadko sięgam po rozświetlacze.

Jak zużyję to nie planuję powrotu.

12. Fluid matujący Under20- również produkt przez pewien czas bardzo dobrze znany w blogosferze, mojego serca jednak nie podbił. Została go już dosłownie ociupinka w opakowaniu i muszę się zebrać w sobie i go wykończyć.

Jak zużyję to na codzień chciałabym się przestawic na podkłady mineralne.

13. Korektor Avon Luxe- Taki sobie przeciętniak. Dodatkowo sztyft mi się ułamał, dlatego rzadko po niego sięgam bo boję się, że narobi balaganu. Mam go jednak już jakiś czas i chyba czas aby go wykończyć.

Jak zuzyję to kupię korektor z Maybelline z serii Fit Me albo ten taki z gąbeczką.

14. Korektor Maybelline Affinitone-- duże opakowanie produktu może być jego zaletą jak i wadą. W przypadku tego korektora to trochę mi ono uwiera, bo najzwyczajniej w świecie znudził mi się.

Jak zuzyję to kupię korektor z Maybelline z serii Fit Me albo ten taki z gąbeczką.

15. Podkład Vichy Dermablend- podkład, który wygląda na skórze po prostu prze-pięk-nie. Niestety tylko przez jakąś godzinę a potem robi się masakra. Dlatego muszę o mieszać z innymi. Dodatkowo ten najjaśniejszy odcień taki jasny nie jest i do tej pory nie było nam po drodze.

Jak zużyję to na codzień chciałabym się przestawic na podkłady mineralne.


Ufff całkiem sporo tego. Mam jednak świadomość tego, że gdy opublikuję to na blogu będę miała większą motywację do zużywania. Za jakiś czas na pewno zrobię sprawozdanie z tego jak przebiega akcja :-)

A Wy macie jakies produkty, które Wam zalegają po szufladach?

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. I

Takie pytanie zadaje każdy, który zobaczy moją kolekcję kosmetyków. Czasami nawet ja sama je sobie zadaję. Postanowiłam więc zapoczątkować na blogu serię postów mających pokazać moje zbiory kosmetyczne. Posty te nie mają na celu chwalipięctwa a służą jedynie uświadomieniu mi co posiadam. Wy także możecie na tym troszkę skorzystać gdy interesuje Was moja opinia na temat jakiegoś produktu, który posiadam a o którym nie pisałam jeszcze na blogu.
Dzisiaj część pierwsza: podkłady- czyli produkty bez których nie wyobrażam sobie makijażu i do których mam szczególną słabość i wiecznie poszukuję doskonałości.


Tak więc drogie Internautki i Internauci oto wszystkie moje podkłady i kremy BB w zawrotnej liczbie 14 sztuk. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych jest to sporo a dla niektórych niewiele. Jak ja sama to oceniam? Ciężko mi sie wypowiedzieć. Są w tym zbiorze produkty, które naprawdę bardzo lubię. Aż 5 sztuk jest już prawie zużyte, zostały jakieś resztki na max 1-2 użycia, które trzymam aby pokazać na blogu. Tylko o 3 tych podkładach mogę powiedzieć, że niemal nigdy po nie nie sięgam.


Ok, to może przyjrzyjmy im się z bliska:


1. Maybelline Fit Me!- miałam na niego ochotę odkąd zobaczyłam go na amerykańskim YT. Niestety w drogerii światło było strasznie mylne i produkt jest ociupinkę za ciemny i pasuje mi jedynie gdy używam samoopalacza. Użyłam go może z 3-4 razy.
2. Under20! czyli produkt o którym w pewnym momencie było w blogosferze bardzo głośno. Mnie nie uwiódł, aczkolwiek nie był zły. Jest tez bardzo perfumowany. Na szczęście zostało mi go jedynie ociupinkę na jedno maksymalnie dwa użycia.
3. MAC Studio Fix- czasem go kocham, czasem nienawidzę. W jego odcieniu też nie zawsze się dobrze czuję. Mam jeszcze około 1/3 buteleczki.



4. Loreal Nude Magique- mój obecny hit! Parę postów niżej pisałam o nim swoje pierwsze wrażenie. Dodam do tego tylko to, że tydzień temu spędziłam w aucie, dodam że koloru czarnego coby było jeszcze przyjemniej, 6 godzin w 30 stopniowym upale i przy wyłączonej klimatyzacji a ten podkład pozostał nietknięty.
5. Lirene Glam & Matt- trochę mi nie po drodze z tym produktem. Kolor i odcień niezbyt mój, na twarzy też nie prezentuje się zbyt wyjściowo więc rzadko po niego sięgam.
6. Bourjois Flower Perfection- świetny produkt. Z zamiłowaniem używałam go na przełomie zimy i wiosny. Świetne krycie, buzia wygląda naturalnie i promiennie a trwałość również niczego sobie. Poleciła mi go koleżanka i to był strzał w dziesiątkę. Na sezon letni okazał się jednak zbyt nawilżający.


7. Kobo Smoothing Make Up- dostałam go do przetestowania od firmy Kobo. Jest dosyć lekki i nawilżający ale da się nim zbudować ładne krycie. Nie do końca mi pasuje jego kolor, ale chętnie po niego sięgam bo nałożony pędzlem typu duo fiber sprawia, że buzia jest pięknie wygładzona jakby po fotoszopie. Jest już raczej na wykończeniu.
8. Maybelline krem BB- naczytałam się o nim dużo pozytywów, aczkolwiek niezbyt dobrze trafiłam z odcieniem, który jest straszliwie różowy więc leży i sie kurzy.
9. Maybelline Affinimat- po zachwycie nad Affinitonem zakupiłam tą wersję z myślą o lecie. Wzięłam kolor nazywający się tak samo jak w serii Affinitone nie zdając sobie sprawy że w serii Affinimat będzie on trochę jasniejszy. A co za tym idzie nie pasujący kompletnie na sezon letni gdy buzia łapie nieco kolorku. Poczeka do jesieni.


10. Maybelline Affinitone- geniusz! Wróciłam do niego po latach za poleceniem koleżanki i jestem bardzo zadowolona. Powróciłam do niego jakoś w grudniu i od tej pory zużyłam chyba ze 4 opakowania. Jest to podkład dający naturalny efekt na twarzy dając jednak bardzo dobre krycie. Po utrwaleniu pudrem trzyma się cały dzień.
11. Vichy Dermablend- ah jak on cudnie wygląda na mojej twarzy! Niestety tylko przez godzinę. Potem zaczynają się z nim dziać tak brzydkie rzeczy, że aż nie chcę o tym pisać. Mieszam go z innymi podkładami bo podoba mi się krycie jakie daje. Na szczęście w opakowaniu została odrobina.
12. Lioele Dollish BB krem w kolorze zielonym. Miałam kiedyś jego próbkę i tak się zachwyciłam, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie. Niestety wielka miłość z tego nie wyrosła. Solo używać go nie lubię go wyglądam w nim trupio. Fajnie się jednak sprawdza jako baza pod podkład, aby zneutralizować nieco zaczerwienienia.


13. Lirene magic make-up- ja w nim magii żadnej nie widzę. Na dodatek odcień mi kompletnie nie pasuje więc jakoś nam nie po drodze.
14. Avon podkład matujący czyli produkt o najdziwniejszej konsystencji z jaką się spotkałam. Ostatnio zrobiłam do niego kolejne podejście i wyszło całkiem całkiem, aczkolwiek tyłka mi z zachwytu nie urwało.

No i to by było na tyle. Postaram się każdy produkt przedstawić w szerszej recenzji, posiłkując się zdjeciami prezentującymi stopień krycia oraz wykończenie na buzi.

Ciekawa jestem ile Wy macie podkładów ;-)

Powrót + ulubieńcy ostatnich miesięcy

Jak już zauważyliście lub nie, ostatnio na moim blogu było bardzo cicho i głucho. Nastąpiła niezaplanowana i nie do końca zależna ode mnie przerwa. Przyczyna? Najzwyczajniej w świecie nie miałam kompletnie na nic czasu. Wyjątkowo wymagający i ciężki semestr na studiach (studia magisterskie to złoooo) oraz praca zachłannie zagarnęły cały mój wolny czas. Na szczęście są już wakacje i jestem wolna od uczelni więc stęskniona wróciłam do prowadzenia bloga. Brakowało mi tego. Naprawdę. Może się to wydawać się niepoważne, ale naprawdę tęskniłam za tym "pisaniem o malowidłach" (tak to ujmują moi znajomi ;)).
Poza tym mogłam na spokojnie spojrzeć z dystansem na swoją blogową działalność, blogosferę oraz dojść do tego co chciałabym zmienić i poprawić w swoim blogu oraz co sprawia mi frajdę lub drażni i razi mnie w blogowaniu :)

Co się ze mną działo w trakcie tych tygodni przerwy? Zapraszam na post z serii "z perspektywy mojego telefonu" :D

Zawsze chciałam mieć lansiarską focie w lustrze z dziubkiem :D 
Tutaj możecie przy okazji zobaczyć moje nowe ukochane kocie okulary ;)


Piękny kłos na włosach koleżanki made by me. Zazdroszczę jej tych włosów strasznie!
Poza tym nie wiem czy kiedykolwiek o tym wspominałam, ale od dziecięcych lat jestem niespełnionym fryzjerem, uwielbiam czesać ludzi i umiem czesać niemal wszystkie rodzaje warkoczy, plecionek itp.
Zawsze jakaś alternatywa gdyby na obecnych studiach mi nie poszło ;)



 

Po-juwenaliowe wspominki. Było naprawdę super, wybawiłam się za wszystkie czasy. Dodatkowo koncert Enej na Wrocławskich Tekach był super, chłopaki mnie totalnie oczarowali :)


Po imprezowaniu powrót do uczelnianej rzeczywistości był ciężki ;) 
Dodatkowo nastał czas egzaminów i zaliczeń.


I trzeba było przysiąść do nauki!


Lub próbować innych metod. Na PWR każdy orze jak może ;)


Pomimo upływu lat miłość nadal kwitnie <3 p="">



Po zakończeniu semestru czas na wyprowadzkę i powrót do rodzinnego gniazdka. Wielkie rozpakowywanie i dylematy w stylu "gdzie ja to wszystko upchnę?"


A teraz czas przejść do sedna całego postu a mianowicie ulubieńców ostatnich miesięcy, czyli produkty które absolutnie ostatnio pokochałam.

Z kategorii pielęgnacji absolutnie uwielbiam dwa poniższe produkty marki Pharmaceris. Do tej pory demakijaż był dla mnie złem koniecznym. Z jednej strony nie wyobrażam sobie kłaść się do łóżka z makijażem na twarzy, ale z drugiej na myśl o zmywaniu tego wszystkiego i produktach które dodatkowo podrażniały mi skórę aż dostawałam gęsiej skórki. Żel myjący z serii N oraz łagodząca pianka myjąca z serii A to strzały w dziesiątkę, idealnie usuwają cały makijaż, łącznie z tuszem i eyelinerem a dodatkowo nie podrażniają ani nie wysuszają mi skóry, wręcz przeciwnie po ich użyciu skóra jest przyjemnie czysta, ukojona i nie męczy mnie uczucie ściągnięcia. Nie są drogie, ich cena to dwadzieścia złotych z hakiem, często są też w promocji. Wydajność również jest bardzo zadowalająca, choć w tej kategorii to żel myjący wiedzie prym, pianka uciekała mi z opakowania o wiele szybciej.


Woda termalna Uriage świetnie spisuje się do zwilżania masek algowych i glinkowych oraz do odświeżenia skóry w ciągu dnia lub przed nałożeniem kremu. Bardzo podoba mi się to, że aplikator rozpyla ją delikatną drobną mgiełką, nie tak jak w przypadku wody z Vichy, która pluła wodą w twarz ;)


W pielęgnacji twarzy postawiłam ostatnio na minimalizm. Poniżej moje 3 kosmetyczne odkrycia. Przede wszystkim olejek arganowy ze Starej Mydlarnii. Kupiłam go całkiem przypadkiem i okazał się bardzo przyjemny. Przepięknie pachnie pomarańczą (mam obsesję na punkcie cytrusowych zapachów!), zauważalnie odżywia skórę, po jego użyciu moja twarz jest bardzo milutka i gładka w dotyku.
Krem pod oczy BioNike to zdecydowanie najlepszy produkt w tej kategorii jaki miałam okazję używać. Jest to krem, którego działanie po prostu czuję i widzę. Stosuję go pod oczy jak i na powieki. Cudownie łagodzi i nawilża skórę w tych rejonach.
Letni niezbędnik- krem z filtrem Vichy. Kupiony bardzo spontanicznie, zanim zaczął się na niego cały ten bum. Będąc w Superpharmie przypomniało mi się, że potrzebuję kremu z wysokim filtrem, a ten był aktualnie na promocji więc trafił do koszyka. Zazwyczaj takie nieplanowane i popełnione bez uprzedniego researchu w necie zakupy kończą się rozczarowaniem, ale to akurat był strzał w dziesiątkę. Recenzję postaram się zamieścić na dniach. Postaram się go też porównać z kremem z filtrem z Pharmacerisu, którego wcześniej używałam.


Dałam się omamić Original Source. Żel pod prysznic Raspberry&Vanilla to mistrzostwa świata, pachnie po prostu cuuuuuudownie, aż mam ochotę go schrupać. Dodatkowo pod względem pielęgnacyjnym krzywdy mi nie robi więc jestem na tak!
Moja miłość do czekoladowego peelingu z Ziaji trwa, choć muszę przyznać, że jestem już nieco znużona jego zapachem i mam ochotę wypróbować coś nowego. Ale pomimo to uważam, że to jeden z lepszych peelingów jaki używałam.


Z kolorówką raczej spokojnie i bez szaleństw. Zakochałam się w chusteczkach matujących z Inglota, są po prostu fe-no-me-nal-ne! Dodatkowo niezmiennie towarzyszyła mi baza pod cienie do powiek Hean oraz tusz Max Factor 2000 Calorie, który polecam wszystkim znajomym i krewnym. Świetnie spisywał się u mnie również korektor z Collection 2000 i eyeliner Maybelina, które dostałam od kochanego Kokoska (:*)
Jeśli chodzi o cienie to królował Inglot w neutralnych brązach. Od lewej: nr 353-duże opakowanie oraz wypraski: 456, 390, 409.



Z przyborów kosmetycznych nieoceniony okazał się płyn do czyszczenia pędzli. Mój wybór padł na Inglota bo po prostu miałam do niego najlepszy dostęp i cena była przystępna (16 zł).
No i na sam koniec mój niezbędnik jeżeli chodzi o malowanie paznokci- wysuszacz Seche Vite. Geniusz! Niedługo recenzja :)

Wszystkie pokazane kosmetyki polecam Wam z całego serca, są naprawdę warte uwagi.

Teraz uciekam nadrabiać moje ogroooomne zaległości na Waszych blogach.

A jacy są Wasi ulubieńcy? Coś się pokrywa z moimi? :)

Wykończeni czyli projekt denko

Ostatnio sumiennie omijam sklepy i wykańczam produkty, które posiadam. Nie powiem idzie mi to całkiem nieźle. Postawienie na kosmetyczny minimalizm również mi odpowiada bo jednak zbyt duża ilość kosmetyków jest dla mnie przytłaczająca i męczy mnie fakt, że nie zdołam ich wszystkich zużyć.

Nie przedłużając już dłużej przechodzę do zdenkowanych produktów, których jest całkiem sporo.


Szampon Babydream- mój łazienkowy niezbędnik. Może z czasem doczeka się osobnej recenzji.
Szampo Joanna Naturia z miodem i cytryną- bardzo przyzwoity, wspaniale oczyszcza włosy, chociaż zapach mnie nie zachwycił więc do tej wersji już nie wrócę.


Odżywka Pantene Aqua Light- z tej serii zużyłam jeszcze szampon, niestety mama wyrzuciła mi opakowanie. Fajna seria, idealna na lato bo włosy dłużej pozostają świeże i nie są ani trochę obiążone. Na dłuższą metę może wysuszać włosy.

Odżywka Isana- wiosną/latem bardzo ją lubiłam, niestety teraz zimą kompletnie się nie spisuje. Zostało mi jeszcze niecałe opakowanie, ale nie wiem kiedy je zmęczę.


Lakier do włosów Taft- mój ulubiony :) Nic dodać nic ująć.

Suchy szampon Batiste- zdecydowanie najlepszy suchy szampon jaki używałam (a już trochę ich było). Ładnie pachnie, nie pozostawia białego nalotu na włosach, widocznie je odświeża, jest wydajny i nadaje moim przyklapniętym włosom niesamowitą objętość. Ideał. Niestety niedostępny w Polsce (chyba, że na allegro).



Olej Amla- kiedyś wystawiłam mu dosyć średniawą recenzję. Teraz po upływie czasu stwierdzam jednak, że bardzo dobrze robił moim włosom i na pewno do niego wrócę. Gdyby tylko ten zapach nie był taki straszny...

Olejek z wiesiołka- bardzo ładnie zmiękczał i nawilżał moje włosy. Mała buteleczka wystarczyła na 4-5 aplikacji więc nieźle z wydajnością.

Maska Pantene- lubię ją bo po niej moje włosy są optycznie grubsze i lepiej się układają. Wiem, że to zasługa silikonów więc stosuję jedynie na większe wyjścia.



Oliwka pod prysznic z Lirene- lubię to, że nie wysusza mojej skóry. Chętnie sięgnę po niego ponownie, jednak wybiorę inny wariant zapachowy.

Wellness&Beauty Duschpeeling- ani to żel pod prysznic ani to peeling. Pachnie ładnie, aczkolwiek nieco chemicznie. Jego właściwości myjące były dla mnie niedostateczne, zawiera w sobie drobinki, które taki naprawdę nic nie robią na skórze. Więcej go nie kupię.

Mini żel pod prysznic Dove- miał dosyć dziwną konsystencję, aczkolwiek na plus mogę odnotować, że był bardzo kremowy. W pozostałych aspektach jakoś mnie nie zachwycił na tyle aby kupiła go ponownie.


Balsam do ciała Eveline- cieszę się, że w końcu go zużyłam bo już miałam go dosyć. Niby fajny produkt, ale taka pojemność jest zabójcza, zwłaszcza dla osób, które szybko się nudzą.

Peeling do ciała Isana- jego zapach to czysty obłęd. I to chyba jego jedyny plus, bo nazwanie go peelingiem to jakieś niedomówienie stulecia. Pochodził z edycji limitowanej więc raczej jest już niedostępny.




Balsam do ciała Lirene- pisałam o nim niedawno, całkiem przyzwoity produkt. Aczkolwiek na rynku dostępnych jest tyle innych balsamów, które chciałabym przetestować, iż szanse że spotkam się z nim ponownie są nikłe.


Olejek z Alterry- uwielbiam go! Pięknie pachnie oraz ładnie natłuszcza i nawilża skórę. Powiedzcie mi proszę czy go aby przypadkiem nie wycofali?

Masło Bielenda Granat- ot zwykłe masło do ciała. Ani zapach mnie nie powalił, ani stopień nawilżenia. Plus za opakowanie w kolorze jaskrawego różu :)



Żel do mycia twarzy Soraya- wiązałam z nim spore nadzieje, jednak mnie rozczarował. Strasznie śmierdział alkoholem i niedostatecznie dobrze oczyszczał skórę. Jakoś go wymęczyłam, ale z ulgą pozbędę się opakowania.

Żel, peeling, maska 3 w 1 Vichy- baaaardzo fajny produkt. Co prawda stosowałam go jedynie jako żel do mycia buzi, ale spisywał się wybornie. Twarz była idealnie oczyszczona i trzymał w ryzach wszystkich nieprzyjaciół.



Różany płyn do twarzy Fitomed- pięknie pachniał i fajnie odświeżał buzię. No i był diabelnie wydajny.

Krem zapobiegawczy do twarzy marki Natura Officinalis- jak krem nawilżający tej marki pokochałam, tak ten znienawidziłam. Powód? Spowodował, że moje naczynka stały się bardzo aktywne, niemal non stop moja buzia była zaczerwieniona. Możliwe, że jestem wrażliwa na któryś jego składnik, ale wolę jak najszybciej pozbyć się delikwenta.


Spirulina- mój pielęgnacyjny niezbędnik. Koniecznie muszę się zaopatrzyć w nowe opakowanie :)


2 kremy do stóp, oba przeszły bez większego echa. Stopień nawilżenia był dla mnie za słaby, chociaż z dwojga złego to ten z No36 był lepszy. Na pewno nie kupię ich ponownie.


2 opakowania ukochanego eyelinera z Wibo oraz 2 tusze do rzęs:


Maybelline The Colosal Cat Eyes- dałam się nabrać kolejnej fajnej reklamie Maybellina. Tusz był kiepski, szczoteczka nieporęczna, mocno sklejał mi rzęsy. Teraz zaczął już dziwnie pachnieć więc muszę go wywalić.



Ten tusz był już o niebo lepszy od poprzednika. Fajna, gęsta szczoteczka idealnie rozczesywała i podkreślała rzęsy. Bardzo go lubiłam.


Puder ELF Complexion Perfection- jeden z moich pudrowych ulubieńców. Bardzo drobniutko zmielony, na twarzy niemal niewidoczny. Był również zaskakująco trwały i trzymał w ryzach błyszczenie na długie godziny. Kiedyś na pewno spotkamy się ponownie.

Podkład w żelu Rimmel Match Perfection- kiedyś mój podkładowy ideał, teraz mocno spadł w piedestału. Podejrzewam, że trafiłam na tą felerną partię produkcyjną o której ostrzegano na wielu blogach.

Korektor w pisaku firmy ChitChat- wygrana w jakimś rozdaniu, nie był wcale taki zły jak się zapowiadał.
Miał fajny beżowo-różowy kolor więc nieźle tuszował sińce pod oczami. Jednak znam lepsze korektory.


Pomadka do ust BEBE- najukochańsza. Nic więcej nie muszę mówić.

Carmex- życiowy niezbędnik, zarażam nim wszystkich wkoło. Mam już nowe opakowanie w zapasie ;)


I na koniec miniaturka tuszu, która trafiła w moje ręce rok temu:

Bez grama przesady stwierdzę, że był to najlepszy tusz jaki kiedykolwiek miałam przyjemność używać.


Gęsta, gumowa szczoteczka- tak jak lubię najbardziej.
Fenomenalne rozdzielenie, pogrubienie i podkręcenie rzęs. I nie jestem tu gołosłowna, ten tusz testowałam na wielu moich koleżankach i wszystkie były zachwycone.
No i na dodatek był szalenie wydajny, taka miniaturka wystarczyła mi na dobre 5 miesięcy codziennego używania.
Czy kupię wersję pełnowymiarową? Nie wiem. Jest to raczej drogi produkt i boję się trochę, że pełnowymiarowa wersja mnie rozczaruje. Jak uda mi się dostać gdzieś jeszcze taką miniaturkę to będę przeszczęśliwa ;)

No i to by było na tyle. Z przyjemnością pozbędę się wszystkich pustych opakowań. Jestem już bardzo blisko zużycia wszystkich zalegających mi produktów.

A żeby w przyrodzie zaistniała równowaga to jutro post zakupowy ;)