Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Organique. Pokaż wszystkie posty

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!

Ulubieńcy ostatnich miesięcy- PIELĘGNACJA

Na przestrzeni ostatnich miesięcy zagościło u mnie sporo nowych kosmetyków, część z nich okazała się prawdziwymi perełkami. I to o nich będzie dzisiejszy post. Zapraszam!



Z kategorii żeli pod prysznic moją sympatię zdobyły ostatnio żele pod prysznic Balea. Ładnie pachną, wywiązują się z powierzonej im funkcji oczyszczania ciała i na dodatek kosztują mniej niż 1 Euro w drogerii DM. Nic tylko kupować.


Ulubionym peelingiem do ciała nominowany został cukrowy peeling ze Starej Mydlarnii. Ostatnio coraz bardziej rozkochuję się w tej marce a tej peeling jest tylko potwierdzeniem. Po jego użyciu skóra jest mięciutka i z taką przyjemną olejkową powłoczką. Zapach może nie do końca odpowiada białej czekoladzie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.


Masło do ciała- znów marka Balea. Z tego co się orientuję to masło pochodzi z limitowanej edycji, nad czym z całego serca ubolewam bo to masło jest genialne a mi pozostała zaledwie garstka na dnie. Ma dosyć gęstą, treściwą konsystencję ale przyjemnie rozprowadza się na skórze. Pachnie przepięknie niczym kakao Nesquik. Skład jest świetny, masło shea na drugim miejscu (na pierwszym jest aqua). Skóra po jego użyciu jest wspaniale odżywiona. No i cena z tego co się orientuje nie jest zbyt wygórowana. Nic tylko kupować!


Przez całe moje życie miałam jakąś awersję do oliwek do ciała. Zawsze wydawało mi się, że będę po niej śliska jak ryba wyciągnięta prosto z wody. Na szczęście oliwka Hipp pokazała mi, że jest inaczej. Wchłania się w skórę naprawdę ekspresowo, przy pierwszym użyciu przeżyłam niemały szok. Skóra po jej użyciu jest cudownie nawilżona. Wiele dziewczyn stosuje ją również do olejowania włosów, ale u mnie się w tej kwestii raczej nie sprawdziła. Lubię bardzo, zwłaszcza w sezonie zimowym.


Jeden ze zbawicieli mojej skóry- mgiełka do twarzy z wodą z kwiatu pomarańczy firmy Stara Mydlarnia. Kupiłam całkowicie przez przypadek za kilkanaście złotych a okazała się świetna. Moja skóra w okresie wrzesień-grudzień była w oplakanym stanie- stale zaczerwieniona, wrażliwa na wszystko, dodatkowo makijaż spływał mi z twarzy już po godzinie. Odkąd używam tej mgiełki moja skóra jest zdecydowanie bardziej ukojona, rumień się zmniejszył (co pewnie jest też zasługą kremu, o którym poniżej) i w końcu da się z nią jakoś dogadać ;) Koniecznie muszę się wybrać do Starej Mydlarnii uzupełnić zapasy!


Bardzo przyjemnie używało mi się również toniku z Lirene. Zakupiłam go po zobaczeniu recenzji na YT, którą z tego co pamiętam wrzuciła chyba Szavka (??). Bardzo przyjemnie odświeżał twarz, niwelował podrażnienia i uczucie ściągnięcia, o ile takowe wystąpiło. 


Moi kremowi ulubieńcy:
* Pharmaceris lekki krem głęboko nawilżający- cudeńko! Ma naprawdę leciutką konsystencję, która świetnie nada się pod makijaż jednocześnie zapewniając skórze całodniowe nawilżenie. Niestety wykończyłam go doszczętnie ale na pewno kupię kolejne opakowanie bo byłam oczarowana.
* Uriage Roseliane- zakupiłam go z myślą o bardzo uporczywym rumieniu, który mnie nękał. Z tego co pamiętam nie był tani, ale na szczęście spisał się na medal. Już po tygodniu używania zauważyłam poprawę, rumień był ukojony a po kilku miesiącach stosowania mój problem chwilowo ustąpił. Mimo kilku jego irytujących cech, bardzo go polubiłam i w sezonie zwiększonej aktywności moich naczynek na pewno po niego sięgnę.


Z maseczkami algowymi Organique zapoznała mnie koleżanka z pracy. Zakupiłam 2 saszetki na próbę i przepadłam. Fantastycznie łagodzą podrażnienia, uspokajają skórę, która po ich użyciu jest mięciutka jak pupcia niemowlęcia ;)


W kwestii pielęgnacji ust rządził nieprzerwanie Carmex. Nowością w mojej kosmetyczce jest balsam BabyLips od Maybelline, który okazał się bardzo przyjemnym zaskoczeniem i z dużą przyjemnością po niego sięgam.


Na koniec produkt może nie bardzo pielęgnacyjny, ale nie mogę o nim nie wspomnieć. Jest to zmywacz do paznokci z Inglota. Po masakrze jaką urządził mi rossmanowski zmywacz z Isany, Inglot okazał się wybawieniem. Dobrze radzi sobie ze zmywaniem lakieru, a dodatkowo (co dla mnie jest kluczowe) nie wysusza płytki paznokcia.


Ufff i to by było na tyle.

Macie jakieś doświadczenia z produktami, które pokazałam? Jacy są Wasi topowi ulubieńcy pielęgnacyjni?

O 3 lubianych ostatnio smarowidłach do ciała

Ojj jak strasznie ostatnio zaniedbuję mojego bloga. Wstyd i hańba! Ale wróciłam niedawno z urlopu, akumulatory naładowane i jestem pełna entuzjazmu aby wrócić do regularnego blogowania. Mam nadzieję, że uda mi się zamieszczać chociaż kilka postów tygodniowo.



Dzisiaj przychodzę z recenzjami 3 produktów do nawilżania ciała po które ostatnio sięgam najczęściej i najchętniej.


Na pierwszy rzut masło firmy The Body Shop o zapachu Papayi.


Na samym początku wyznać muszę, że nie jestem fanką The Body Shop i nie jestem w stanie zrozumieć kultu wokół tej marki. Kompletnie nie podobają mi się ich zapachy a ceny uważam za naprawdę mocno zawyżone w stosunku do jakości. Masło to przywędrowało do mnie z wymianki i ku mojemu zaskoczeniu muszę przyznać, że polubiłam je. Znajduje się w poręcznym, trwałym i dosyć przyjemnym dla oka opakowaniu. Zapach jest kwestią sporną, moim domownikom się podoba, jak dla mnie zajeżdża lekko sfermentowanymi owocami i z papayą ma tyle wspólnego co ja z Lady Gagą, ale jestem w stanie jakoś się przemęczyć i z czasem nos się przyzwyczaił. Konsystencja jest dosyć gęsta, aczkolwiek kremowa i łatwo się ją dozuje i rozprowadza. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Polubiłam również jego właściwości nawilżające, zwłaszcza gdy wróciłam z urlopu i moja skóra była przesuszona od słońca i słonej wody. Masło genialnie ją nawilżyło i odżywiło, pomogło również z problemem "schodzącej" skóry po nadmiernym opalaniu. Niestety moje pozytywne odczucia zabija cena- 65 zł.


Dla zainteresowanych skład, jak widać masło shea bardzo wysoko bo już na drugim miejscu:


Ogólna ocena: Fajny produkt, gdyby bardziej zadbali o zapach i gdyby kosztował 1/3 obecnej ceny to zapewne kupiłabym go ponownie, jednak regularnej cenie mówię nie, bo nie widzę sensu przepłacać.





Masło Shea marki Organique to moje pierwsze spotkanie z tą firmą. I coś czuję w kościach, że nie ostatnie bo tym produktem jestem wręcz zauroczona. W metalowej puszce dostajemy 150 ml cudotwórcy pod postacią twardego, białego masła. Po wydobyciu go z opakowania należy rozgrzać go w dłoniach i następnie aplikować na skórę, włosy bądź nawet twarz. Tak rozgrzane masło wspaniale rozprowadza się na skórze otulając ją odżywczymi olejkami. Z racji swojej treściwości wchłania się nieco dłużej, ale kompletnie mu to wybaczam bo ratuje moją skórę z każdej opresji. Świetnie sprawdzało się zwłaszcza zimą na przesuszone ramiona, łydki, stopy. W sezonie letnim również fantastycznie odżywia przesuszoną skórę, pozostawiając ją gładką i miękką. I co najważniejsze- nawilżenie to jest naprawdę długotrwałe. Nie sprawdziło mi się jedynie do olejowania nim włosów, ale to z racji tego, że jestem raczej wysokoporowata. Czytałam jednak u dziewczyn z innymi włosami, że sprawdza się świetnie.
Kolejnym jego atutem jest niesamowicie wysoka wydajność. Pomimo, że 150 ml wydaje się niewielką ilością to wystarczyła mi ona niemal na rok stosowania. Nie sięgałam jednak po niego codziennie a jedynie gdy moja skóra potrzebowała cięższego kalibru, ale i tak wynik jest świetny.
Nie zachwycił mnie jedynie zapach, ponieważ posiadam wersję różaną, aczkolwiek zapach jest przyjemny i naturalny, nie czuć w nim chemii.
Nie wiem dokładnie jaka jest cena tego produktu bo dostałam go w prezencie, ale podejrzewam, że ok, 50-60 zł (poprawcie mnie jeśli się mylę). Uważam jednak, że jest warty swojej ceny i gorąco polecam!


Dla zainteresowanych skład:


Ocena: Mam jeszcze ociupinkę na dnie, ale jak mi się skończy na pewno zakupię kolejne opakowanie, tylko tym razem w innej wersji zapachowej, może pomarańczowej?






Balsam AA Ciało Wrażliwe o zapachu Zmysłowej Maliny to mój ulubieniec od paru dobrych lat. Nie zliczę ile opakowań już zużyłam. Jego główną zaletą jest boski zapach malin, który działa mocno uzależniająco. Jego konsystencja jest gęsta i treściwa, jednak bez problemu rozprowadza się na skórze pozostawiając ją przyjemnie nawilżoną i co najważniejsze pachnącą, bo zapach utrzymuje się na skórze dość długo. Dostępny jest w większości drogerii i ma niewygórowaną cenę kilkunastu złotych.
Posiada niestety jeden istotny mankament- opakowanie z grubego plastiku w połączeniu z tak gęstą konsystencją to zbrodnia w biały dzień, bo po zużyciu mniej więcej połowy opakowania wydobywa się go z niemałym trudem. Plastik natomiast jest tak gruby i twardy, że ja nie jestem w stanie samodzielnie go rozciąć nie robiąc sobie jednocześnie krzywdy. I tak za każdym razem się z nim mocuję aby nie wyrzucać opakowania z 30% produktu ukrytego wewnątrz. Stąd wysnuwam właśnie apel do firmy AA: zmieńcie w końcu to opakowanie!


Zoom na skład: Patrafinka musi być.

Ogólna ocena: Lubię go przede wszystkim za zapach i kupuję za każdym razem jak mam ochotę się nieco porozpieszczać zapachowo. Wkurza mnie jednak bardzo jego opakowanie i zniechęca do kolejnego zakupu.



A jakie są Wasze ulubione smarowidła?