Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NYX. Pokaż wszystkie posty

Pojedynek paletek do brwi: NYX vs. Catrice

Mam małą obsesję na punkcie brwi. Wspominałam już o tym w przeszłości. Nie chodzi o to, że muszą być idealnie wyrysowane, niemal do przesady perfekcyjne. Nie. Chodzi o to, żeby nie raziły nieodpowiednim kolorem (czarny u platynowej blondynki), niewłaściwym kształtem lub całkowitym zaniedbaniem (tzn, zero regulacji, zero kształtu i zbyt jasne noszone np przy mocnym smoky eyes). Grrr aż mam gęsią skórkę przywołując te przykłady. Jeżeli jesteście masochistami i lubicie popatrzeć na takie okazy, to zapraszam tutaj.

Przyznaję kiedyś też traktowałam moje brwi po macoszemu, jednak od około 4-5 lat nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez podkreślonych brwi.

Na swoje brwi nie narzekam. Mimo, że są dosyć cienkie (a ja kocham takie grubsze!), mają ładny kształt i są w miarę symetryczne. Nie muszę się zbytnio gimnastykować aby je wyregulować. W makijażu zależy mi na tym, aby podkreślić dolną krawędź brwi i koniec brwi, który u mnie naturalnie jest dosyć delikatny.

W swojej "kolekcji" posiadam 2 paletki do brwi. Jedna to słynna już w blogosferze paletka z Catrice, druga to zestaw NYX w kolorze Taupe.


Zacznę od cieni NYX. W opakowaniu, które swoją drogą jakoś nie grzeszy estetyką i nie oślepia swoim pięknem, mamy 2 cienie, bezbarwny wosk oraz 2 narzędzia do stylizacji brwi: pędzelek skośny i szczoteczkę do wyczesania brwi.


Co do samych tych narzędzi to szczoteczka jeszcze jakoś daje radę, jednak w mojej opinii jest zdecydowanie zbyt miękka aby fajnie rozetrzeć i wyczesać cień. Pędzelek niestety jest w mojej opinii tragiczny. Krzywo przycięty i wykonany z tworzywa z którym ja sobie nie radzę.


Jeżeli chodzi o cienie zawarte w zestawie to są ok, pod względem jakości nie mogę się do niczego konkretnego przyczepić. Nie pylą się, dobrze się rozprowadzają, może trochę ciężko się je rozciera, ale do tego można się przyzwyczaić. Jedyne co mi w nich nie odpowiada to kolory. Zestaw jest dostępny w kilku wersjach kolorystycznych do wyboru, ja posiadam wersje Taupe, która mi sie kojarzy z chłodnym, szarawym brązem. I jeden z cieni w zestawie taki właśnie jest. Niestety, ktoś projektując ten zestaw dopakował do niego dużo cieplejszy odcień brązu, z którego ja kompletnie nie mam użytku.



W zestawie znajduje się także bezbarwny wosk. Ja zazwyczaj mieszam cień z woskiem, uzyskując coś w stylu farbki do brwi. Taki sposób zaznaczania brwi daje zdecydowanie mocniejszy efekt, ale nieco ciężej się z tym pracuje, gdyż wosk ma dosyć gęstą i tępą konsystencję.
Inne stosowanie wosku np. pod cień jako baza lub na cień aby nabłyszczyć całość nie zdało u mnie egzaminu.
Paletka NYX ma gramaturę 2,65 g. Dostępna jest w 4 wersjach kolorystycznych i kosztuje ok. 29 złotych. Ja swoją zakupiłam w Douglasie.




Drugim zawodnikiem w tym starciu jest paletka Catrice, którą jak widać nieźle już zmasakrowałam. Ale na swoje usprawiedliwienie muszę dodać, że mam ją już naprawdę długo.



Co do narzędzi jakie otrzymujemy w zestawie to jest to pęsetka (całkiem dobra) oraz podwójny pędzelek, który z jednej strony ma skośny pędzelek a z drugiej szczoteczkę do wyczesania brwi. Ja swoich narzędzi Wam nie pokażę, bo je po prostu zgubiłam, wydaje mi się, że zostały w moim pokoju w rodzinnym domu. Aczkolwiek narzędzia te oceniam zdecydowanie lepiej niż te z NYX. 

Tak wygląda ten zestaw gdy jest nowiutki i kompletny:
CATRICE Eyebrow Set Zestaw do Brwi
Moim zdaniem pod względem estetyki, Catrice zdecydowanie bije na głowę NYX. Opakowanie jest zgrabne, eleganckie, wygląda bardzo profesjonalnie. Ma zamontowaną małą szufladkę w której znajdują się przyrządy do stylizacji. Opakowanie jest też wyposażone w lustereczko. 

Co do cieni znajdujących się w zestawie to mamy tam dwa bardzo chłodne odcienie, które, w przeciwieństwie do NYX, są utrzymane w tej samej tonacji. Jeden jest zdecydowanie jaśniejszym odcieniem szarego brązu, drugi jest ciemniejszy. I tutaj znajduję zastosowanie dla obu tych cieni.
Jak ich używam?
W dni gdy mam naprawdę naturalny makeup (czyli ostatnio w większość dni) na przednią część brwi, czyli tą usytuowaną w okolicy nosa nakładam jaśniejszy cień. Na koniec brwi nakładam ciemniejszy, uzyskując tym bardzo naturalny, trójwymiarowy efekt. Czasami zdarza mi się mieszać oba te odcienie. Przy mocniejszym makijażu, gdy czuję że moje oczy potrzebują mocniejszej oprawy na przód brwi nakładam mieszankę obu odcieni a na koniec ciemniejszy odcień. 
Cienie są również bardzo dobre jakościowo. Nie pylą się, nie osypują i chyba trochę łatwiej się z nimi pracuje niż z tymi z NYX. 


Zestaw Catrice jest dostępny tylko w jednej wersji kolorystycznej co na pewno nie sprawdzi się u każdej z nas. Gramatura opakowania to aż 4 g, za które trzeba zapłacić ok. 16-18 złotych.


Poniżej możecie zobaczyć zestawienie kolorystyczne:



Podsumowując:

Dla mnie faworytem tego pojedynku jest zdecydowanie zestaw z Catrice.
Wygrywa przede wszystkim ze względu na cenę, dobrą jakość cieni jak i akcesoriów dołączonych do zestawu. Niewątpliwym atutem tego produktu jest przede wszystkim kolorystyka zestawu. Oba cienie mi pasują i używam je codziennie. W przypadku NYX brązowy cień kompletnie mi nie pasował, wypadał zdecydowanie zbyt ciepło.


A jakie są Wasze ulubione produkty do podkreślania brwi?

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. IV korektory + swatche

Witam po około miesięcznej przerwie, która spowodowana była egzaminem na certyfikat z języka niemieckiego. Od września robiłam kurs językowy, który wczoraj zakończył się Prüfungiem. Co prawda na wyniki muszę poczekać jeszcze 3 tygodnie, ale jestem dobrej myśli.

Dzisiaj kolejna część serii "Kobieto ile Ty tego masz?!" i skupię się w niej tylko na korektorach pod oczy oraz tych do twarzy. Nie przedłużając, przejdę do rzeczy.


Jak widać na zdjęciu poniżej obecnie w mojej "kolekcji" znajduje się 6 korektorów.


1. NYX HD Concealer, który w blogosferze i na YT bije ostatnio rekordy popularności. Ja posiadam go w odcieniu Fair i na sezon zimowy gdy jestem bledsza pasował mi idealnie. W sezonie od wiosny do jesieni, gdy jednak moja skóra złapie trochę koloru to wydawał mi się za jasny. Używałam go jedynie pod oczy i byłam bardzo zadowolona. Ma przyjemną kremową konsystencję i dobrą pigmentację, która przekłada się na dosyć mocne krycie. Moją ulubioną metodą aplikacji było nałożenie go dosyć szczodrze w kształt trójkąta pod oczami a następnie wklepanie gąbeczką Beauty Blender. Nie wysuszał skóry, nie uczulał ani się nie ważył. Nie wchodził mi również w zmarszczki, ale ja zawsze go przypudrowuję i dzięki temu trzyma się te 7-8 godzin.. Jedyne do czego mogę się przyczepić to pojemność, bo w opakowaniu nie ma go zbyt dużo, jedynie 3 g. Bardzo polecam, ja na pewno kupię go ponownie.
2. Maybelline Affinitone- posiadam odcień 01 Nude Beige. Jest to moje drugie opakowanie tego korektora. Poleciła mi go znajoma. Jest on zdecydowanie lżejszy od NYX, ale jego krycie jest też zdecydowanie mniejsze. Na dni gdy nie mam wielkich cieni pod oczami jest ok, aczkolwiek bez rewelacji. Trwałość jest ok, nie wchodzi w zmarszczki, jednak nałożony zbyt grubą warstwą może się bardzo nieestetycznie zważyć i może być bardzo widoczny na skórze. Jego niewątpliwym atutem jest ładny, jasny kolor i spora pojemność, bo aż 7,5 ml. Jednak muszę przyznać, że chyba już mi się nieco znudził i zakupu nie ponowię.
3 i 4. KOBO Modeling Illuminator*- produkty, do których początkowo byłam naprawdę sceptycznie nastawiona a które okazały się strzałem w dziesiątkę. Ciemniejszy odcień 102, mimo że wydaje się dosyć ciemny to idealnie stapia się z moją cerą i służy mi do zakrycia sińców pod oczami, natomiast jaśniejszy 101 jest świetny do rozświetlania okolic oczu. Produkty te mają kremową konsystencję, która jednak jest dosyć lekka i nie obciąża skóry pod oczami. Nieprzypudrowane mogą wchodzić w zmarszczki. Jednak wszystko inne jest na duży plus, ponieważ krycie oceniam na średnie w kierunku wysokiego, korektory ładnie stapiają się ze skórą dając naturalny efekt. Opakowanie ma pojemność 7 ml co jest całkiem sporo. Produkty marki KOBO są dostępne jedynie w Drogerii Natura. Posiadam je już bardzo długo i mogę szczerze polecić. Z przyjemnością zaopatrzyłabym się w kolejne opakowanie.
5. Avon korektor z serii Luxe*- jako jedyny z mojej kolekcji ma postać wykręcanego sztyftu. Mimo to jest dosyć kremowy, ale i nieco cięższy. Opakowanie jest plastikowe i trochę jednak tandetne. Krycie określiłabym jako średnie. Niestety mam wrażenie, że po aplikacji jest on bardzo widoczny na skórze i nie grzeszy trwałością. Ja posiadam odcień Light, który wcale taki Light nie jest, ale tak to już chyba jest w tą kolorówką Avonu. Ciężko mi idzie jego zużywanie i na pewno nie wrócę do niego w przyszłości.
6. Under Twenty punktowy korektor + fluid do maskowania niedoskonałości*- w jedynym produkcie otrzymujemy 2 tubeczki produktów. Jedna zawiera zielonkawy korektor neutralizujący zaczerwienienia, druga zawiera maskujący fluid. Użyłam go jedynie dwa razy, bo pryszcze pojawiają się na mojej twarzy niezwykle rzadko. Jednak po tych dwóch aplikacjach byłam całkiem zadowolona, bo fajnie zamaskowało wyprysk. Nie mniej jednak kolor tego fluidu maskującego do najjaśniejszych nie należy i trzeba mieć to na uwadze.

Żaden z recenzowanych powyżej korektor nie ciemniał na skórze po aplikacji co jest dodatkowo ważne.

Poniżej można zobaczyć swatche:
1. NUX HD Concealer #Fair, 2. Maybelline Affinitone 01 Nude Beige, 3,4. Kobo Modeling IIlluminator #101 i #102, 5.Avon Luxe #light, 6. Under Twenty

Który lubię najbardziej?
Moim ulubieńcem jest zdecydowanie NYX. Na następnym miejscu znalazłyby się korektory KOBO a na trzecim miejscu Maybelline. Avon to niestety jakieś nieporozumienie, a duo z Under20 po prostu nie ma u mnie pola do popisu bo nie mam co maskować :-)



A jakie są Wasze ulubione korektory?


* Próbki PR

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. III róże i bronzery + swatche

Dzisiaj kolejna część w której przekopuję się przez całe moje zbiory kosmetyczne. Zauważyłam, że dobrze robią mi posty z tej serii, łatwiej uświadamiam sobie ile czego mam, co lubię a czego nie i mogę skupić się na systematycznym zużywaniu.

W dzisiejszym poście pokażę moją kolekcję róży i bronzerów. I pomyśleć, że jeszcze 2 lata temu uważałam te produkty za kompletnie zbędne. A dzisiaj moja kolekcja wygląda tak:


9 róży i 2 bronzery. Ciężko mi określić czy jest to dużo czy mało. W przypadku róży przydałoby się nieco uszczuplić kolekcję, jednak ilość bronzerów jest moi zdaniem optymalna.

A więc przyjrzyjmy się im bliżej:


Na pierwszy ogień idą róże z Inglota. Posiadam dwa wkłady w formie do kasetek, które przechowuję w kasetce na puder, idealnie się tak mieszczą. Mam też jeden róż w osobnym opakowaniu, który był moim pierwszym różem tej firmy i dostałam go od chłopaka na mikołajki.

Róże te charakteryzuję się przede wszystkim dobrą pigmentacją i trwałością, niestety strasznie pylą przy nabieraniu ich na pędzel. Biorąc jednak pod uwagę ich cenę (ok. 20 zł) można im to wybaczyć.

Zoom na kolory:


72 to typowy chłodny, cukierkowy róż
82- jest to przybrudzony beżem róż, moim zdaniem jeden z najbardziej uniwersalnych odcieni Inglota
88- nieco żywszy odcień z lekką drobinką, który świetnie prezentuje się latem na opalonej skórze

Poza kolorami, które posiadam z kolorów Inglotowych róży lubiłam też 84 (brzoskwinia), 73 (brzoskwiniowo-brązowy) i 99 (jasny róż z drobinką).


Następne w mojej kolekcji róży są 3 opakowania z My Secret, które otrzymałam do przetestowania.


Kolory tych róży są naprawdę bardzo twarzowe. Mamy tutaj fajną brzoskwinkę, która była moim faworytem i jak widać ma największy ubytek. Cukierkowy róż przypomina mi nieco 72 z Inglota. Ten ostatni, lekko brązowawy można z powodzeniem stosować jako bronzer.

Róże te mają średnią pigmentację, co dla początkujących osób jest zdecydowanie plusem. Ich wykończenie jest lekko satynowe, co lepiej widać na swatchach. Niestety zawiodły mnie pod względem trwałości, u mnie po 3-4 godzinach nie ma po nich śladu.



Kolejne moje róże:


Róż z TheBodyShop dorwałam na jakiejś blogowej wyprzedaży. Dzięki Bogu, że ma sypką konsystencję i tak szybko się nie zepsuje bo sięgam po niego wyjątkowo rzadko. I nie potrafię jakoś logicznie wyjaśnić dlaczego. Myślę, że chyba ta sypka forma mnie nieco odstrasza.

Róż z MAC w kolorze Warm Soul był totalnie nie planowanym zakupem. Wybrałam się do salonu aby poprosić o dobranie mi podkładu. Tradycyjnie Pani nałożyła mi go na twarz a następnie wykończyła makijaż, między innymi tym właśnie różem. Efekt jak dał na mojej skórze strasznie mnie zachwycił, nie sądziłam nigdy że taki kolor będzie na mnie tak super wyglądał. Niestety w domowej rzeczywistości mamy relację love-hate. Podejrzewam jednak, że po prostu nie mam do tego produktu odpowiedniego pędzla, dlatego często jestem rozczarowana efektem końcowym.

Róż w sztyfcie z Essence. Kolor ładny, ale reszta bez większego szału. Odkąd go kupiłam to użyłam go może z 2 razy i tak sobie leży.


Przechodząc do kategorii bronzerów, jak już wspomniałam wcześniej posiadam 2 sztuki.


Posiadane przeze mnie bronzery różnią się od siebie drastycznie.

Bronzer Honolulu z W7 jest zdecydowanie bardziej ciepły. Świetnie nadaje się do ocieplania całej twarzy i nadawania jej lekkiej opalenizny ponieważ wygląda bardzo naturalnie. Niestety zdarza mu się robić plamy na twarzy, których nie sposób rozetrzeć. Trzeba więc nakładać go cieniutkimi warstwami i stopniować w ten sposób efekt.

Różo- bronzer z Nyxa w odcieniu Taupe nadaje się do bardzo precyzyjnego konturowania i podkreślania kości policzkowej. Ma kolor brązowo-szary, bardzo chłodny i daje efekt naturalnego cienia. W konsystencji różni się znacznie od tego z W7, jest twardszy i bardziej zbity.



A jak wygląda Wasza kolekcja róży i bronzerów? Jak są Wasze ulubione perełki?

Nowości + pierwsze wrażenie na temat podkładu L'oreal Nude Magique

Miałam wczoraj dosyć kiepski humor i poszłam pochodzić nieco po sklepach. Skończyło się jak zawsze w takich sytuacjach na zakupach kosmetycznych. Nastrój nieco mi się poprawił a dzisiaj rano pełna zaciekawienia testowałam nowości więc napisać mogę kilka słów na temat nowego podkładu.

Na co się skusiłam?
Najpierw udałam się do Douglasa, który w moim obecnym miejscu zamieszkania mocno mnie rozczarował, liczyłam na choćby malutki stoisko MAC i pędzle Zoeva ale nic z tego. No nic. Na stoisku NYX szukałam różu w kremie na które się ostatnio mocno napaliłam. Ich też nie było. Chwyciłam więc kultowy róż w odcieniu Taupe do konturowania twarzy. Ma bardzo fajny chłodny odcień, jednak jeszcze go nie używałam więc nie mogę zbyt wiele powiedzieć. Marzy mi się jeszcze bronzer o nieco bardziej złocistym odcieniu do ocieplania i opalania twarzy. Zachwyciły mnie te z Artdeco, ale muszę jeszcze nad nimi podumać.

Zanim opiszę kolejne produkty muszę przypomnieć, że nie znoszę marki Essence. A jednak raz na jakiś czas kupuję jakieś produkty tej firmy. Sama nie wiem czemu to robię, bo większość niestety tylko utwierdza mnie w mojej opinii. No ale i tym razem wpadły mi do koszyka 3 produkty tej firmy. Chyba ciągle liczę na to, że skoro tyle osób je chwali to i ja w końcu się przekonam.


Róż w kremie- bo tych z NYX nie było i musiałam sie pocieszyć wątpliwym zastępstwem.


Rozświetlacz w kremie z jakiejść nowej serii New in Town. Maznęłam bez przekonania palcem po testerze a 3 sekundy później wkładałam go do koszyka. Zapowiada się fajowo, obym się nie rozczarowała.

oczywiście musiałam już władować do niego paluchy ;)

No i na koniec puder prasowany All About Matt, który kiedyś już miałam w formie sypkiej. Niestety wtedy miałam bardzo przesuszoną cerę i się nie sprawdził. Teraz natomiast cierpię na deficyt pudrów matujących więc będzie jak znalazł.


No i końcowy bohater dzisiejszego postu- podkład L'oreal Nude Magique. Miałam na niego chrapkę już od kilku miesięcy i odkąd zobaczyłam go w drogerii chodziłam wokół niego. Wczoraj mój podły nastrój zadecydował, że nastał jego czas i oto wylądował w moich zbiorach.


Pierwsze wrażenie? Kolor jaki mam to 120 Ivory, który w sklepowym świetle wydawał się ok, jednak w domu zaczął mnie nieco przerażać. Na szczęście okazało się, że całkiem dobrze dopasowuje się do koloru skóry. Ma niesamowicie płynną konsystencję, niczym woda, przez co obawiam się. ze może nie być zbyt wydajny. Aplikowałam go dzisiaj na szybko pędzlem typu flat top, nakładając cieniutkie warstewki i budując krycie. Nie miałam za bardzo czasu na dopieszczanie i zabawę. Po nałożeniu 3 warstw udało mi się uzyskać efekt ujednoliconej cery. Podkład po zastygnięciu na skórze nabiera pudrowego wykończenia i nie jest lepki ani tłusty. Przypudrowałam jedynie nos, brodę i czoło. Bardzo podoba mi się efekt jaki daje na skórze, ponieważ twarz wygląda bardzo naturalnie i zdrowo, kompletnie nie widać, że mam na sobie podkład a jednak to co chciałam przykryć, czyli zaczerwienione policzki, jest przykryte. Wydaje mi się, że jest to produkt którym niemożliwe jest zrobienie sobie ciasta na buzi. Po nałożeniu go na buzię wyszłam z domu pozałatwiać parę spraw na mieście i wróciłam po około 4 h. Podkład nadal wyglądał ładnie, lekko przypudrowałam tylko płatki nosa i czoło bo lekko błyszczały. Teraz mam go na buzi około 9 godzin i nadal wygląda dobrze, starł się jedynie na brodzie i okolicy żuchwy, ale ja mam tendencję do podpierania dłońmi tych miejsc podczas siedzenia lub jazdy samochodem. Śmiem nawet stwierdzić, że po 9 godzinach wygląda na mnie lepiej niż inne podkłady po 2-3 h. Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre, jeżeli będzie tak dalej to wróżę ulubieńca :)

Zachciało mi się kolorów :)

W piątek naszła mnie wena na jakiś mega kolorowy makijaż oczu. Miałam też ochotę wypróbować w końcu moją nową, neonową kredką do powiek z Avonu, która od czasu zakupu leżała w szufladzie. posłużyła mi ona za kolor bazowy na dolnej powiece. Do tego dołożyłam cienie z paletki Sleeka garden of Eden, którą też używam od wielkiego dzwonu. Do tego dobrałam kilka cieni z Inglota i jakoś tak to wszystko wyszło.






Użyte kosmetyki:


Na twarzy mam mieszankę podkładów MAC Studio Fix NW15 z Maybelline Fit Me #125. Pod oczy nałożyłam korektor NYX #Fair i utrwaliłam go pudrem HD z Inglota #43. Całą buzię pokryłam cieniutką warstwą pudru Bourjois w kolorze 52. Policzki delikatnie wymodelowałam różami My Secret w nr 102 i 103. Szczyty kości policzkowych to rozświetlacz Mary lou manizer.


Brwi to kredka Catrice #Date with Ashton i cienie z NYX. Utrwalone żelem z Catrice.
Baza pod cienie: Hean
Eyeliner: Maybelline + żelowa kredka z Avonu na górną linię wodną
Dolna powieka: kredka Avon Glimmerstick Brights #aqua schock
Tusz: Loreal False Lash Wings


Cienie do powiek do Sleek, Inglot i stara paletka My Secret.

 A na ustach moja ulubiona pomadka nude: Avon doskonałość absolutna.


Nadal mam delikatne opory przed publikowaniem swojej facjaty na blogu więc proszę o wyrozumiałość ;)

Często sięgacie po kolorowe makijaże?