Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOBO. Pokaż wszystkie posty

Porównanie matowych cieni w kolorze cielistym #Inglot #Kobo #Sensique


Matowy cień w cielistym odcieniu to podstawowy produkt w mojej kosmetyczce.
Uwielbiam go za to, że robi świetną bazę pod inne cienie a przy okazji wyrównuje koloryt powieki i kryje wszystkie niebieskawe żyłki, których niestety na moich powiekach jest sporo. Używam go przy każdym swoim makijażu, b lubię jak powieka wygląda schludnie.


W moich zbiorach obecnie znajdują się 4 cienie o kolorystyce jasnego, cielistego beżu.


* Inglot 353- czyli chyba mój niekwestionowany faworyt. Lubię jego konsystencję, bo równomiernie nabiera się na pędzel i nie pyli. Pigmentacja jest bajeczna. Dodatkowo jest to chyba najbardziej żółtawy odcień z pokazanych, ale dzięki temu wspaniale niweluje zaczerwienienia i zakrywa żyłki. Robi dobre "tło" pod inne cienie, często stosuję go też do rozcierania granicy cieni. Lubię go także solo, bo dzięki niemu moje powieki wyglądają schludnie i świeżo (nienawidzę widoku spoconych powiek!). Wydajny, 13 zlotych za sztukę. Uwielbiam i muszę zdradzić, że jest to JEDYNY cień, którego posiadam zapas.

* Sensique- niestety nie wiem jaki jest numer tego koloru bo napisy z tyłu się wytarły, ale jest to chyba jedyny matowy odcień z całej gamy Sensique. Ten cień jest chyba najdelikatniejszy z posiadanych przeze mnie, jego pigmentacja jest średnia przez co efekt jaki nim uzyskamy jest bardzo naturalny, bo nie przykryje on wszystkich żyłek itp. Konsystencja jest w porządku, nie pyli się. No i przede wszystkim cena to coś koło 6-8 złotych. Dla osób niewymagających powalającej pigmentacji i ceniącym sobie naturalny efekt polecam.

* Kobo- Sandy Beach jest kolorem jaśniejszym, wpadającym bardziej w żółtawą tonację, natomiast Rosy Brown jest nieco bardziej różowawy. Niestety w przypadku cieni Kobo nie jestem oczarowana. Bardzo denerwuje mnie konsystencja tych cieni ponieważ są bardzo suche, niemal kredowe i niemiłosiernie się pylą. Przy nabieraniu ich na pędzel robi się taki bałagan, że rzadko po nie sięgam. Cena jednego cienia w pojedynczym opakowaniu to aż 17,99 zł. Z tego co wiem dostępne są też w formie wkładu do paletki za 9,99 zł.



Tak wszystkie te cienie prezentują się na skórze:




A Wy macie swój ulubiony cielisty odcień?




P.S. Zapraszam również na mojego Instagrama!   >>KLIK!<<

9 ulubionych lakierów na zimę 2014 + delikatny mani

Jestem osobą, która zawsze ma pomalowane paznokcie. Kogokolwiek z moich znajomych nie zapytacie to potwierdzą. Sama nie pamiętam abym miała okres dłuższy niż 4 dni bez lakieru na paznokciach. Niestety samej czynności malowania paznokci nie znoszę. Jednak schludne i pokolorowane paznokcie mieć lubię i mam to szczęście, że na bazie i z utwardzaczem mogę nosić manicure nawet 10 dni.Później razi mnie już tylko odrost. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać 9 ulubionych lakierów na obecny sezon zimowy.


1. Golden Rose nr 359- bardzo jasny, mleczny róż. Lubię go bo wygląda niezwykle delikatnie i elegancko na paznokciach. Niestety do pełnego krycia trzeba nałożyć 3 warstwy. Kosztował jednak coś około 4 złotych, więc nie narzekam.

2. P2 Last Forever #18 Royal Love- pamiętam, że jak pierwszy raz zobaczyłam ten lakier to strasznie zapadł mi w pamięć. Mimo, że nie planowałam zakupu lakieru bo mam ich zdecydowanie za dużo, to nie mogłam się oprzeć. To było moje pierwsze zetknięcie z lakierami P2 i jestem bardzo zadowolona. Ładne krycie, dobra trwałość, piękny kolor za niewielką cenę. Numerek 18 to taki beżowy brąz, z niewielką domieszką szarości. Bardzo przyjemny i neutralny.

3. KOBO #49 Green Adventura- baaaardzo ciemna zieleń, wydająca się niemal czarna. Dopiero w świetle dziennym widać zielonkawe podtony. Lubię takie barwy. Lakiery KOBO są naprawdę świetne jakościowo, a odkąd opakowania są wyposażone w płaski pędzelek ich stosowanie stało się o wiele łatwiejsze. Lubię ten kolor łączyć z brokatem spod nr. 5

4. KOBO #33 Signapore- piękny, ciemny fiolet lekko opalizujący. Jak widać w tym sezonie mam parcie na naprawdę ciemne odcienie.

5. Sensique Nail Art #187 Gold Star- złoty brokacik, który zawiera w sobie delikatne brokatowe drobinki jak i niewielkie kawałki złotej folii. Lubię nim zdobić paznokcie, zwłaszcza że jest to kolor takiego starego złota. a więc idealny na tą porę roku.

6. P2 Last Forever #19 Romantic Dinner- lakier, który na paznokciu wygląda zdecydowanie ciemniej niż w buteleczce. Jest to taki ciemny brąz, wpadający w fiolet. Uwielbiam go!

7. Rimmel Salon Pro #703 Rock n Roll- nie jestem zwolenniczką czerwieni na paznokciach, ale taka czerwień w odcieniu wina jakoś ostatnio do mnie przemówiła. Nie jest jaskrawa z czego się bardzo cieszę. Bardzo fajnie sprawuje się u mnie ten lakier.

8. OPI #Sprung- bardzo niespotykany kolor. Coś pomiędzy złotem, miedzią a brązem. Wygląda naprawdę nietypowo i idealnie sprawdzał mi się jesienią. (Miał już swoje 5 minut na blogu TUTAJ)

9. Sensique Nail Art #188 Silver Star- podobny do swojego brata spod nr 5, tylko w wersji srebrnej. Poniżej będziecie mieli okazję zobaczyć go w akcji.


Teraz czas na manicure, który zmalowałam wczoraj i który totalnie mnie urzekł.






Do wykonania użyłam dwóch lakierów: Golden Rose #359 oraz Sensique #188.
Na bazę nałożyłam jedną warstwę jasnoróżowego lakieru, na ta jedna warstwę brokatu. Całość utrwaliłam top coatem i viola! Łatwe, szybkie a jakie ładne :-)

Podoba Wam się? Który lakier jako następny powinnam pokazać w akcji?

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. IV korektory + swatche

Witam po około miesięcznej przerwie, która spowodowana była egzaminem na certyfikat z języka niemieckiego. Od września robiłam kurs językowy, który wczoraj zakończył się Prüfungiem. Co prawda na wyniki muszę poczekać jeszcze 3 tygodnie, ale jestem dobrej myśli.

Dzisiaj kolejna część serii "Kobieto ile Ty tego masz?!" i skupię się w niej tylko na korektorach pod oczy oraz tych do twarzy. Nie przedłużając, przejdę do rzeczy.


Jak widać na zdjęciu poniżej obecnie w mojej "kolekcji" znajduje się 6 korektorów.


1. NYX HD Concealer, który w blogosferze i na YT bije ostatnio rekordy popularności. Ja posiadam go w odcieniu Fair i na sezon zimowy gdy jestem bledsza pasował mi idealnie. W sezonie od wiosny do jesieni, gdy jednak moja skóra złapie trochę koloru to wydawał mi się za jasny. Używałam go jedynie pod oczy i byłam bardzo zadowolona. Ma przyjemną kremową konsystencję i dobrą pigmentację, która przekłada się na dosyć mocne krycie. Moją ulubioną metodą aplikacji było nałożenie go dosyć szczodrze w kształt trójkąta pod oczami a następnie wklepanie gąbeczką Beauty Blender. Nie wysuszał skóry, nie uczulał ani się nie ważył. Nie wchodził mi również w zmarszczki, ale ja zawsze go przypudrowuję i dzięki temu trzyma się te 7-8 godzin.. Jedyne do czego mogę się przyczepić to pojemność, bo w opakowaniu nie ma go zbyt dużo, jedynie 3 g. Bardzo polecam, ja na pewno kupię go ponownie.
2. Maybelline Affinitone- posiadam odcień 01 Nude Beige. Jest to moje drugie opakowanie tego korektora. Poleciła mi go znajoma. Jest on zdecydowanie lżejszy od NYX, ale jego krycie jest też zdecydowanie mniejsze. Na dni gdy nie mam wielkich cieni pod oczami jest ok, aczkolwiek bez rewelacji. Trwałość jest ok, nie wchodzi w zmarszczki, jednak nałożony zbyt grubą warstwą może się bardzo nieestetycznie zważyć i może być bardzo widoczny na skórze. Jego niewątpliwym atutem jest ładny, jasny kolor i spora pojemność, bo aż 7,5 ml. Jednak muszę przyznać, że chyba już mi się nieco znudził i zakupu nie ponowię.
3 i 4. KOBO Modeling Illuminator*- produkty, do których początkowo byłam naprawdę sceptycznie nastawiona a które okazały się strzałem w dziesiątkę. Ciemniejszy odcień 102, mimo że wydaje się dosyć ciemny to idealnie stapia się z moją cerą i służy mi do zakrycia sińców pod oczami, natomiast jaśniejszy 101 jest świetny do rozświetlania okolic oczu. Produkty te mają kremową konsystencję, która jednak jest dosyć lekka i nie obciąża skóry pod oczami. Nieprzypudrowane mogą wchodzić w zmarszczki. Jednak wszystko inne jest na duży plus, ponieważ krycie oceniam na średnie w kierunku wysokiego, korektory ładnie stapiają się ze skórą dając naturalny efekt. Opakowanie ma pojemność 7 ml co jest całkiem sporo. Produkty marki KOBO są dostępne jedynie w Drogerii Natura. Posiadam je już bardzo długo i mogę szczerze polecić. Z przyjemnością zaopatrzyłabym się w kolejne opakowanie.
5. Avon korektor z serii Luxe*- jako jedyny z mojej kolekcji ma postać wykręcanego sztyftu. Mimo to jest dosyć kremowy, ale i nieco cięższy. Opakowanie jest plastikowe i trochę jednak tandetne. Krycie określiłabym jako średnie. Niestety mam wrażenie, że po aplikacji jest on bardzo widoczny na skórze i nie grzeszy trwałością. Ja posiadam odcień Light, który wcale taki Light nie jest, ale tak to już chyba jest w tą kolorówką Avonu. Ciężko mi idzie jego zużywanie i na pewno nie wrócę do niego w przyszłości.
6. Under Twenty punktowy korektor + fluid do maskowania niedoskonałości*- w jedynym produkcie otrzymujemy 2 tubeczki produktów. Jedna zawiera zielonkawy korektor neutralizujący zaczerwienienia, druga zawiera maskujący fluid. Użyłam go jedynie dwa razy, bo pryszcze pojawiają się na mojej twarzy niezwykle rzadko. Jednak po tych dwóch aplikacjach byłam całkiem zadowolona, bo fajnie zamaskowało wyprysk. Nie mniej jednak kolor tego fluidu maskującego do najjaśniejszych nie należy i trzeba mieć to na uwadze.

Żaden z recenzowanych powyżej korektor nie ciemniał na skórze po aplikacji co jest dodatkowo ważne.

Poniżej można zobaczyć swatche:
1. NUX HD Concealer #Fair, 2. Maybelline Affinitone 01 Nude Beige, 3,4. Kobo Modeling IIlluminator #101 i #102, 5.Avon Luxe #light, 6. Under Twenty

Który lubię najbardziej?
Moim ulubieńcem jest zdecydowanie NYX. Na następnym miejscu znalazłyby się korektory KOBO a na trzecim miejscu Maybelline. Avon to niestety jakieś nieporozumienie, a duo z Under20 po prostu nie ma u mnie pola do popisu bo nie mam co maskować :-)



A jakie są Wasze ulubione korektory?


* Próbki PR

Pojedynek: baza pod makijaż Inglot vs Kobo

Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł, aby znów zacząć porównywać na blou podobne produkty z innych firm. Dzisiaj wcielam pomysł w życie i przychodzę z porównaniem baz pod makijaż. Jedna pochodzi z firmy Inglot, a druga z Kobo.

Zaczynamy!


1. Opakowanie

Oba produkty znajdują się w zakręcanej tubce. Oba opakowania zakończone się dziubkiem, który ułatwiać ma dozowanie i precyzyjną aplikację produktu. W obu opakowaniach można na bieżąco śledzić poziom zużycia, ponieważ są transparentne.
Szata graficzna w obu przypadkach jest minimalistyczna i nieskomplikowana, sama nie potrafię zdecydować, które podoba mi się bardziej. Oczywiste jest jednak, że w żadnym przypadku nie są to wyżyny estetyzmu i kreatywności.

Gdy przyjrzymy się pojemności obu tych produktów, to zauważyć można, że Inglot posiada tylko 10 ml produktu (tak, wiem że jest też większa wersja, jednak znacznie droższa), Kobo natomiast posiada 20 ml, co jest wartością dwukrotnie większą. Za podobną cenę otrzymujemy więc dwa razy więcej bazy.



2. Konsystencja

W obu przypadkach mamy do czynienia z silikonową bazą. Jej konsystencja jest więc lekko żelowa, baza nie ma koloru. W przypadku tych baz mam wrażenie, że ta z Kobo jest nieco bardziej zbita, podczas gdy ta z Inglota wydaje mi się nieco bardziej lejąca. To jedyna różnica w tej kwestii.


3. Zapach

Obie testowane bazy są produktami bezzapachowymi.



4. Obietnice producenta

Szanując czas mój i Wasz nie będę tu przytaczać całej tylnej etykiety produktów, przytoczę jesynie w telegraficznym skrócie co obiecuje producent.

Kobo:
- wygładza skórę
- kryje niedoskonałości cery
- optycznie tuszuje zmarszczki i zapobiega gromadzeniu się make-upu w ich wnętrzu
- długotrwały efekt matowienia
- utrwala cały makijaż

Inglot:
- "układ sferycznych cząsteczek absorbujących sebum" brzmi bardzo tajemniczo
- matuje nie wysuszając cery
- jest niezastąpionym elementem perfekcyjnego makijażu

Jak widać producent KOBO obiecuje dużo, jednak trzyma się konkretów. Inglot natomiast oferuje "układ sferycznych cząsteczek" cokolwiek to oznacza.


5. Działanie

Inglot: W przypadku tej bazy ze smutkiem stwierdzam, że ja kompletnie nie widzę efektów po jej zastosowaniu. Mam wrażenie, że ta baza nie robi kompletnie nic. Dodatkowo po nałożeniu na skórę jest dosyć mokra i zostawia taką tłustawą powłoczkę, przez co mam wrażenie, że podkład się na tej warstwie ślizga i nie jest długotrwały. Ani nie matuje, ani nie wygładza, nie przedłuża a wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że skraca trwałość produktu. Chcąc ją zużyć stosuję ją do czyszczenia wpadek makijażowych, tzn gdy krzywo nałożę eyeliner lub ubrudzę się tuszem, nabieram ociupinkę tej bazy na patyczek kosmetyczny i czyszczę. Dzieki takiemu patyczkowi z bazą można łatwo naprawić błędy, nie uszkadzając reszty makijażu.

Kobo: Pierwszą różnicą w bazie Kobo jest to, ze po nałożeniu na skórę robi się lekko matowa. Dodatkowo moje pory po zastosowaniu tej bazy wydają się zdecydowanie mniej widoczne. Jestem w stanie zauważyć optyczne wygładzenie skóry. Lubię ją stosować więc na nos, policzki w okolicy nosa gdzie moje pory są największe oraz pomiędzy brwi i czasem na brodę. Podkład na tej bazie idealnie się rozprowadza, nic się nie roluje, nie przesuwa. Potwierdzam również to, że makijaż utrzymuje się na niej zdecydowanie lepiej.


Po stosowaniu obu tych baz nie zauważyłam zapychania ani innych problemów z cerą.


6. Cena/ Wydajność

Baza Inglota kosztuje 22 zł za 10 ml. Ostatnio ta firma stale podnosi ceny swoich produktów. Jest też wersja 30 ml za 39 zł.

Cena Kobo to 20 zł za 20 ml.

Jak widać cenowo i pojemnościowo lepiej opłaca sie zainwestować w bazę Kobo.

7. Skład

Dla osób zainteresowanych wrzucam porównanie składów obu kosmetyków

KOBO Skład: Cyclopentasiloxane (and) Dimethicone/Vinyldimethicone Crosspolymer (and) Cyclotetrasiloxane, Polysilicone-11 (and) Ethylhexyl Hydroxystearate, Cyclomethicone, Parfum, Citronellol, Hexyl Cinnamal.

Inglot Skład: Cyclopentasiloxane, Polysilicone-11, Dimethicone


Podsumowując:
Zdecydowanie wybieram Kobo, argumentując to przede wszystkim tym, że jest to pierwsza baza której działanie na swojej skórze widzę gołym okiem i co przekłada sie również na przedłużenie trwałości makijażu.
Inglot niestety w porównaniu z tą bazą wypada bardzo bladziutko. I mimo, że bardzo ta firmę lubię to ten produkt zdecydowanie jest niewypałem.

Na wizażu Kobo ma ocenę 4,5 /5 KLIK, Inglot natomiast 3,24 /5 KLIK. Kobo ma niestety tylko 2 opinie, trzeba jednak zważyć na to, że jest to produkt dosyć świeży na polskim rynku. 


Używacie bazy pod makijaż? Znacie te które opisałam? Czym może macie innych ulubieńców?

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. I

Takie pytanie zadaje każdy, który zobaczy moją kolekcję kosmetyków. Czasami nawet ja sama je sobie zadaję. Postanowiłam więc zapoczątkować na blogu serię postów mających pokazać moje zbiory kosmetyczne. Posty te nie mają na celu chwalipięctwa a służą jedynie uświadomieniu mi co posiadam. Wy także możecie na tym troszkę skorzystać gdy interesuje Was moja opinia na temat jakiegoś produktu, który posiadam a o którym nie pisałam jeszcze na blogu.
Dzisiaj część pierwsza: podkłady- czyli produkty bez których nie wyobrażam sobie makijażu i do których mam szczególną słabość i wiecznie poszukuję doskonałości.


Tak więc drogie Internautki i Internauci oto wszystkie moje podkłady i kremy BB w zawrotnej liczbie 14 sztuk. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych jest to sporo a dla niektórych niewiele. Jak ja sama to oceniam? Ciężko mi sie wypowiedzieć. Są w tym zbiorze produkty, które naprawdę bardzo lubię. Aż 5 sztuk jest już prawie zużyte, zostały jakieś resztki na max 1-2 użycia, które trzymam aby pokazać na blogu. Tylko o 3 tych podkładach mogę powiedzieć, że niemal nigdy po nie nie sięgam.


Ok, to może przyjrzyjmy im się z bliska:


1. Maybelline Fit Me!- miałam na niego ochotę odkąd zobaczyłam go na amerykańskim YT. Niestety w drogerii światło było strasznie mylne i produkt jest ociupinkę za ciemny i pasuje mi jedynie gdy używam samoopalacza. Użyłam go może z 3-4 razy.
2. Under20! czyli produkt o którym w pewnym momencie było w blogosferze bardzo głośno. Mnie nie uwiódł, aczkolwiek nie był zły. Jest tez bardzo perfumowany. Na szczęście zostało mi go jedynie ociupinkę na jedno maksymalnie dwa użycia.
3. MAC Studio Fix- czasem go kocham, czasem nienawidzę. W jego odcieniu też nie zawsze się dobrze czuję. Mam jeszcze około 1/3 buteleczki.



4. Loreal Nude Magique- mój obecny hit! Parę postów niżej pisałam o nim swoje pierwsze wrażenie. Dodam do tego tylko to, że tydzień temu spędziłam w aucie, dodam że koloru czarnego coby było jeszcze przyjemniej, 6 godzin w 30 stopniowym upale i przy wyłączonej klimatyzacji a ten podkład pozostał nietknięty.
5. Lirene Glam & Matt- trochę mi nie po drodze z tym produktem. Kolor i odcień niezbyt mój, na twarzy też nie prezentuje się zbyt wyjściowo więc rzadko po niego sięgam.
6. Bourjois Flower Perfection- świetny produkt. Z zamiłowaniem używałam go na przełomie zimy i wiosny. Świetne krycie, buzia wygląda naturalnie i promiennie a trwałość również niczego sobie. Poleciła mi go koleżanka i to był strzał w dziesiątkę. Na sezon letni okazał się jednak zbyt nawilżający.


7. Kobo Smoothing Make Up- dostałam go do przetestowania od firmy Kobo. Jest dosyć lekki i nawilżający ale da się nim zbudować ładne krycie. Nie do końca mi pasuje jego kolor, ale chętnie po niego sięgam bo nałożony pędzlem typu duo fiber sprawia, że buzia jest pięknie wygładzona jakby po fotoszopie. Jest już raczej na wykończeniu.
8. Maybelline krem BB- naczytałam się o nim dużo pozytywów, aczkolwiek niezbyt dobrze trafiłam z odcieniem, który jest straszliwie różowy więc leży i sie kurzy.
9. Maybelline Affinimat- po zachwycie nad Affinitonem zakupiłam tą wersję z myślą o lecie. Wzięłam kolor nazywający się tak samo jak w serii Affinitone nie zdając sobie sprawy że w serii Affinimat będzie on trochę jasniejszy. A co za tym idzie nie pasujący kompletnie na sezon letni gdy buzia łapie nieco kolorku. Poczeka do jesieni.


10. Maybelline Affinitone- geniusz! Wróciłam do niego po latach za poleceniem koleżanki i jestem bardzo zadowolona. Powróciłam do niego jakoś w grudniu i od tej pory zużyłam chyba ze 4 opakowania. Jest to podkład dający naturalny efekt na twarzy dając jednak bardzo dobre krycie. Po utrwaleniu pudrem trzyma się cały dzień.
11. Vichy Dermablend- ah jak on cudnie wygląda na mojej twarzy! Niestety tylko przez godzinę. Potem zaczynają się z nim dziać tak brzydkie rzeczy, że aż nie chcę o tym pisać. Mieszam go z innymi podkładami bo podoba mi się krycie jakie daje. Na szczęście w opakowaniu została odrobina.
12. Lioele Dollish BB krem w kolorze zielonym. Miałam kiedyś jego próbkę i tak się zachwyciłam, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie. Niestety wielka miłość z tego nie wyrosła. Solo używać go nie lubię go wyglądam w nim trupio. Fajnie się jednak sprawdza jako baza pod podkład, aby zneutralizować nieco zaczerwienienia.


13. Lirene magic make-up- ja w nim magii żadnej nie widzę. Na dodatek odcień mi kompletnie nie pasuje więc jakoś nam nie po drodze.
14. Avon podkład matujący czyli produkt o najdziwniejszej konsystencji z jaką się spotkałam. Ostatnio zrobiłam do niego kolejne podejście i wyszło całkiem całkiem, aczkolwiek tyłka mi z zachwytu nie urwało.

No i to by było na tyle. Postaram się każdy produkt przedstawić w szerszej recenzji, posiłkując się zdjeciami prezentującymi stopień krycia oraz wykończenie na buzi.

Ciekawa jestem ile Wy macie podkładów ;-)

Czas powrotu + nowości lutego

Całe wieki mnie tu nie było. Aż wstyd. Przepraszam najmocniej za tą długą i nieusprawiedliwioną nieobecność. Niestety studia dzienne, praca na etat oraz rozpaczliwe próby utrzymania jakiegokolwiek życia towarzyskiego pochłonęły niemal w całości mój czas. Jednak cały czas tęskniłam za tym miejscem i obiecywałam sobie, że jak tylko trochę się ogarnę czasowo to wrócę. I nadszedł w końcu ten moment. 
Co u mnie nowego?
Właśnie rozpoczynam ostatni semestr moich studiów. Oznacza to przede wszystkim koszmar każdego studenta czyli pisanie pracy magisterskiej. Tematem jaki sobie wybrałam jest wykorzystania social media przez firmy z branży kosmetycznej, czyli jest to temat niezmiernie bliski mojemu sercu :)

Grubo ponad rok pracuję już w bardzo popularnej polskiej firmie kosmetycznej jako sprzedawca. I z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że baaaaardzo lubię swoją pracę. Dodatkowo niesamowicie rozwinęłam się dzięki niej w kwestii wizażu i otworzyłam się na kolory!

W życiu osobistym stabilnie i bez zmian- ta sama miłość, ci sami cudowni ludzie, których mam w swoim życiu. I za to chyba jestem najbardziej wdzięczna. 



Na rozruszanie po tak długiej przerwie post dzisiejszy będzie lekki i przyjemny czyli pokażę Wam zakupy z ostatniego miesiąca, bo w końcu kto nie lubi zakupów?!
Ja ostatnio staram się hamować w zakupowym szaleństwie, kupuję tylko rzeczy, które naprawdę są mi potrzebne lub takie, które naprawdę mocno mi wpadły w oko. Luty pod względem zakupowym był nieco bardziej rozwiązły, bo po stresującej sesji musiałam się jakoś nagrodzić ;)



Pierwsze zakupy jakie poczyniłam były w sklepie ladymakeup.pl. Uwielbiam ten sklep za naprawdę szeroki asortyment. Zamówiłam najnowszą paletkę Sleeka, nie wiem co mnie na nią wzięło bo jak do tej pory Sleek niespecjalnie mnie pociągał, 3 pędzelki Hakuro oraz puder półtransparentny fiksujący z Vipery.



Paletka Sleeka o wdzięcznej nazwie Garden of Eden, prezentuje się naprawdę przyjemnie. Mam tam brązy i zielenie czyli to co ja bardzo lubię. 


Pędzelki Hakuro nie były w planach, bardziej nastawiałam się na pędzle Zoeva, ale gdy robiłam zakupy to był jakieś braki magazynowe a ja już nie chciałam dłużej czekać, a pędzle Hakuro strasznie zachwalała moja koleżanka w pracy no i się skusiłam. Wybrałam 3 modele do makijażu oczu: H74, H76, H79.  
Po pierwszych testach mogę stwierdzić, że są całkiem ok, aczkolwiek patrząc na ich wykonanie nie wróże im długiego życia. 


Mój Beauty Blender po 2 latach użytkowania (z przerwami) zasłużył już sobie na emeryturę. Korzystając z promocji -10% w sklepie mintishop.pl  kupiłam z koleżanką dwupak czarnych jajek. Z przesyłką wyszło nas ok 55 zł za jajko, co już mniej boli niż początkowa cena pojedynczego jaja. Mimo, że BB nie jest niezbędnikiem makijażowym to uzależnił mnie od siebie wygodą, szybkością i przyjemnością płynącą z użytkowania oraz tym, że naprawdę ciężko przesadzić z podkładem lub korektorem i zrobić sobie maskę na twarzy.

(jajko na zdjęciu wygląda jakby było już wyblaknięte ale to wina światła)


Moje włosy ostatnio wołają o pomstę do nieba. Naprawdę, już nie pamiętam kiedy miały się tak źle jak teraz. Zaniedbałam je i teraz czas wytoczyć cięższe działa. Na olejek stymulujący wzrost włosów Khadi czaiłam się już grubo ze 3 lata, w sumie miałam na niego chętkę jak tylko pojawił się w sklepie helfy. Przekonał mnie dopiero widok włosów koleżanki po jednorazowym użyciu tego cuda, na następny dzień podjechałam do stacjonarnego sklepu helfy we Wrocławiu i zaopatrzyłam się w tego cudotwórcę. Mimo, że jeszcze za wcześnie na jakąkolwiek recenzję to mnie zachwycił już po pierwszym użyciu: włosy odzyskały blask, były mięciutkie i idealnie sypkie przez cały dzień, nie zbijały się w strąki i nie oklapły. Będę z przyjemnością nadal go testować. 


Odkąd na blogu Natalii przeczytałam o chelatowaniu włosów, wiedziałam że muszę spróbować. Zaopatrzyłam się więc w odpowiedni szampon, który zwiera w składzie Tetrasodium EDTA, w moim przypadku jest to Jonhsons baby z lawendą i przystąpiłam do boju. Efekty mnie samą zaskoczyły. 




Do mojego kuferka dołączyły nowe, wypiekane cienie Kobo, które dostałam w prezencie od firmy. Uwielbiam wypiekane kosmetyki, a te dodatkowo mają bardzo dobrą pigmentację. 



Więcej o cieniach oraz ich swatche już niebawem na blogu :)


Dajcie znać, czy miałyście do czynienia z produktami, które zasiliły moją kosmetyczkę oraz co fajnego sobie kupiłyście ostatnio :)



Kosmetyczne zachwyty 2012 roku

Jak tytuł głosi nadszedł czas pokazać moje najulubieńsze produkty roku 2012.

No to zaczynamy!


Po pierwsze róże do policzków. W tym roku odkryłam jak dobrze dobrany i nałożony róż potrafi zmienić twarz, jak cera zyskuje świeżości. Oto najczęściej używane przeze mnie różyki:





Podkład Revlon Colorstay- mój ideał. Pomimo, że ciągle szukam czegoś jeszcze lepszego to zawsze pokornie wracam do RC. Mój kolor to 150 Buff.


Baza pod cienie Hean- najlepsza! Testowałam kilka innych, ale ta bije wszystkie na głowę :)


Z ulubionych cieni to najczęściej sięgałam po MySecret oraz Hean.


Z ulubionych tuszów do rzęs mogę wymienić: wydłużający od Bobbi Brown (próbka starczyła na ponad 6 miesięcy!), najświeższy ulubieniec 2000 Calorie z Max Factor oraz tusz Maxxi Lash Flexi z Hean.


Ulubiona odżywka do włosów, odkryta całkiem przypadkowo- Garnier z awokado i karite. Moje włosy ją uwielbiają, są po niej miękkie, odżywione i co najważniejsze nie obciążone.


Maseczki algowe oraz spirulina (której w chwili obecnej nie posiadam, dlatego nie ma na zdjęciu) to moje pielęgnacyjne hity. Cudownie działają na skórę twarzy, zostawiają ją mięciutką, oczyszczoną, gładszą i jaśniejszą. Dodatkowo kosztuję naprawdę niewiele. Maska na zdjęciu z lewej pochodzi ze sklepu e-naturalne a ta po prawej z Bańki Mydlanej.


W tym roku odkryłam, że mojej cerze niesamowicie służą odżywcze kremy marki Pharmaceris.
Bardzo lubiłam też krem Kasztan marki Bielenda.


Z serii paznokciowej prym wiodła odżywka 8 in 1 Eveline. Do gustu bardzo przypadły mi również lakiery marki KOBO oraz diamentowy top coat Kobo.


Ulubione pędzle to:
- pędzelek do cieni marki For Your Beauty- dostępne w Rossmanie
- pędzel Sephora do pudru mineralnego, ale świetnie sprawdza się niemal do wszystkiego bo nakładam nim podkład, puder, róż, bronzer. Może nie najtańszy, ale wart swojej ceny.
- pędzel Hakuro H24- taki milutki, że z przyjemnością sięgam po niego każdego dnia.


A Was co zachwyciło w roku 2012?