Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inglot. Pokaż wszystkie posty

Moje cienie z Inglota cz. 3- perły

Na początku mojej przygody z Inglotem byłam totalnie zachwycona ich perłowymi cieniami i namiętnie je kupowałam. Dziś lubię perłę jako akcent makijażu, bo cała powieka w perłach czasami wygląda bardzo ciężko. Nie przedłużając zapraszam do kolejnej części przeglądu moich Inglotowych cieni.



* 110- trochę w tym momencie oszukuję bo 110 jest cieniem o wykończeniu AMC, co oznacza cień o perłowej podstawie z dodatkowymi drobinkami. Jest to mój ulubiony cień jeśli mam ochotę na bardzo rozświetlony makijaż. Zauważyłam też, że ma tendencję do tego, że u każdego wypada nieco inaczej. Dla mnie jest to jasny, szampański kolor bardzo połyskliwy.



* 393- kolejny odcień w kolorze szampana. Lubię go do rozświetlania kącików oczu lub na powiekę ruchomą z przyciemnionym zewnętrznym kącikiem i załamaniem powieki. Jest bardzo jedwabisty w konsystencji i mocno napigmentowany.


* 119- czyli typowe złotko. Bardzo podobny do 393, aczkolwiek jest o wiele bardziej złoty. Jest to wykończenie również AMC, czyli ma dodatkowo w sobie drobinki.


* 407- to brzoskwiniowo-pomarańczowy kolor ze złotym poblaskiem. Strasznie mi się on podoba, niestety przy nakładaniu go pędzlem jego cały pigment gdzieś ucieka. Polecam próbowac aplikacji na mokro. To co potrafi zrobić z błękitną tęczówką oka to jest magia.


* 401- czyli cień, który podobno jest podróbką jakiegoś MACa (bodajże Satin Taupe jeśli dobrze pamiętam). Lubię ten cień, jest on w stanie zrobić praktycznie cały makijaż oka. Kolor to brąz lekko wpadający w srebrny (?), wypada raczej chłodno.

* 399- czyli odcień zgaszonego różu. Bardzo często wybierany do makijaży ślubnych, ponieważ daje bardzo subtelny efekt. Bardzo jedwabisty, mocno napigmentowany, przyjemnie się z nim pracuje.


* 446- czyli również klasyczny ślubniak. Jest to fiolet, ale taki nieoczywisty fiolet. Lubię go rozetrzeć w zewnętrznym kąciku oka. Nakładany na mokro naprawdę zachwyca.


Swatche na skórze:




Dalsza część kolekcji:




 * 153- jest to odcień bardzo podobny do 401, ale jeszcze chłodniejszy. Troszkę twardszy od 401, ale równie dobrze napigmentowany.


*409- to chyba mój pierwszy cień z tej firmy. Widać po nim dosyć mocne eksploatowanie. kolor to przepiękny brąz, który pięknie eksponuje niebieską tęczówkę. Pigmentacja jest naprawdę zabójcza, wystarczy doprawdy ociupinka. Nie osypuje sie i dobrze się rozciera.


* 452- jeszcze jakiś rok temu miałam prawdziwą obsesję na punkcie tego odcienia, przepiękne bordo gościło mi niemal codziennie. Moje oczy były w nim jakieś 100 x bardziej niebieskie. Najlepiej nakładało mi się go palcem bo wtedy mogłam wycisnąć z niego max pigmentacji. Przy nakładaniu pędzlem ta intensywność gdzies uciekała.


* 419- piękna zieleń wymieszana z odcieniem starego złota. Świetnie sprawdzał się jako akcent koloru przy smoky eyes. Mięciutki i dobrze napigmentowany.


* 408- szary, gołąbkowy kolor. Kupiłam go na początku mojej fascynacji perłowymi odcieniami a teraz raczej rzadko po niego sięgam.


* 420- również szary, ale tym razem bardziej stalowy odcień. Znacznie ciemniejszy niż 408.


* 134- mój drugi cień z kolekcji Rainbow. Kupiłam bo oczarował mnie ten najciemniejszy odcień, który latem lubię stosować na dolną powiekę. Przepiękny.

Tak prezentują się na skórze:




Jakbym miala podsumować wszystkie perły z Inglota to wszystkie są dosyć jedwabiste w konsystencji i dobrze napimentowane. Ładnie się rozcierają. Niestety niektóre odcienie przy nakładaniu pędzlem tracą na intensywności, ale wtedy można wklepać je palcem, nałożyć pędzlem syntetycznym lub na mokro.

Jak podobają Wam się te kolory? Coś wpadło Wam z oko?

Moje cienie z Inglota cz. 2- kolorowe maty

Pierwsza część dotycząca neutralnych matów cieszyła się dużym zainteresowaniem. Dziś nadszedł czas na prezentację kolejnej części, także matowej, ale tym razem w żywszych kolorach.



W dzisiejszym poście przybliżę kolejne 7 cieni.
Zaczynamy!

*343- przepiękny kanarkowy żółty kolor. Lubię dodawać ten cień jako kolorowy akcent, na przykład w połączeniu z szarością 378. Cień jest przepięknie napigmentowany i pasuje bo niebieskiej tęczówki.


* 383- czyli przyjemna pomarańczka. Ma dosyć mocny pigment, ale łatwo się z nią pracuje bo nie jest sucha i nie osypuje się.

* 311- ten odcień to według mnie koral wpadający w róż. Lubię go latem, z opalenizną wygląda czadowo. Pod względem jego jakości również jestem zadowolona, choć nie polecam nakładać go na mokro bo wtedy robi się strasznie czerwony.


* 362- przepiękny róż, coś na pograniczu fuksji i typowego barbie pink. No cóż nieraz mam po prostu ochotę na taki kolor.

*114- cień z serii Rainbow, której jakąś wielką fanką nie jestem. Za fioletami też jakoś nie szczególnie przepadam, więc dlatego zdecydowałam się na trzy odcienie w jednym. Pigmentacja jest w porządku, choć ten najjaśniejszy cień jest taki trochę kredowy. No i nie lubię tego, że przy nabieraniu cienia na pędzel muszę uważać, aby nie "zahaczyć" o pozostałe.

* 332- najświeższy cień w mojej kolekcji, dodatkowo to chyba był jakiś prezent. Odcień jest bardzo fajny, ja go nazywam takim "dżinsowym" kolorem. Fajnie się z nim pracuje, nie robi plam z czym się często spotkałam przy granatowych kolorach. Kolor można stopniować.


* 333- czyli taka troszkę ciemniejsza zieleń. Kolor bardzo nasycony o mocnej pigmentacji. Był czas, że miałam fazę na smoky eyes z dodatkiem zieleni. Wtedy bardzo chętnie po niego sięgałam.


Tak te kolory prezentują się na skórze:


Używacie w swoich makijażach mocniejszych kolorów?
Ja na codzień preferuję neutralne kolory, jednak raz na jakiś czas weźmie mnie chęć na takie tęczowe szaleństwa i lubię się wtedy wyżyć artystycznie ;-)
Z wyżej pokazanych moim ulubionym jest chyba ta piękna kanarkowa żółć, ponieważ nie jest taka bardzo ciepła jak to zazwyczaj z takimi odcieniami bywa.

Moje cienie z Inglota cz. 1 - neutralne maty

Często trafiacie na mojego bloga wyszukując hasło "co warto kupić w Inglocie". Jako, że jestem zakochana w cieniach tej marki postaram się w kilku postach przedstawić całą swoją kolekcję cieni tej marki.

Jak już niektórzy z Was wiedzą byłam pracownicą firmy Inglot przez dosyć długi okres czasu. Miałam więc okazję dobrze poznać każdy produkt tej marki i przetestować go na własnej skórze. Każdy cień wybierałam starannie, oglądając go parenaście razy i wypróbowując przed zakupem. Gdy jakiś cień wpadł mi w oko to swtachowałam go na ręce, sprawdzałam czy nie jest kredowy i czy dobrze się rozprowadza. Następnie nabierałam trochę cienia opuszkiem palca i przykładałam ten palec do oka, obserwując jak przy takim kolorze wygląda moja tęczówka. Lubię cienie, które "wyciągają" błękit oka. Gdy kończyłam zmianę "za dnia" i słońce wisiało jeszcze na niebie, tuż przed wyjściem z pracy robiłam swatcha na lewej dłoni i jadąc autem do domu obserwowałam sobie ten kolor, jak wygląda w świetle naturalnym i mocnym słońcu. Jeżeli po powrocie do domu kolor nadal mi się podobał i miałam pomysł z czym ewentualnie mogłabym go połączyć, to kupowałam go. Wiem, że dla niektórych z Was to brzmi jak wieeele zachodu żeby kupić cień, ale dzięki temu jestem niemal 100% zadowolona ze swojej kolekcji. W moim przypadku nie ma było mowy o "przypadkowym i nieprzemyślanym" zakupie, bo najzwyczajniej w świecie nie lubię marnotrawstwa i jak mi coś leży nieużywane. Wiem, że wiele z Was się skarży, że w świetle salonów lub wysp cień wyglądał zupełnie inaczej niż później okazało się w domu. Niestety tak to już jest w galeriach handlowych a wiem, że nie każdemu z Was chce się wychodzić na światło dzienne i oglądać swatche cieni lub róży.

Starałam się aby wszystkie zdjęcia w jak najlepszy sposób odzwierciedlały rzeczywisty wygląd każdego cienia. Dziś część I- czyli matowe cienie w neutralnych kolorach. Wszystkie cienie pochodzą z serii Freedom, czyli do samodzielnego komponowania paletek.



No to zaczynamy!


* 353- czyli odcień o którym wspominałam w TYM poście o cielistych cieniach do powiek. W komentarzach wiele z Was chwaliło ten odcień. Dla mnie jest to idealny odcień do wyrównania kolorytu powieki, rozcierania granic cieni a także czasami używam go pod brew. Nie jest kredowy, nie pyli. Uwielbiam go!


* 319- czyli taki lekko przybrudzony majtkowy róż ;-) Bardzo przyjemny odcień bazowy, podkreśla błękitną tęczówkę i nadaje oku takiej świeżości. Inne kolory oczu też powinny być z niego zadowolone.


* 390- baaardzo jaśniutki odcień beżo-brązu, coś a'la kawa z mlekiem. Gdy jestem blada jest to mój kolor to zaznaczania załamania powieki, a gdy jestem opalona ląduje na ruchoma powiekę.


*337- trochę ciemniejsza wersja 390. Na skórze wypada jednak o wiele cieplej niż 390. Jaśniutki brąz, powiedziałabym nawet, że taki jakby orzechowy kolor. Ten cień nieco różni się od innych, bo jest zdecydowanie twardszy przez to na pędzelek nabiera się go o wiele mniej. Nie przeszkadza mi to jednak. Używam go na codzień do zaznaczania załamania powieki.


* 360- chłodny, średni brąz. Swego czasu miałam na jego punkcie malego bzika i używałam go non stop przez jakiś miesiąc. Do mocniejszego podkreślania załamania lub po prostu roztary w zewnętrznym kąciku, aby zrobić lekko przydymione oko.


* 327- najciemniejszy z moich matowych brązów, wpadający raczej w te cieplejsze tony. Ładnie wygląda w połączeniu ze złotym cieniem.


* 378- to chyba mój najukochańszy cień zaraz po 353. Taka trochę mieszanka szarości i chłodnego brązu. Pamiętam, że przez parę miesięcy miałam prawdziwą obsesję na jego punkcie. Idealnie nadaje sie do szybkiego makijażu Nabierałam ociupinkę na puchaty pędzelek i rozcierałam go w zewnętrznym kąciku i załamaniu, ale główny pigment koncentrowałam na zewnętrzny kącik. Kolor ten robił z moich tęczówek 100x bardziej niebieskie i wyraziste. Do tego kreska i miałam klasyczny makijaż pasujący mi niemal do wszystkiego. Gdy tylko miałam go na oczach dostawałam mnóstwo pytań o cień i większość osób nie wierzyło, że mam makijaż zrobiony tym tylko jednym cieniem.


*63- klasyczna, matowa czerń. Pigmentacja jest w porządku, najlepszy czarny cień jaki znalazłam w asortymencie Inglota. Ja głównie przyciemniam nim linię rzęs, ale do smoky eyes tez się nada :-)


Teraz czas na prezentację kolorów na skórze, jak widać niektóre kolory wypadają zupełnie inaczej niż można by to sobie wyobrazić patrząc na cień w opakowaniu.




I to by było na tyle części pierwszej.
Niebawem spodziewajcie się części o kolorowych matach, moich ukochanych perłowych cieniach oraz czym jest wykończenie DS w Inglocie i jakie cienie z nich posiadam.


Który cień z wyżej przedstawionych podoba Wam się najbardziej? Może macie jakiś w swoich zbiorach?


Zobacz także:
Moje Top 12 z Inglota, czyli produkty, które uwielbiam!

Porównanie matowych cieni w kolorze cielistym #Inglot #Kobo #Sensique


Matowy cień w cielistym odcieniu to podstawowy produkt w mojej kosmetyczce.
Uwielbiam go za to, że robi świetną bazę pod inne cienie a przy okazji wyrównuje koloryt powieki i kryje wszystkie niebieskawe żyłki, których niestety na moich powiekach jest sporo. Używam go przy każdym swoim makijażu, b lubię jak powieka wygląda schludnie.


W moich zbiorach obecnie znajdują się 4 cienie o kolorystyce jasnego, cielistego beżu.


* Inglot 353- czyli chyba mój niekwestionowany faworyt. Lubię jego konsystencję, bo równomiernie nabiera się na pędzel i nie pyli. Pigmentacja jest bajeczna. Dodatkowo jest to chyba najbardziej żółtawy odcień z pokazanych, ale dzięki temu wspaniale niweluje zaczerwienienia i zakrywa żyłki. Robi dobre "tło" pod inne cienie, często stosuję go też do rozcierania granicy cieni. Lubię go także solo, bo dzięki niemu moje powieki wyglądają schludnie i świeżo (nienawidzę widoku spoconych powiek!). Wydajny, 13 zlotych za sztukę. Uwielbiam i muszę zdradzić, że jest to JEDYNY cień, którego posiadam zapas.

* Sensique- niestety nie wiem jaki jest numer tego koloru bo napisy z tyłu się wytarły, ale jest to chyba jedyny matowy odcień z całej gamy Sensique. Ten cień jest chyba najdelikatniejszy z posiadanych przeze mnie, jego pigmentacja jest średnia przez co efekt jaki nim uzyskamy jest bardzo naturalny, bo nie przykryje on wszystkich żyłek itp. Konsystencja jest w porządku, nie pyli się. No i przede wszystkim cena to coś koło 6-8 złotych. Dla osób niewymagających powalającej pigmentacji i ceniącym sobie naturalny efekt polecam.

* Kobo- Sandy Beach jest kolorem jaśniejszym, wpadającym bardziej w żółtawą tonację, natomiast Rosy Brown jest nieco bardziej różowawy. Niestety w przypadku cieni Kobo nie jestem oczarowana. Bardzo denerwuje mnie konsystencja tych cieni ponieważ są bardzo suche, niemal kredowe i niemiłosiernie się pylą. Przy nabieraniu ich na pędzel robi się taki bałagan, że rzadko po nie sięgam. Cena jednego cienia w pojedynczym opakowaniu to aż 17,99 zł. Z tego co wiem dostępne są też w formie wkładu do paletki za 9,99 zł.



Tak wszystkie te cienie prezentują się na skórze:




A Wy macie swój ulubiony cielisty odcień?




P.S. Zapraszam również na mojego Instagrama!   >>KLIK!<<

15 Pan Project- czyli co chcę zużyć w 2015 r

Jednym z moich celów na 2015 roku jest dążenie do kosmetycznego minimalizmu. Tak to brzmi w teorii. Niestety w rzeczywistości bardzo ciężko mi jest dokończyć coś co rozpoczęłam. Zawsze mam słomiany zapał i szybko się zniechęcam. Za przykład znakomicie może poświadczyć mój egzamin na prawo jazdy. Zdałam za 5-tym razem, ale zajęło mi to jakieś 4 lata. Dokładnie tak.

Tym razem mocno się zawzięłam i mam nadzieję osiągnąć swój cel. No, ale o co tak właściwie chodzi? Zainspirowana przez blogerki i YT-berki, a głównie przez blog kosmetykoholiczki i jej Projekt 10 Pan >>>KLIK<<<  zrobiłam ostatnio gruntowny przegląd swoich kosmetyków.
Część z nich powędrowała do kosza, ponieważ miały już za sobą najlepsze czasy. Wybrałam też 15 kosmetyków (bo mamy rok 2015 heeeloł!), które chciałabym jak najprędzej zdenkować. Brałam pod uwagę to, jak długo dany produkt jest w moim posiadaniu, ponieważ chciałabym zapobiec jego szybkiemu zepsuciu się. Uwzględniłam również co zrobię po zużyciu tego produktu, kupię ponownie czy może sięgnę po inny.

Przechodząc do sedna, oto moja 15 do Projectu Pan:


1. Róż Inglot w kolorze 72- jest u mnie już około 2 lat. Bardzo ładny twarzowy kolor, sama w sumie nie wiem czemu tak rzadko po niego sięgam.

Jak go zużyję to mam jeszcze masę innych róży w kolejce ;-)

2. Paletka cieni do brwi Catrice- jest już nieco zmasakrowana i przez to nie mogę zabierać ją ze sobą w podróż. Jestem z niej bardzo zadowolona, miała swoje 5 minut na blogu >>KLIK<<.

Jak zużyję to prawdopodobnie ponowię zakup, chyba ze coś innego mnie oczaruje. 

3. Cielista kredka Paese- jakoś mi z nią nie po drodze. Wydaje mi się, że o wiele lepiej wygląda u mnie biała kredka, bo ta wygląda u mnie mocno żółto. Tą jednak postaram się zużyć do podkreślania przestrzeni pod brwiami, lub do wewnętrznego kącika oka.

Jak zużyję to rozejrzę się za czymś w bardziej różowawej tonacji.

4. Baza pod cienie Artdeco- bardzo słynna, ale u mnie szalu nie robi. Nie podoba mi się, ze ma dosyć perłowe wykończenie na powiece i nie trzyma moich tlustych powiek w ryzach.

Jak zużyję to na pewno do niej nie wrócę.

5. Krem BB Lioele-  lubię go jako bazę pod podklad lub solo na jakieś luźniejsze dni.  Ostatnio mi z nim nie po drodze bo prawie w ogóle się nie maluję. W opakowaniu zostało go już niewiele a jest ze mną już jakiś czas.

Jak zużyję to nie planuję powrotu.

6. Puder transparentny Essence- bardzo dobrze matowi cerę, niestety nałożony w za dużej ilości może bielić. Udało mi się dobić w nim do blaszki, dlatego sprawi mi to przyjemność jak zyżuję go już do końca.

Jak zużyję to w kolejce czeka puder z Catrice,

7. Bronzer W7 Honolulu- był czas, że w blogosferze był naprawdę słynny. W moim egzemplarzu też już widać powoli blaszkę. Ma on swoje plusy jak i minusy, ja ostatnio widzę więcej minusów dlatego jakoś mi z nim nie po drodze. Przydaje się również gdy chcę ocieplić nieco twarz, a reszta moich bronzerów jest w kolorystyce bardzo chłodnej.

Jak zużyję to chciałabym wypróbować Hooli z Benefitu lub może coś innego wpadnie mi w oko.

8. Baza rozświetlająca z P2- produkt jest całkiem w porządku. Lubię nakładać go aby nadać cerze nieco blasku. Niestety w codziennym makijażu "na szybko" najzwyczajniej w świecie o nim zapominam.

Jak zużyję to chciałabym wypróbować bazę rozswietlająca z L'oreal.

9. Puder Bourjois Healthy Mix- bardzo przyzwoity produkt, wygląda naturalnie na twarzy i utrwala podkład. Posiadam wersję najjaśniejszą, która niestety w zimowe dni, gdy jestem ekstra blada, jest sporo za ciemna. Ciężko też zużywa się takie skrawki pudru, bo pędzlem trzeba się namęczyć aby go równomiernie nabrać.

Jak zużyję to w kolejce czeka puder Catrice.

10. Podkład MAC Studio Fix- mamy ze sobą relację love-hate. Na stronę hate znacznie przemawia też fakt, że mam źle dobrany odcień, który w moje normalne dni wygląda za ciemno i za różowo. Mogę go stosować tylko gdy jestem wysmarowana samoopalaczem.

Jak zużyję to kupię lepiej dobrany odcień bo na większe wyjścia podkład jest świetny.

11. Essence rozświetlacz w kremie- jakoś mi z nim nie po drodze, bo najlepiej nakładać bo na sam podkład a ja jakoś odruchowo pudruję na szybko buzię i dopiero wtedy uświadamiam sobie, że jest już "za późno". Ostatnio też dosyć rzadko sięgam po rozświetlacze.

Jak zużyję to nie planuję powrotu.

12. Fluid matujący Under20- również produkt przez pewien czas bardzo dobrze znany w blogosferze, mojego serca jednak nie podbił. Została go już dosłownie ociupinka w opakowaniu i muszę się zebrać w sobie i go wykończyć.

Jak zużyję to na codzień chciałabym się przestawic na podkłady mineralne.

13. Korektor Avon Luxe- Taki sobie przeciętniak. Dodatkowo sztyft mi się ułamał, dlatego rzadko po niego sięgam bo boję się, że narobi balaganu. Mam go jednak już jakiś czas i chyba czas aby go wykończyć.

Jak zuzyję to kupię korektor z Maybelline z serii Fit Me albo ten taki z gąbeczką.

14. Korektor Maybelline Affinitone-- duże opakowanie produktu może być jego zaletą jak i wadą. W przypadku tego korektora to trochę mi ono uwiera, bo najzwyczajniej w świecie znudził mi się.

Jak zuzyję to kupię korektor z Maybelline z serii Fit Me albo ten taki z gąbeczką.

15. Podkład Vichy Dermablend- podkład, który wygląda na skórze po prostu prze-pięk-nie. Niestety tylko przez jakąś godzinę a potem robi się masakra. Dlatego muszę o mieszać z innymi. Dodatkowo ten najjaśniejszy odcień taki jasny nie jest i do tej pory nie było nam po drodze.

Jak zużyję to na codzień chciałabym się przestawic na podkłady mineralne.


Ufff całkiem sporo tego. Mam jednak świadomość tego, że gdy opublikuję to na blogu będę miała większą motywację do zużywania. Za jakiś czas na pewno zrobię sprawozdanie z tego jak przebiega akcja :-)

A Wy macie jakies produkty, które Wam zalegają po szufladach?

5 ulubionych kosmetyków roku 2014




W końcu zebrałam się w sobie i jestem :)
Święta minęły mi zdecydowanie zbyt szybko, na szczęście mam jeszcze parę dni wolnego i odpoczywam w rodzinnym domu. Ciężko mi się do czegokolwiek zmobilizować, ale blog to moja pasja i odskocznia od codzienności.

Rok 2014 dobiega końca. Ciężko mi w to uwierzyć. Rok pełen wyzwań, zmian i stresów dobiegł końca.

W 2014 roku przez moje ręce przewinęło się trochę kosmetyków, nie była to jakaś spora ilość ponieważ starałam się dokonywać rozsądnych zakupów i starałam się trzymać sprawdzonych kosmetyków.

Nie przedłużając, przejdę do ulubieńców:

1. Podkład Maybelline Affinitone- za radą koleżanki wróciłam do niego pod koniec 2013 roku i towarzyszył mi przez cały 2014 rok. Świetny podkład za przystępną cenę. Spełniał najlepiej wszystkie moje wymagania. W ciągu roku zużyłam chyba z 5 opakowań, zawsze muszę mieć go w kosmetyczce. Pisałam o nim już kiedyś na blogu, ale na dniach planuję dodać kolejny wpis na jego temat.


źródło: http://www.kozmotrend.com/media/catalog/product/cache/1/image/c417ced0bdeec43197eb7dd0c4c6f7af/m/a/maybelline_affinitone_fond_ten.jpg


2. Masło do ciała Balea Kakao- pierwszy egzemplarz dostałam od mojego Ukochanego, który pojechał do Niemiec odwiedzić swoją siostrę. Poprosiłam go o kilka rzeczy z DMu, m.in. żel pod prysznic, jakiś balsam do ciała itp. Kupił je kompletnie w ciemno a okazało się moim hitem roku 2014. Świetny skład, przyjemny zapach i co najważniejsze widoczne i długotrwałe odżywienie i nawilżenie skóry. Kosztuje około 2 euro, jest bardzo wydajne a opakowanie uważam za bardzo poręczne. Towarzyszyło mi niemal przez cały rok, latem podczas upałów nieco rzadziej ze względu na dość treściwą konsystencję. Uwielbiam je!

źródło: http://2.bp.blogspot.com/-GkFNY_y7_ow/Uio4EG_mJ8I/AAAAAAAAHGA/24S8Q48Ni3c/s1600/bild-balea-bodybutter-kakao-data.png

3. Olejek Alterra pomarańcza i brzoza- miałam wcześniej inne wersje tego olejku, jednak to wersja z pomarańczą i brzozą okazała się strzałem w dziesiątkę. Stosuję go do ciała oraz na włosy i z obu zastosowań jestem zachwycona. Nałożony na skórę szybko się wchłania, koi podrażnienia i odżywia skórę. Moje włosy również go pokochały. Nakładam go na suche włosy na całą noc a rano po umyciu moje włosy są mieciutkie i wygładzone. Zaskoczył mnie również swoją wydajnością bo mam go już jakiś czas i sięgam po niego dosyć często a mam jeszcze 1/3 buteleczki. Zapewne wpływ ma na to nowe opakowanie, które zawiera pompkę i pozwala na lepsze dozowanie produktu.

źródło: http://s.dobra-mama.pl/post/automatycznie-zapisany-szkic/Alterra-olejek-do-cia%C5%82a-brzoza-i-pomara%C5%84cza-431x610.jpg

4. Cienie Inglot- poznałam je bliżej podczas pracy w tej firmie i jestem oczarowana. System palet Freedom uważam za fantastyczne rozwiązanie. Gotowe zestawy cieni do mnie nie przemawiają a w Inglocie mogę wybrać odcień a także wykończenie jakie mnie interesują. Cienie są też dobre jakościowo, ładnie napigmentowane, trwałe i nie osypujące się. Posiadam obecnie 3 pełne paletki na 10 cieni plus jakieś pojedyncze wkłady. Muszę zebrać się w sobie i w końcu je sfotografować. 

5. Apteczna pielęgnacja cery- niestety w tym roku boleśnie przekonałam się, że produkty do twarzy z drogerii kompletnie nie służą mojej kapryśnej twarzy. Całkowicie przestawiłam się na pielęgnację z apteki a moje apteczne marki i hity to:
* Pharmaceris seria N dla skóry naczynkowej- uwielbiam przede wszystkim żel myjący do twarzy i krem odżywczy oraz wzmacniający naczynka
* Avene Antirougerous dla cery naczynkowej, krem z tej serii stanowi obecnie podstawę mojej pielęgnacji.
* Bioderma płyn micelarny z serii Anti Rotungen, przeznaczony dla skóry naczynkowej. Napiszę o nim wkrótce coś więcej.
* Uriage krem z serii Roseliane


To moja złota 5! Kosmetyki, bez których nie potrafię się obejść, czyli totalne KWC.

A Was co najbardziej zachwyciło w 2014 roku?

Projekt denko :)

Moja torba przeznaczona na puste opakowania już się wysypuje, więc czas na projekt denko! Staram się ostatnio wszystko sukcesywnie zużywać i nie tworzyć ogromnych zapasów.

Nie przedłużając przechodzę do rzeczy:


* Żel do golenia z Isany- żel jak żel. Bez jakiejś większej rewelacji. Trochę mi skórę na łydkach wysuszał. Zapach dosyć mocno chemiczny.
Raczej nie kupię ponownie


* Krem pod oczy z Palmers- u mnie sprawdził się zaskakująco dobrze a co najważniejsze nie uczulał. Bardzo wydajny i czułam jak moja skóra jest nawilżona. Ten krem ma swoją mini recenzję tutaj. Mam ogromną ochotę przyjrzeć się bliżej produktom marki Palmers, niestety tutaj w DE nie mam do niej dostępu :( smuteczek.
Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Maska algowa z Organique- lubię. Mimo, że aby ją rozrobić to trzeba się troszkę pobabrać to i tak chętnie ją używam. Wersje Blueberry ładnie wycisza i uspokaja moją naczynkową skórę. Jest to maska typu peel-off, czyli nakładamy na buzię papkę a po zastygnięciu przyjmuje ona postać gumy, która zrywamy z twarzy. Jedyny minus za dość chemiczny zapach. Nie mniej jednak ubolewam, że nie mam obecnie do niej dostępu.

                                                  Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Żele pod prysznic Balea- kolorowe opakowania, ładne zapachy, zadowalające właściwości myjące i naprawdę niska cena. Kupuję i będę kupować. 


* Szampon do włosów Johnson Baby- bardzo dobry do oczyszczania włosów. Zawiera w sobie składnik, który ułatwia chelatowanie włosów. Przyjemnie pachnie. To już chyba moje 3 opakowanie. Lubię go.

                                                 Chętnie zakupię kolejne opakowanie


* Rosyjski balsam na cedrowym propolisie- pisałam o nim już notkę tutaj. Nie będę się rozwodzić.
Kupiłabym go ponownie


* Odżywka do włosów Schauma- Całkiem fajny produkt. Nie obciąża włosów, nie skleja ich w brzydkie strąki. Może jakoś intensywnie nie odżywia, ale na codzień jest ok.
                                                      Chętnie zakupię kolejne opakowanie



* Szampon do włosów Babydream- kupuje i gdy tylko będę miała możliwość to będę kupować. Używam go i do włosów i do pędzli i do Beauty Blendera. No i uwielbiam jego zapach.


* Kąpiel odbudowująca włosy z Marion- mimo, że używałam sumiennie tak jak napisano na opakowaniu to nie zauważyłam absolutnie kompletnie żadnego efektu na moich włosach.
Więcej nie kupię.


* Suchy szampon do włosów Frotte- obecnie się lubimy. Przedłuża świeżość moich włosów i ma dosyć przyjemny zapach. Nie widzę białego nalotu na moich włosach.
Kupię na bank kolejne opakowanie



* Maska do włosów Biovax Keratyna+ jedwab- chyba moja ulubiona z tych, które do tej pory przetestowałam z tej firmy. Moje włosy są po niej wyraźnie wygładzone i takie bardziej mięsiste (?).

Kupię ponownie (ale na szczęście na razie mam zapas :D)




* Balsam brązujący do ciała Lirene- lubiłam go dopóki nie odkryłam musu z Dax. Niestety to co miałam już się przeterminowało i niezbyt fajnie pachnie.
Sama nie wiem czy kupię ponownie


* Masło do ciala Balea Kakao- uwielbiam! Co tu dużo mówić, mam już kolejne opakowanie i coś czuję, że ta miłość szybko się nie skończy.



* Balea krem do stóp z mocznikiem- również uwielbiam! Świetnie działa na moje stopy i oczywiście mam już kolejne opakowanie :)


* Dermika peeling enzymatyczny- poleciła mi go koleżanka i przy systematycznym użytkowaniu widziałam efekty i byłam zadowolona. Ostatnio jakoś wystrzegam się peelingów i to co zostało w tubce przeterminowało się.
Nie wiem czy kupię ponownie 



* Krem na noc z Ziaji- wkrótce planuję umieścić post o mojej opinii na temat tej serii, więc narazie wstrzymam się z opinią :P



* Pharmaceris intensywny krem odżywczy na naczynka- mój ulubieniec i bohater nie jednaj zimy. Kupiłabym z chęcią kolejne opakowanie, lecz niestety w DE nie mam dostępu.



* Dezodorant z Rexony- zdradziłam moje ulubione dezydoranty z Lady Speed Stick bo w Niemczech ich nie widzialam. Sięgnęłam po Rexonę i jestem naprawdę mile zaskoczona, bo okazała się o niebo lepsza. Mam już kolejne opakowanie.


Udało mi się zużyć też coś z kolorówki:


* Korektor z KOBO oraz NYX- pisałam o nich w poście o moich korektorach. Szkoda, że się pokończyły. Z przyjemnością kupię kolejne opakowania, jak tylko uszczuplę nieco zapasy.

* Krem BB marki Clean Face- nawet nie pamiętam skąd go mam. Używałam go w dni gdy nie chciałam nosić dużo makijażu i sprawdził się całkiem ok. Przyzwoicie krył i wyglądał naturalnie. Niestety ostatnie miesiące przeleżał zapomniany w szafce i się przeterminował. Powrotu nie planuję.

* Podkład Affinitone z Maybelline- ile podkładów bym nie przetestowała to i tak zawsze wracam do Affinitona. Na dniach napiszę o nim szerszy post bo zasłużył na to ;)


* Puder sypki Inglot z serii 3S (kolor żółty)- fajny, ale nie zachwycił. Nieraz wyglądał i sprawował się super, a nieraz wyglądał okropnie. Powrotu nie planuję bo jest tyle innych ciekawych pudrów na rynku.

* Tusz do rzęs Inglot- to ten nowy z silikonową szczoteczką. Badziew jakich mało. Już od nowości, od pierwszego dnia od otwarcia kruszył się niemiłosiernie i robił mi okropną pandę pod oczami. I wiem, że nie miałam jakiejś wadliwej sztuki bo moje koleżanki również go miały. Nie polecam!

* Serum do rzęs Inglot- dostałam w prezencie na dzień kobiet razem z tuszem powyżej. Jak dla mnie to to serum nie robi nic. Nie dość, że ma naprawdę dziwny aplikator (wyguglujcie sobie) to mimo, że używałam go sumiennie przez jakieś 3 miesiące nie zauważyłam żadnej zmiany w moich rzęsach. Nie polecam!

*Tusz Mac Factor 2000Calorie- mój wieloletni ulubieniec. Teraz testuję inny tusz, ale do 2000 na pewno wrócę jeszcze nie raz :)

* Tusz L'oreal False Lash Wings- pisałam o nim tutaj. Więcej nie kupię do irytowała mnie ta szczoteczka.

* Tusz My Secret Create Your Lash- miał silikonową szczotkę, która miała tak ostre włoski, że przy próbie pomalowania nim rzęs niemal raniły mi powieki. Wyrzucam i wrażliwcom nie polecam.

* Carmex- uwielbiam i używam od lat :)


Uff sporo tego. Z lekkim sumieniem mogę to teraz wszystko wyrzucić :) Yaaaay!