Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. V rozświetlacze

Piąta część serii o moich "zbiorach" dotyczyć będzie rozświetlaczy. Pomyśleć, że jeszcze 3 lata temu w ogóle nie używałam tego typu produktów i uważałam je za zbędne.
Rozświetlacza nie używam codziennie, nie mniej jednak uwielbiam efekt jaki daje na mojej twarzy.



Jak widać powyżej obecnie posiadam 5 sztuk rozświetlaczy w różnych formach: jako prasowany puder, kulki rozświetlające i rozświetlacz w kremie.



Przyjrzyjmy im się bliżej:


* Perełki rozświetlające z Avonu Diamond Sparkle*- z tego co się orientuję to była jakaś zimowa limitowana kolekcja. Perełki są bardzo jasne i nie u każdego będą dobrze wyglądały, dają bardzo mocny efekt rozświetlenia. Niestety aby ich używać muszę być naprawdę bardzo, bardzo blada a bardzo niechętnie dopuszczam moją twarz do takiego odcienia.



* Avon Perełki z regularnej oferty*- o tych perełkach naczytałam się już naprawdę sporo dobrego. Byłam nimi niesamowicie podekscytowana. Niestety cała radość minęła w chwili otwarcia opakowania. Kulki okazały się bardzo ciemnie jak na rozświetlacz. Dodatkowo mają różowy odcień, który niby mogłabym używać jako rozświetlający róż, ale kompletnie nie pasuje do mnie ten odcień.
Niestety, ale takie są uroki zakupów katalogowych. Wszystko wygląda zupełnie inaczej w rzeczywistości.


* Legendarna Mary Lou Manizer z firmy The Balm- uwielbiam! Najlepszy rozświetlacz z jakim miałam do czynienia.  Jest bardzo drobniutko zmielona i trzyma się calutki dzień. Opakowanie też jest bardzo urocze. Niestety bardzo łatwo go uszkodzić podczas przewożenia, tak zdarzyło się u mnie ale na szczęście zreanimowałam go za pomocą spirytusu i jest jak nowy. Dodatkowo mam wrażenie, że jest to produkt niemozliwy do zużycia, bo wystarczy użyć naprawdę minimalną ilość a efekt jest wyrazisty a jednocześnie wygląda bardzo naturalnie. Non stop widzę go na blogach i YT a jeszcze ani razu nie widziałam aby miał u kogokolwiek jakieś wgłębienie, a dobiciu do dna nawet nie wspominam.



* Rozświetlacz w kremie Essence- najnowszy w mojej kolekcji, dorwałam go z jakiejś limitki. Jest to całkiem fajny produkt za niewielką cenę. Ostatnio zaczęłam go stosować również pod podkład co daje mi subtelniejszy efekt rozświetlenia, stosowny na codzień.


Tak wyglądają wszystkie te produkty na ręce, kolorystycznie najbardziej lubię maru-lou.


Posiadam w swojej kolekcji również odsypkę "słynnych" meteorytów Guerlain.


Kupiłam te kulki na jednej z blogowej wyprzedaży. To był taki chwilowy kaprys, chciałam sprawdzić o co tak naprawdę chodzi z tymi meteorytami. I wiecie co? Kompletnie nie czuję tego klimatu. Zapach, który moim zdaniem śmierdzi babcinymi smarowidłami, jeszcze bym jakoś zniosła. Efekt na twarzy kompletnie mnie nie przekonuje. Z białymi kulkami mam wrażenie, że mam tylko brokat na twarzy. Bez białych kulek nie widzę kompletnie żadnego efektu. Żadnego "optycznego wygładzenia" czy "zmiękczenia rysów twarzy" jak to czytałam w różnych recenzjach. Nic z tych rzeczy. Jakbym zapłaciła za nie pełną cenę w drogerii, to nawet nie chcę myśleć, jaka byłabym rozgoryczona.


No i to by było na tyle.
Dajcie znać jakie są Wasze ulubione rozświetlacze?
Miałyście do czynienia z meteorytami?




*Próbki PR

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. IV korektory + swatche

Witam po około miesięcznej przerwie, która spowodowana była egzaminem na certyfikat z języka niemieckiego. Od września robiłam kurs językowy, który wczoraj zakończył się Prüfungiem. Co prawda na wyniki muszę poczekać jeszcze 3 tygodnie, ale jestem dobrej myśli.

Dzisiaj kolejna część serii "Kobieto ile Ty tego masz?!" i skupię się w niej tylko na korektorach pod oczy oraz tych do twarzy. Nie przedłużając, przejdę do rzeczy.


Jak widać na zdjęciu poniżej obecnie w mojej "kolekcji" znajduje się 6 korektorów.


1. NYX HD Concealer, który w blogosferze i na YT bije ostatnio rekordy popularności. Ja posiadam go w odcieniu Fair i na sezon zimowy gdy jestem bledsza pasował mi idealnie. W sezonie od wiosny do jesieni, gdy jednak moja skóra złapie trochę koloru to wydawał mi się za jasny. Używałam go jedynie pod oczy i byłam bardzo zadowolona. Ma przyjemną kremową konsystencję i dobrą pigmentację, która przekłada się na dosyć mocne krycie. Moją ulubioną metodą aplikacji było nałożenie go dosyć szczodrze w kształt trójkąta pod oczami a następnie wklepanie gąbeczką Beauty Blender. Nie wysuszał skóry, nie uczulał ani się nie ważył. Nie wchodził mi również w zmarszczki, ale ja zawsze go przypudrowuję i dzięki temu trzyma się te 7-8 godzin.. Jedyne do czego mogę się przyczepić to pojemność, bo w opakowaniu nie ma go zbyt dużo, jedynie 3 g. Bardzo polecam, ja na pewno kupię go ponownie.
2. Maybelline Affinitone- posiadam odcień 01 Nude Beige. Jest to moje drugie opakowanie tego korektora. Poleciła mi go znajoma. Jest on zdecydowanie lżejszy od NYX, ale jego krycie jest też zdecydowanie mniejsze. Na dni gdy nie mam wielkich cieni pod oczami jest ok, aczkolwiek bez rewelacji. Trwałość jest ok, nie wchodzi w zmarszczki, jednak nałożony zbyt grubą warstwą może się bardzo nieestetycznie zważyć i może być bardzo widoczny na skórze. Jego niewątpliwym atutem jest ładny, jasny kolor i spora pojemność, bo aż 7,5 ml. Jednak muszę przyznać, że chyba już mi się nieco znudził i zakupu nie ponowię.
3 i 4. KOBO Modeling Illuminator*- produkty, do których początkowo byłam naprawdę sceptycznie nastawiona a które okazały się strzałem w dziesiątkę. Ciemniejszy odcień 102, mimo że wydaje się dosyć ciemny to idealnie stapia się z moją cerą i służy mi do zakrycia sińców pod oczami, natomiast jaśniejszy 101 jest świetny do rozświetlania okolic oczu. Produkty te mają kremową konsystencję, która jednak jest dosyć lekka i nie obciąża skóry pod oczami. Nieprzypudrowane mogą wchodzić w zmarszczki. Jednak wszystko inne jest na duży plus, ponieważ krycie oceniam na średnie w kierunku wysokiego, korektory ładnie stapiają się ze skórą dając naturalny efekt. Opakowanie ma pojemność 7 ml co jest całkiem sporo. Produkty marki KOBO są dostępne jedynie w Drogerii Natura. Posiadam je już bardzo długo i mogę szczerze polecić. Z przyjemnością zaopatrzyłabym się w kolejne opakowanie.
5. Avon korektor z serii Luxe*- jako jedyny z mojej kolekcji ma postać wykręcanego sztyftu. Mimo to jest dosyć kremowy, ale i nieco cięższy. Opakowanie jest plastikowe i trochę jednak tandetne. Krycie określiłabym jako średnie. Niestety mam wrażenie, że po aplikacji jest on bardzo widoczny na skórze i nie grzeszy trwałością. Ja posiadam odcień Light, który wcale taki Light nie jest, ale tak to już chyba jest w tą kolorówką Avonu. Ciężko mi idzie jego zużywanie i na pewno nie wrócę do niego w przyszłości.
6. Under Twenty punktowy korektor + fluid do maskowania niedoskonałości*- w jedynym produkcie otrzymujemy 2 tubeczki produktów. Jedna zawiera zielonkawy korektor neutralizujący zaczerwienienia, druga zawiera maskujący fluid. Użyłam go jedynie dwa razy, bo pryszcze pojawiają się na mojej twarzy niezwykle rzadko. Jednak po tych dwóch aplikacjach byłam całkiem zadowolona, bo fajnie zamaskowało wyprysk. Nie mniej jednak kolor tego fluidu maskującego do najjaśniejszych nie należy i trzeba mieć to na uwadze.

Żaden z recenzowanych powyżej korektor nie ciemniał na skórze po aplikacji co jest dodatkowo ważne.

Poniżej można zobaczyć swatche:
1. NUX HD Concealer #Fair, 2. Maybelline Affinitone 01 Nude Beige, 3,4. Kobo Modeling IIlluminator #101 i #102, 5.Avon Luxe #light, 6. Under Twenty

Który lubię najbardziej?
Moim ulubieńcem jest zdecydowanie NYX. Na następnym miejscu znalazłyby się korektory KOBO a na trzecim miejscu Maybelline. Avon to niestety jakieś nieporozumienie, a duo z Under20 po prostu nie ma u mnie pola do popisu bo nie mam co maskować :-)



A jakie są Wasze ulubione korektory?


* Próbki PR

3 mini recenzje -Palmers, Avon i rosyjska odżywka do włosów

Dzisiaj przygotowałam 3 króciutkie recenzje produktów, po które ostatnio często siegałamw  swojej pielęgnacji.

Na pierwszy ogień idzie krem pod oczy marki Palmers.
Kupiłam go po tym jak Hanka zrobiła filmik poświęcony produktom tej firmy, od razu miałam chętkę na cały asortyment. Jednak ceny w Superpharm nieco ostudziły mój zapał i skusiłam się jedynie na krem pod oczy, bo był to wtedy produkt, który pilnie potrzebowałam. Co o nim sądzę?


Zacznę od opakowania, które jest miękką tubką, zakończoną cieniutkim dziubkiem przez który wydobywa się produkt. Opakowanie jest poręczne, szata graficzna wygląda estetycznie i całkiem przyjemnie. No i duży plus za to, że napisy z opakowania się nie starły bo produkt ten przeszedł wiele i nie obchodziłam się z nim zbyt delikatnie. Konsystencja produktu jest kremowa, aczkolwiek treściwa. Mimo to, aplikuje się bardzo szybko przyjemnie i całkiem szybko wchłania się w skórę. Dobrze nawilża okolicę pod oczami oraz powieki (tak, tam też go aplikuję), łagodzi podrażnienia i trzyma skórę w dobrej kondycji. Polubiłam go bardzo i ubolewam nad tym, że już mi się kończy bo nie widziałam Palmersa w Niemczech. Opakowanie 15 ml wystarczyło mi na jakieś 5 miesięcy codziennego używania co jest super wynikiem. Kosztowało mnie około 45 złotych.
Świetny produkt, gorąco polecam!


Moja kuzynka jest konsultantką Avonu i od czasu do czasu podrzuca mi katalog. Ostatnio skusiłam się na szampon z czarną rzepą. Jak się sprawdził?


Moje włosy ostatnio nie są w najlepszej kondycji i wszelkimi sposobami staram się je wzmocnić. Widząc w katalogu w promocyjnej cenie ten szampon kupiłam go bez chwili wahania. Moje pierwsze wrażenie dotyczące opakowania to to, że jak na 250 ml pojemności jest strasznie malutkie. Dodatkowo jest wykonane z grubego plastiku i nie ma możliwości sprawdzenia ile go jeszcze zostało. Szampon pachnie całkiem przyjemnie i dobrze myje włosy. Niestety strasznie swędzi mnie po nim głowa i podejrzewam, że był powodem łupieżu, który mnie niedawno nawiedził a z którym nie miałam problemu dobre 5-6 lat. Także ja narazie go odstawiam, pewnie dam go mojej mamie na wypróbowanie, może u niej lepiej się sprawdzi


Dla zainteresowanych wrzucam skład:




Na koniec tradycyjny rosyjski balsam na cedrowym propolisie z Receptury Babuszki Agafii. Zakupiłam go dosyć spontanicznie w stacjonarnym sklepie Helfy.


Przede wszystkim zacznę od opakowania, które jest ogromne bo aż 600 ml. Cała szata graficzna jest w języku rosyjskim, z tyłu jest przyklejona jedynie mała naklejka z tłumaczeniem w języku polskim. Balsam miał lekką, kremową konsystencję i lekko różowawe zabarwienie. Zapach całkiem przyjemny, powiedziałabym, że lekko mydlany. Aplikacja przebiegała całkiem sprawnie, odżywkę dobrze się nakładało, nie spływała z włosów ani nie przelewała się przez palce. Co do działania na włosach to zauważyłam przede wszystkim wygładzenie i miękkość. Dodatkowo zyskały nieco blasku i nie były obciążone co notorycznie mi się zdarza. Jestem zadowolona z działania tego produktu, dobrze się nadaje do codziennej pielęgnacji. Od czasu do czasu jednak moje włosy potrzebują ciut mocniejszego nawilżenia. Cena z tego co pamiętam to około 25-30 złotych w sklepie stacjonarnym, co przy 600 ml pojemności jest moim zdaniem super. Ogólnie całkiem fajna odżywka, polecam :)


Poniżej skład odżywki:



Projekt denko

Przez ostatnie tygodnie uzbierało mi się kilka pustych opakowań więc nadszedł czas na projekt denko. Chciałabym prowadzić w miarę regularnie tą serię wpisów, bo dzięki temu mogę wyrazić krótką opinię o każdym ze zużytych produktów, co może w przyszłości pomóc w zakupach mi i mam nadzieję, że i niektórym z Was.

Nie przedłużając zapraszam na denko:

Na pierwszy ogień idą żele pod prysznic Balea. Mieszkając w Niemczech mam teraz do nich dobry dostęp i szczerze mówiąc bardzo je lubię. Zawsze mam w łazience 2-3 sztuki w różnych wersjach zapachowych bo lubię mieć wybór. Kosztują 55 centów, opakowania mają bardzo wesołą i kolorową szatę graficzną a żele same w sobie dobrze myją i mają ciekawe zapachy. Właściwości pielęgnujących nie ma co się doszukiwać, aczkolwiek nie wysuszają mi skóry.
Zapach truskawkowy najmniej mi z tej trójki odpowiadał, był bardzo chemiczny. Chyba nie spotkałam jeszcze produktu o zapachu truskawki, który by był choćby zbliżony do prawdziwej truskawki. Abend Rot był to zapach, który mi sie osobiście kojarzył z kompotem wiśniowym. Ja fanką wiśni za bardzo nie jestem, ale nieraz miałam ochotę na taki bardziej cięższy zapach. Melon Tango to mój ulubieniec z tej trójki, pachniał pięknie świeżym arbuzem.




Lakier Taft, koniecznie w czarnej wersji. Używam go już jakieś 7-8 lat. Lubię go bo dobrze utrwala włosy. Chociaż ostatnio muszę przyznać, że mam ochotę wypróbować czegoś nowego. Widziałam niedawno w drogerii, że Elnett kosztuje tutaj około 2 euro to pewnie się wkrótce skuszę.

Suchy szampon Batiste- moim zdaniem to nie tylko najlepsze suche szampony na rynku, ale i najbardziej wydajne. Na pewno po niego wrócę, mam ochotę wypróbować inne wersje zapachowe.



Maska do włosów Avon z czarną rzepą. Moim zdaniem to dość przeciętna maska, niczym szczególnym się nie wyróżniła. Włosy były po niej lekko wygładzone i lepiej się rozczesywały. Małe opakowanie było bardzo niewydajne, mi starczyło na jakieś 5 aplikacji a mam teraz dosyć krótkie włosy. Mam z tej samej serii szampon, który podejrzewam o powodowanie u mnie łupieżu. Także Avonowskiej pielęgnacji mówię nie.



Krem do rąk Pharmaceris miał strasznie dziwaczną konsystencję. Gdy zaczynałam rozcierać go między dłońmi miałam wrażenie jakbym smarowała dłonie wodą, bo takie były mokre. Właściwości nawilżające przecietne, do regenerującego kremu jeszcze mu sporo brakuje bo był zdecydowanie za lekki.

Serum Auriga Flavo-C z witaminą C to zdecydowanie najgorzej ulokowane 60 złotych. Produktu tego używałam głównie na noc, pod krem nawilżający. Serum to miało strasznie irytujący zapach, który czułam na sobie nawet następnego dnia po umyciu twarzy. Używałam go w okresie gdy byłam mocno przepracowana i zestresowana, a moja skóra była mocno poszarzała i przygaszona. Miałam nadzieję, że doda jej nieco blasku i energii. Niestety nie zauważyłam żadnego działania. Nic. Zero. Null. Dodatkowo przy używaniu produktów z witaminą C należy pamiętać, że mogą one fotouczulać i krem z wysokim filtrem to konieczność. .


Sole do kąpieli firmy Balea. Lubię je używać gdy chcę sobie wymoczyć stopy w gorącej wodzie. Pomarańczowa wersja miała bardzo intensywny zapach, jak dla mnie zbyt intensywny. Wersja z granatem była zdecydowanie bardziej przyjemna. W zapasie mam jeszcze 2 inne wersje, ale i tak czuje że to granat będzie moim ulubieńcem.\



Udało mi się nawet zużyć coś z kolorówki:


Korektor pod oczy Maybelline Dream Lumi Touch- wielkie rozczarowanie. Miałam najjaśniejszy kolor, który był jak na moje oko dosyć ciemny, więc rozświetlenie było mizerne. Krycie na poziomie średnim, niestety miał tendencję do zasychania na skórze na skorupkę, która sprawiała, że skóra pod oczami wyglądała jak ziemia na pustyni. Cieszę się, że mam go już z głowy.

W słoiczku mam też korektor AMC z Inglota, który niestety chyba się zepsuł więc muszę go wyrzucić. Nie lubię wyrzucać kosmetyków, jednak z drugiej strony cieszę się, że mam go z głowy bo źle dopasowałam kolor i naprawdę się z nim męczyłam.


No i to by było na tyle. Nie jest tego dużo, ale mam nadzieję że do następnego razu uda mi sie zużyć więcej kolorówki :-)

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. II - pudry

Dzisiaj nadszedł czas na drugą część serii o posiadanych przeze mnie kosmetykach. Dzisiaj na tapetę biorę pudry do twarzy, zarówno te prasowane jak i sypkie. Nie przedłużając przejdę od razu do rzeczy.

Tak oto wygląda cała moja kolekcja pudrów do twarzy:


Nr 1.


Puder prasowany z Bourjois, który upolowałam na przecenie -49% w Rossmanie. Ma przepiękny zapach jak cała gama Healthy Mix. Jest bardzo drobniutko zmielony i nadaje twarzy ładny, zdrowy i naturalny efekt. Dodaje również twarzy nieco krycia. Co do trzymania matu na buzi to mistrzem w tej dziedzinie nie jest, ale i tak go lubię. Puderniczka jest bardzo małych gabarytów, co jest plusem bo nie zajmuje wiele miejsca i minusem bo nie ma miejsca na gąbeczkę do poprawek w ciągu dnia.

Dla kogo? Osoby z cerą normalną, mieszaną, suchą. Z cerą tłustą może sobie nie poradzić.
powoli sięgam dna :-(
 Nr 2.


Puder matujący z Essence. Kupiłam go całkiem niedawno i muszę powiedzieć, że polubiliśmy się. Ze wszystkich pudrów, które posiadam najlepiej trzyma w ryzach mój błyszczący nos. Mimo, że jest transparentny to nałożony w za dużej ilości może nieco bielić twarz (osiada na włoskach twarzy dając nieco białawy efekt). Minus również za to, że używam go od miesiąca a ma już znaczne wgłębienie.

Dla kogo? Osoby z cerą mieszaną i tłustą. Nie polecam sucharkom ani osobą z cerą dojrzałą.

Nr 3.


Puder HD z Inglota. Powiem tylko jedno: uwielbiam! Jest to naprawdę rewelacyjny produkt. Ja mam kolor nr 43, który jest dosyć jasny i świetnie nadaje się do utrwalania korektora pod oczami. Z całej gamy kolorów bardzo podoba mi się również kolor 42, który w opakowaniu jest lekko różowawy, za to na buzi staje się pięknie beżowy. Pudry HD nałożone na twarz optycznie ją wygładzają, sprawiają że twarz wygląda na bardziej rześką i wypoczętą. Efekt jest bardzo naturalny i subtelny, bez żadnych drobin brokatu. Co ciekawe produkt ma wykończenie pomiędzy matem a satyną. Polecam bardzo bardzo bardzo.
Dla kogo? Osoby z cerą suchą, dojrzałą, mieszaną i normalną. Pod oczy sprawdzi się dla wszystkich.


Nr.4:


Puder z serii 3S Inglot. Mamy ze sobą dosyć ciężką relację. Z jednej strony żółty odcień fajnie neutralizuje zaczerwienienia na buzi i wciśnięty gąbeczką w pory skóry ładnie trzyma mat calutki dzień. Z drugiej jednak niezbyt fajnie wychodzi na zdjęciach, daje efekt plam na buzi i białej twarzy. Także w przyszłości chyba już do niego nie wrócę.

Dla kogo? Osoby z cerą normalną, mieszaną, tłustą. Suchej chyba też krzywdy nie zrobi. Kolor żółty szczególnie polecany osobom z zaczerwienieniami na twarzy.


Nr 5.

Sypki puder Inglota w ogromnej gramaturze bo aż 30 g. Gdy jeszcze pracowałam w Inglocie wiele Pań go uwielbiało i po niego wracało. I w sumie im się nie dziwię, bo te pudry dla mało wymagającej twarzy są naprawdę świetne. Ładnie utrwalają makijaż i go scalają, dają twarzy satynowe wykończenie, które wygląda bardzo naturalnie i zdrowo. Niestety moja wymagająca strefa T chce więcej, więc na wielogodzinne wyjścia się u mnie nie sprawdza. Natomiast gdy chcę lekkiego, naturalnego makijażu to chętnie po niego sięgam. Ja posiadam odcień nr 14, ale do wyboru jest wiele więcej.

Dla kogo? Osoby z cerą suchą, normalną i mieszaną. Tłusta może być nie do końca zadowolona z trwałości.




Teraz kolej na pudry o których, przez wzgląd na niektóre ich cechy, nie mogę zbyt wiele powiedzieć.

Nr 6.

Odsypka słynnego pudru Ben-Nye w kolorze Banana. Zakupiłam ją jak Katosu wychwalała ten puder na YouTube. Kolor żółty powinien fajnie neutralizowac zaczerwienienia twarzy. Niestety dla mojej karnacji ten puder się nie sprawdza, strasznie się odznacza i jest po prostu zbyt ciemny (mimo, że w założeniu ma być transparentny).

Nr 7.

Puder fiksujący Vipera, półtransparentny. Zakupiłam go w ciemno w jakimś sklepie internetowym. Uznałam, że jak transparentny to da radę. Niestety jest dla mnie o wiele za ciemny, więc leży i się kurzy :-(




Nr 8.

Puder sypki z Avonu. Szczerze mówiąc sama nie wiem co o nim myśleć. Po pierwsze odcień fair jest naprawdę bardzo nie-fair i dla mnie przez większość roku jest za ciemny (uroki zakupów katalogowych). Jak stosowałam samoopalacz to mogłam go trochę popróbować i wtedy musiałam stwierdzić, ze jest całkiem ok, bo wyglądał na buzi naturalnie i matowił skórę na te 3-4 godziny. Teraz jednak nie chce mi się sięgać po samoopalacz, więc puder leży i czeka na lepsze czasy.



Nr 9, którego nie ma na zdjęciu zbiorowym bo przypomniałam sobie o nim dopiero przed chwilką.

Puder Manhattam upolowany na promocji w Rossmanie z myślą o noszeniu go w torebce do poprawek w ciągu dnia.Skusiło mnie duże lusterko i chowana szufladka z gąbeczką. Niestety produkt okazał się tragiczny. Kolor porcelain (kupiony w ciemno bo w Rossmanie testerów nie było) jest w rzeczywistości bardzo żółty i ja bym stwierdziła, że lepiej wpasowuje się w nazwę medium niż w porcelain. Nałożony na twarz pędzlem nie robi kompletnie nic. Nałożony gąbeczką robi straszliwe plamy i szybko się waży. Koszmar. Na szczęście na promocji -49% kosztował mnie coś koło 13-15 złotych więc aż tak nie boli.

Dla kogo? Najlepiej dla nikogo. Serio, mocno odradzam.




No i to by było na tyle.
Jakie są Wasze ulubione pudry do twarzy? A które wspominacie najgorzej?

Kobieto ile Ty tego masz?! cz. I

Takie pytanie zadaje każdy, który zobaczy moją kolekcję kosmetyków. Czasami nawet ja sama je sobie zadaję. Postanowiłam więc zapoczątkować na blogu serię postów mających pokazać moje zbiory kosmetyczne. Posty te nie mają na celu chwalipięctwa a służą jedynie uświadomieniu mi co posiadam. Wy także możecie na tym troszkę skorzystać gdy interesuje Was moja opinia na temat jakiegoś produktu, który posiadam a o którym nie pisałam jeszcze na blogu.
Dzisiaj część pierwsza: podkłady- czyli produkty bez których nie wyobrażam sobie makijażu i do których mam szczególną słabość i wiecznie poszukuję doskonałości.


Tak więc drogie Internautki i Internauci oto wszystkie moje podkłady i kremy BB w zawrotnej liczbie 14 sztuk. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych jest to sporo a dla niektórych niewiele. Jak ja sama to oceniam? Ciężko mi sie wypowiedzieć. Są w tym zbiorze produkty, które naprawdę bardzo lubię. Aż 5 sztuk jest już prawie zużyte, zostały jakieś resztki na max 1-2 użycia, które trzymam aby pokazać na blogu. Tylko o 3 tych podkładach mogę powiedzieć, że niemal nigdy po nie nie sięgam.


Ok, to może przyjrzyjmy im się z bliska:


1. Maybelline Fit Me!- miałam na niego ochotę odkąd zobaczyłam go na amerykańskim YT. Niestety w drogerii światło było strasznie mylne i produkt jest ociupinkę za ciemny i pasuje mi jedynie gdy używam samoopalacza. Użyłam go może z 3-4 razy.
2. Under20! czyli produkt o którym w pewnym momencie było w blogosferze bardzo głośno. Mnie nie uwiódł, aczkolwiek nie był zły. Jest tez bardzo perfumowany. Na szczęście zostało mi go jedynie ociupinkę na jedno maksymalnie dwa użycia.
3. MAC Studio Fix- czasem go kocham, czasem nienawidzę. W jego odcieniu też nie zawsze się dobrze czuję. Mam jeszcze około 1/3 buteleczki.



4. Loreal Nude Magique- mój obecny hit! Parę postów niżej pisałam o nim swoje pierwsze wrażenie. Dodam do tego tylko to, że tydzień temu spędziłam w aucie, dodam że koloru czarnego coby było jeszcze przyjemniej, 6 godzin w 30 stopniowym upale i przy wyłączonej klimatyzacji a ten podkład pozostał nietknięty.
5. Lirene Glam & Matt- trochę mi nie po drodze z tym produktem. Kolor i odcień niezbyt mój, na twarzy też nie prezentuje się zbyt wyjściowo więc rzadko po niego sięgam.
6. Bourjois Flower Perfection- świetny produkt. Z zamiłowaniem używałam go na przełomie zimy i wiosny. Świetne krycie, buzia wygląda naturalnie i promiennie a trwałość również niczego sobie. Poleciła mi go koleżanka i to był strzał w dziesiątkę. Na sezon letni okazał się jednak zbyt nawilżający.


7. Kobo Smoothing Make Up- dostałam go do przetestowania od firmy Kobo. Jest dosyć lekki i nawilżający ale da się nim zbudować ładne krycie. Nie do końca mi pasuje jego kolor, ale chętnie po niego sięgam bo nałożony pędzlem typu duo fiber sprawia, że buzia jest pięknie wygładzona jakby po fotoszopie. Jest już raczej na wykończeniu.
8. Maybelline krem BB- naczytałam się o nim dużo pozytywów, aczkolwiek niezbyt dobrze trafiłam z odcieniem, który jest straszliwie różowy więc leży i sie kurzy.
9. Maybelline Affinimat- po zachwycie nad Affinitonem zakupiłam tą wersję z myślą o lecie. Wzięłam kolor nazywający się tak samo jak w serii Affinitone nie zdając sobie sprawy że w serii Affinimat będzie on trochę jasniejszy. A co za tym idzie nie pasujący kompletnie na sezon letni gdy buzia łapie nieco kolorku. Poczeka do jesieni.


10. Maybelline Affinitone- geniusz! Wróciłam do niego po latach za poleceniem koleżanki i jestem bardzo zadowolona. Powróciłam do niego jakoś w grudniu i od tej pory zużyłam chyba ze 4 opakowania. Jest to podkład dający naturalny efekt na twarzy dając jednak bardzo dobre krycie. Po utrwaleniu pudrem trzyma się cały dzień.
11. Vichy Dermablend- ah jak on cudnie wygląda na mojej twarzy! Niestety tylko przez godzinę. Potem zaczynają się z nim dziać tak brzydkie rzeczy, że aż nie chcę o tym pisać. Mieszam go z innymi podkładami bo podoba mi się krycie jakie daje. Na szczęście w opakowaniu została odrobina.
12. Lioele Dollish BB krem w kolorze zielonym. Miałam kiedyś jego próbkę i tak się zachwyciłam, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie. Niestety wielka miłość z tego nie wyrosła. Solo używać go nie lubię go wyglądam w nim trupio. Fajnie się jednak sprawdza jako baza pod podkład, aby zneutralizować nieco zaczerwienienia.


13. Lirene magic make-up- ja w nim magii żadnej nie widzę. Na dodatek odcień mi kompletnie nie pasuje więc jakoś nam nie po drodze.
14. Avon podkład matujący czyli produkt o najdziwniejszej konsystencji z jaką się spotkałam. Ostatnio zrobiłam do niego kolejne podejście i wyszło całkiem całkiem, aczkolwiek tyłka mi z zachwytu nie urwało.

No i to by było na tyle. Postaram się każdy produkt przedstawić w szerszej recenzji, posiłkując się zdjeciami prezentującymi stopień krycia oraz wykończenie na buzi.

Ciekawa jestem ile Wy macie podkładów ;-)

Zachciało mi się kolorów :)

W piątek naszła mnie wena na jakiś mega kolorowy makijaż oczu. Miałam też ochotę wypróbować w końcu moją nową, neonową kredką do powiek z Avonu, która od czasu zakupu leżała w szufladzie. posłużyła mi ona za kolor bazowy na dolnej powiece. Do tego dołożyłam cienie z paletki Sleeka garden of Eden, którą też używam od wielkiego dzwonu. Do tego dobrałam kilka cieni z Inglota i jakoś tak to wszystko wyszło.






Użyte kosmetyki:


Na twarzy mam mieszankę podkładów MAC Studio Fix NW15 z Maybelline Fit Me #125. Pod oczy nałożyłam korektor NYX #Fair i utrwaliłam go pudrem HD z Inglota #43. Całą buzię pokryłam cieniutką warstwą pudru Bourjois w kolorze 52. Policzki delikatnie wymodelowałam różami My Secret w nr 102 i 103. Szczyty kości policzkowych to rozświetlacz Mary lou manizer.


Brwi to kredka Catrice #Date with Ashton i cienie z NYX. Utrwalone żelem z Catrice.
Baza pod cienie: Hean
Eyeliner: Maybelline + żelowa kredka z Avonu na górną linię wodną
Dolna powieka: kredka Avon Glimmerstick Brights #aqua schock
Tusz: Loreal False Lash Wings


Cienie do powiek do Sleek, Inglot i stara paletka My Secret.

 A na ustach moja ulubiona pomadka nude: Avon doskonałość absolutna.


Nadal mam delikatne opory przed publikowaniem swojej facjaty na blogu więc proszę o wyrozumiałość ;)

Często sięgacie po kolorowe makijaże?