Mój pierwszy miesiąc bycia FIT!

13 Comments

Nigdy na blogu nie poruszałam tematu swojej wagi ani sylwetki. Nadszedł czas aby zmierzyć się z tym tematem. Ostatnie 2-3 lata okazały się zabójcze dla mojej sylwetki, zwłaszcza ostatni rok akademicki 2013/2014. Z osoby mierzącej 178 cm wzrostu i ważącej około 60 kilogramów, stałam się osobą ważącą ponad 80 kilogramów. I nie czującą się z tym dobrze.

źródło: klik


Jak doprowadziłam się do takiego stanu?
Moim największym grzechem jest zajadanie stresu. Niestety dzień przed ważnym egzaminem postanowiłam zjeść tabliczkę czekolady, paczkę chipsów i popić wszystko butelką Coli i nadal czuć głód. Następną moją bolączką był brak zorganizowania. Byłam studentką studiów dziennych, pracującą na etacie czyli byłam w biegu od 7 rano do 22 wieczorem bez przerwy na jakiś wartościowy posiłek. Największy posiłek jadłam niemal w nocy o 23. Śniadania też często były pomijane bo zazwyczaj rano okazywało się, że zapomniałam kupić chleba, sera lub cokolwiek zjadliwego. Dojadałam więc bułkami słodkimi, lub frytkami. Do tego dochodził ciągły stres bo uczelnia, kolokwia, projekty do oddania a w pracy tez nieustannie cisnęli. Weekendy oczywiście również miałam pracujące, a jak trafił sie dzień wolny to siedziałam od rana w książkach aby nieco podgonić z tyłami na uczelni. Niezbyt zdrowo co? No, ale miałam cel. Uparłam się, że skończę studia w terminie, choćby skały srały a mury pękały. Możecie wyobrazić sobie, że po roku takiego życia byłam wyczerpana fizycznie i zdrowotnie. Przytyłam strasznie, a i tak wiecznie byłam zmęczona, rozdrażniona i bez chęci do życia. Studia skończyłam owszem, nawet z całkiem dobrą średnią. Ale na zdjęciu z dyplomu patrzy na mnie pulpecik o okrągłej, pyzatej twarzy. Bleeee to przecież nie ja!!!


W styczniu tego roku postanowiłam, że czas na zmiany. Zapisałam się na siłownię i zaczęłam zwracać uwagę na to co jem. Chociaż nie można nazwać tego, że bylam na diecie. Jadłam normalne posiłki, zmniejszając jedynie porcje lub proporcje (więcej zielonego a mniej np. makaronu). Ze słodyczy pozwalałam sobie jedynie na gorzką czekoladę, lub gdy coś wyjątkowo długo za mną chodziło (np. eklerki które pokazywałam na Instagramie!) to to jadłam, ale dla spokoju swojego sumienia jadłam to w porach rannych aby mieć szansę na spalenie tego w ciągu dnia. Po tygodniu przestało mnie ciągnąc do słodyczy a gdy ostatnio skusiłam się na kulkę lodów to wydawały mi się takie słodkie, że ledwo dałam radę je zjeść. Cukier spożywam jedynie słodząc herbatę. W zmianie podejścia do jedzenia pomogły mi również treningi, ponieważ gdy widziałam ile muszę się napocić aby spalić przykładowe 300 kalorii to sama przed sobą przyznawałam, że nie warto sięgać po pączka, którym ktoś mnie częstuje. Nie daję się namowom typu "No zjedz, nikt się przecież nie dowie". JA BĘDĘ WIEDZIEĆ!

Must-Have: A sweaty cry each day

Co do treningów na siłowni to trenuję sama, nie korzystałam z pomocy trenera. Staram się iść na siłownię 5-6 razy w tygodniu i ćwiczyć przynajmniej 1 godzinę, tak aby spalić minimum 350 kalorii, to jest ustalony przeze mnie minimalny próg. Są jednak takie dni gdy rozpiera mnie energia i w 1,5 h spalam 650 kalorii. Nigdy jednak nie schodzę poniżej ustalonych 350 kalorii. Ćwiczę głównie na maszynach do kardio, czyli rowerek i bieżnia. Są tez orbiterki, niestety mnie na nich zawsze wysiadają kolana i wieczorem cierpię. Korzystam również z maszyn na poszczególne partie ciała jak nogi, brzuch. pośladki i ramiona. Każde ćwiczenie staram się wykonywać najlepiej jak potrafię i po każdym treningu moją koszulkę można wyciskać, taka jest mokra. Plusem jest to, że siłownia na którą chodzę jest bardzo dobrze wyposażona i ma klimatyzację. Chodzę więc tam z prawdziwą przyjemnością.

Dzisiaj, 12 lutego, mija dokładnie miesiąc odkąd zaczęłam wprowadzać zmiany w życie. Dzisiaj także postanowiłam zmierzyć się, aby zobaczyć czy po miesiącu nastąpił jakikolwiek efekt. I pełna dumy donoszę iż:

Talia  -2 cm
Biodra  -3cm
Biust  -1cm
Udo  -4m!

Łącznie daje to minus 10 cm! Najbardziej szokuje mnie ubytek w udach, nie sądziłam, ze będzie aż tak duży, pomimo że widziałam już delikatną różnicę. Przede wszystkim moje ciało zrobiło się bardziej zbite, nie taka trzęsąca się galareta. Dodatkowo na udach cellulit wydaje się mniej widoczny, co potwierdził nawet mój Chłopak.  No i moje samopoczucie to zwrot o 180 stopni. Czuję się lekko, pełna energii i po prostu mam chęć do działania.Do bycia FIT jeszcze bardzo długa droga, ale ciesze się z każdego postępu, czy uda mi się biec na bieżni bez przerwy 12 minut, czy tez w 20 minut spalę tyle tygodni co w pierwszym tygodniu zajmowało mi aż 40. Każdy mały krok jest ważny. Mam to szczęście, że wspiera mnie moja rodzina i mój Chłopak.



Najważniejsze to się nie poddawać. Wiadomo, że przychodzą takie dni gdy najzwyczajniej w świecie się nie chce. Staram się nie dopuszczać takich myśli do siebie, nie zastanawiam się czy mi się chce czy nie, po prostu pakuję się i jadę. A jak już tyle czasu tam jechałam to przydałoby się zrobić z tego użytek.



Nie wiem czy ktoś z Was dotrzymał do końca tego posta. Jest on dla mnie uczczeniem swojego małego sukcesu, jednej cegiełki, którą udało mi się postawić jak podwalinę wymarzonej sylwetki.
Ja, kanapowy leniwiec, dla którego WF w szkole to było zło najgorsze w świecie, chodzę na siłownię 6 razy w tygodniu :-)

Trzymajcie za mnie kciuki!


Czy są tu osoby, które tez walczą?

KiziaMizia

Dziękuję za odwiedziny :-)

13 komentarzy:

  1. Narzuciłaś sobie sporą dyscyplinę ale to dobrze, udało mi się w styczniu schudnąć 5 kg a teraz mam zastój. Ja ćwiczę jedynie na orbitreku, biegam od 1 – 2 godziny dziennie od 1,5 miesiąca. I na szczęście jeszcze nie mam żadnej kontuzji ani nawet zakwasów. Pokaż co jesz. Czasami nie wiem co zdrowego wymyśle. Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)
      Wiem, że z natury jestem człowiekiem leniwym, więc bez dyscypliny i granic nie uda mi się posuwać do przodu. Jem normalne posiłki, takie jak mój facet. Staram się jedynie ograniczać ilość i dorzucić zawsze coś zielonego. No i wprowadziłam do diety dużo owocowych koktajlów, które skutecznie stawiają mnie do pionu po treningu :)

      Tobie również życzę powodzenia!

      Usuń
  2. Gratuluję rezultatu i trzymam kciuki za więcej i więcej! Ja w rok schudłam prawie 10 kg i straciłam 20 cm w pasie i 10 w biodrach. Nie byłam pulpecikiem, ale rozmiar 38 mi przeszkadzał i nie podobały mi się trzesące się uda. Zbieram się do napisania o mojej przygodnie z chudnięciem i aktywnością fizyczną, ale tak naprawdę wciąż walczę i dodaję nowe rzeczy do tego, co chciałabym napisać w poście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)
      Napisz koniecznie, bo z tego co piszesz odbyło się to zdrowo i bez zagrożenia efektem jojo. Ja postanowiłam pisac co miesięczne podsumowania, tak dla siebie aby się tym jeszcze bardziej motywować :)

      Usuń
  3. Ja walczyć nie muszę. Od lat jem tyle samo nie mniej nie więcej. A że nigdy ten stan się nie zmieniał, to nie zmieniała się też waga. Czasami spadała to fakt...właśnie podczas stresujących momentów, bo nie umiem "myśleć" najedzona. Ale potem starałam się nadrobić straty. Czasami potrafiłam nie ruszać się wcale... Ostatnimi miesiącami zaczynam trochę więcej się ruszać, jednakże nie dokonuję pomiarów, bardziej chodzi o "czucie" własnych mięśni i odrobinę więcej zdrowia dla organizmu. Ale Tobie jak najbardziej kibicuję, mimo wszystko warto czasami pozwolić sobie na małe "grzeszki", choćby dla odmiany rutyny (bo już za jakiś czas ćwiczenia i rozsądne odżywianie ) może się nią stać ;). Kibicuję, oby tak dalej :). Ważne, że Cię to uszczęśliwia.

    www.world-of-mami.blogspot.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak jak piszesz, rozsądne odżywianie to nie może być reżim jak w wojsku. gdy mam na coś ochotę to to jem. Staram się jednak nie przeginać z ilością i następnego dnia przyłożyć się bardziej na treningu. Kompletnie się nie nadaję do rygorystycznych diet, gdzie odważa się gram każdego produktu, byłabym okropnie nieszczęśliwa. Mam nadzieję, że gdy osiągnę swój cel będę potrafiła tak utrzymywać swoją wagę jak ty :-)

      Usuń
  4. Bardzo bardzo trzymam kciuki i solidaryzuję się z Tobą. Sama bardzo dużo przytyłam i teraz staram się coś z tym zrobić, choć jestem na samym początku drogi. Dodatkowo wyszły takie kwiatki, że przyczyną może być choroba tarczycy. Bardzo chciałabym poza aktywnością fizyczną nauczyć się regularnie jeść, choć mam wrażenie że przy moim studenckim stylu życia nie ma na to szans.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę aby wszystkie zdrowotne sprawy się ustabilizowały. Przy chorobach tarczycy niestety może być problem z przyrostem wagi.
      Oj przy studenckim życiu ciężko wyrobić sobie nawyk regularnych posiłków, wiem coś o tym ;)

      Powodzenia w walce! :)

      Usuń
  5. Kochana gratuluje :) Mi niestety podczas 'studenckiego' zycia w ostatnim roku przybylo pare kg... Ale wlasnie regularnymi treningami i opowiednim sposobem odzywiania sie schudlam do dawnej wagi... Ale szczerze to mam ochote jeszcze tak z 4kg stracic... Choc nie zalezy mi tyle na wadze, bo to tylko liczba, ale bardziej na ladnym plaskim brzuchu i moze troche chudszych udach.
    Mnie tez treningi 'wyleczyly' z milosci do slodyczy i od paru miesiecy nie jem NIC slodkiego i w ogole za tym nie tesknie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Podziwiam za bardzo dużą dyscyplinę. Ja także zajadam stres i niestety również odbiło się to na mojej sylwetce (jestem 10 cm niższa od Ciebie i dobijam powoli do 70 kilo). Niestety nie potrafię się zmobilizować do ćwiczeń, ale kto wie? Może teraz, wraz z nadchodzącą wiosną, będę miała siłę do walki z własnymi słabościami?

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za wyrażenie swojej opinii :)
Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć na wszystkie pytania.

Komentarze niestosowne, obraźliwe lub nachalnie reklamujące będą usuwane.