Włosy: 2 x NIE, 1 x SAMA NIE WIEM

Lubię kupować produkty do włosów. Chyba lubię się sama łudzić i rozbudzać w sobie nadzieję, że tym razem to będzie coś ekstra i w końcu moje włosy będą wyglądały normalnie.

Dzisiaj mam 3 krótkie recenzje kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji/stylizacji włosów. Jak już wiecie po tytule 2 z nich mnie rozczarowały, a o jednym sama nie wiem co myśleć.


Garnier mgiełka olejkowa

Opis producenta:
"Mgiełka Olejkowa zapewnia intensywne odżywienie włosów. Mikroskopijne cząsteczki mgiełki z 3 olejków owocowych: mango, moreli i migdałów intensywnie odżywiają włosy. Sucha w dotyku i lekka jak piórko formuła sprawia, że włosy są intensywnie odżywione, lśniące i sprężyste."

Wszystko brzmi cudnie prawda? Jak jest w rzeczywistości?
Ze smutkiem stwierdzam, że ten produkt nie robi z włosami nic. Nie zauważyłam żadnej różnicy w kondycji i wyglądzie włosów pomimo w miarę regularnego stosowania. Po aplikacji moje włosy wyglądają i zachowuję się dokładnie tak samo jak bez. Zero nabłyszczenia, wygładzenia, sprężystości. Zapach jest dosyć intensywny i lekko mdlący, po dłuższym stosowaniu zaczął mnie drażnić. Dodatkowo cena jest mocno przesadzona (kosztuje około 25 złotych) jak za taki badziew. Jedyny plus to to, że rzeczywiście nie jest tłusty i nie obciąża ani przetłuszcza włosów.
Aha, dodam że moje włosy są raczej zniszczone, bez życia czy połysku i puszące się.

A tu macie skład, tych olejków tu tyle co kot napłakał:

Isobutane, Alcohol denat., Dimethicone, Isopropyl Myristate, VP/VA Copolymer, Eurenol, Limonene, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Mangifera Indica Seed Oil/Mango Seed Oil, Alpha-Isomethyl Ionone, Paraffinum Liquidum/Mineral Oil, Butylphenyl Methylpropional, Octyldodecanol, Citronellol, Prunus Amygdalus Dulcis Oil/Sweet Almond Oil, Prunus Armeniaca Kernel Oil/Apricot Kernel Oil, Hexyl Cinnamal, Amyl Cinnamal, Parfum/Fragrance (FIL C163712/2).




Alterra olejek do włosów suchych i łamliwych

Kupiłam tego cudaka w celu zabezpieczania końcówek włosów po myciu. Zachęciły mnie pozytywne opinie na blogach oraz ładny, naturalny skład. Niestety kompletnie się on u mnie nie sprawdził. Używałam naprawdę minimalną ilość tylko na końcach włosów a zawsze kończyłam z tłustymi, posklejanymi strąkami. Wyjątkowo odradzam posiadaczkom cienkich i delikatnych kosmyków, bo ten olejek takie włosy strasznie tłuści i obciąża. Dodatkowo zapach jest dosyć chemiczny. 

Nie pozostaje mi nic innego jak spróbować wykorzystać go do olejowania włosów, ale jedno podejście w tym kierunku nie napełniło mnie optymizmem.
Zoom na skład:





Balea suchy szampon dla brunetek

Suchy szampon jest nareszcie dostępny w każdej drogerii. Do tej pory pamiętam jaki był szał na Batiste, który trzeba było ściągać z Anglii. Przetestowałam tych szamponów całe mnóstwo. Skusiłam się niedawno na wersję do włosów ciemnych marki Balea i sama nie wiem co o nim myśleć. Mojego serca raczej nie podbił. Odświeża włosy, temu nie mogę zaprzeczyć. Jednak wydaje mi się, że po zwykłym suchym szamponie np. Frotte widziałam lepsze efekty. Denerwujące jest tez to, że ten ciemny barwnik/pigment, cokolwiek jest tam dodane, strasznie brudzi. Zdarzyło mi się ubrudzić tym jasną koszulkę, nie wspominając już o szczotkach i grzebieniach, które po czesaniu takich "odświeżonych" włosów lądują od razy w myciu. Więcej się nie na pewno nie spotkamy.



A jakie produkty ostatnio Was rozczarowały?

Serialowy piątek #1 - Moje największe odkrycie serialowe



Uwielbiam oglądać seriale. Jest to dla mnie idealny sposób na relaks i reset. Postanowiłam wprowadzić na blogu "Serialowe piątki" w których poruszać będę tematykę seriali, które oglądałam, obecnie oglądam lub nie mogę strawić. 

Do tej pory najchętniej oglądałam typowo babskie, obyczajowe seriale. Więc gdy znajomy polecił mi oglądanie Breaking Bad podeszłam do tego bez większego podekscytowania. Pamiętam, że obejrzałam jakieś 2 epizody i porzuciłam go. Wróciłam w chwili wielkiej nudy i jakoś przebrnęłam przez 1 sezon. A potem wszystko się rozkręciło i wciągnęłam się na maxa. 

No ale po kolei.
Mili Państwo, przedstawiam Wam serial Breaking Bad.
(Obiecuję, że nie będzie spoilerów ;))

Breaking Bad jest serialem opowiadającym historię Waltera Walta, nauczyciela chemii w liceum, który w dniu swoich 40 urodzin dowiaduje się, że ma nieoperacyjnego raka płuc. W roli Waltera wystąpił Bryan Cranston, którego znałam już wcześniej z roli w Zwariowanym Świecie Malcolma.
Akcja serialu rozgrywa się w Albuquerque w Nowym Meksyku.




Życie Waltera jest dosyć spokojne, aczkolwiek nie należy do najłatwiejszych. Jego rodzina ma ciągłe problemy finansowe, syn cierpi na porażenie mózgowe a Walt z żoną spodziewają się kolejnego nieplanowanego dziecka. Poza pracą w liceum, gdzie czuje się niedoceniany, dorabia także na myjni samochodowej. Po usłyszeniu diagnozy postanawia zrobić coś, aby zabezpieczyć swoją rodzinę finansowo po swoim odejściu. W wyniku kilku wydarzeń, razem ze swoim byłym uczniem Jessim zaczyna produkować metamfetaminę. Aha, czy wspomniałam już, że Walter jest tak naprawdę chemicznym geniuszem?

28-BreakingBad.jpg

Początki nie są łatwe, ale dzięki umiejętnościom Waltera i kontaktom Jessiego udaje im się pojawić na rynku. Ich metamfetamina okazuje się najczystszą jaką udało się wyprodukować. Walter zaczyna działać pod pseudonimem Heisenberg. Warto także wspomnieć, że jego szwagier jest szefem oddziału antynarkotykowego policji.

Jak możecie się domyślić rynek narkotykowy nie jest łatwy, bezpieczny i kolorowy. następuje mnóstwo zwrotów akcji i nieprzewidzianych sytuacji. Zdradzę Wam tylko to, że o Heisenbergu i jego niebieskiej metamfetaminie usłyszą nawet w Europie.


Ogromnie wciągnął mnie ten serial. Niesamowita była dla mnie przemiana wewnętrzna bohaterów i jak często musieli wybrać pomiędzy tym co dobre a tym co złe. Nie ukrywam film ma kilka brutalnych scen, więc nie jest to rodzinny serial na niedzielne popołudnie ;) 

Polecam serdecznie, ja często nie mogłam poprzestać na jednym odcinku i szłam spać grubo po północy bo nie mogłam się oderwać. 


produkcja serialu: niestety już zakończona

ulubiona postać: nie potrafię zdecydować pomiędzy Walterem a Jessiem, lubię także Saula i swego czasu moją sympatię miał też Gustavo

najbardziej irytująca mnie postać: żona Waltera, Skyler (nie potrafię uzasadnić tej mojej niechęci)

czas trwania jednego odcinka: około 40 minut

liczba nakręconych sezonów: 5

Serial Breaking Bad był również wielokrotnie nagradzany, otrzymał kilka nagród Emmy, Złoty Glob i wiele innych.


Zaciekawiłam Was? Czy może znacie już historię Waltera?



źródłą zdjęć: 1, 2 i 3, 4, 5

Powrót na bloga + Obecnie używane i polecane: olejki do twarzy

Jestem. Po roku przerwy jestem z powrotem. Kilka razy zbierałam się do napisania tego posta. Roztrząsałam za i przeciw, jakbym chciała aby było tym razem, co zmienić, co ulepszyć a z czym odpuścić. Nie ukrywam, brakowało mi trochę prowadzenia bloga. Dlatego zdecydowałam się wrócić. Narazie tylko na 2 miesiące, zobaczyć czy uda mi się z powrotem wdrożyć do blogowego światka.


Dzisiaj przychodzę z opisem moich ulubionych ostatnio olejków do twarzy, bez których nie wyobrażam sobie ostatnio mojej pielęgnacji a moja cera świetnie na nie reaguje. Dlaczego akurat 3? Moja skóra ma to do siebie, że potrafi pokazać zadowalające efekty, ale bardzo szybko się przyzwyczaja gdy używam tylko 1 produktu. Dlatego muszę nieco żonglować i stosować je naprzemiennie.


* Pharmaceri koncentrat z witaminą C 1200 mg
Na pierwszy ogień idzie produkt, który kupiłam kompletnie na spontanie, bez wcześniejszego przejrzenia recenzji i ocen. Szczerze powiedziawszy do momentu kupna nawet nie wiedziałam, że w ofercie Pharmaceris coś takiego istnieje. Zgarnęłam go w ozdobnej puszce razem z kremem do twarzy. Do tej pory moje doświadczenia z witaminą C nie były zbyt zachwycające (Flavo- C bleeh), jednak ten produkt okazał się hitem. Bezzapachowy koncentrat, z oleistą konsystencją stał się nieodłącznym elementem wieczornej pielęgnacji. Nasze początki nie były jednak różowe, dopóki nie odkryłam, że za to czy koncentrat właściwie zadziała na mojej cerze odpowiedzialny jest krem, który na niego nałożę. Gdy znalazłam ten odpowiedni efekty zauważalne były gołym okiem. Koloryt cery wyrównany, buzia gładka, promienna i taka widocznie odświeżona, aż szkoda mi było rankiem coś na nią nakładać.
Parę słów o aplikacji: jak już wspomniałam stosuję go wieczorem. Dzięki dołączonej do opakowania pipecie z łatwości mogę dozować produkt. Zazwyczaj odmierzam 5-6 kropli, rozcieram delikatnie w dłoniach i aplikuję go na skórę twarzy lekko wklepując i dociskając (nie rozcieram). Koncentrat bardzo szybko się wchłania i po dosłownie minucie mogę nałożyć krem. Jest bardzo wydajny, kupiłam go w grudniu, stosuję około 4-5 razy w tygodniu i zostało mi jeszcze połowa opakowania.
Pojemność produktu: 30 ml



* Evree Magic Rose Pure Beauty Oil
O marce Evree czytałam już na wielu blogach i były to raczej pozytywne opinie, dlatego gdy byłam w Polsce zakupiłam olejek różany. Przezroczyste opakowanie z pipetką, dosyć delikatny i przyjemny zapach słodkich róż (tego się najbardziej obawiałam) oraz widoczne rezultaty przekonały mnie do niego. Jesienią i zimą gdy moja skóra wariowała. Klimatyzacje i nawiewy w pracy, gorące kaloryfery w domu oraz pogoda dały jej niezły wycisk. Olejek Evree pomógł mi ją ukoić i nawilżyć. Wieczorami dozowałam 5-6 kropli, rozcierałam w dłoniach i wklepywałam w skórę. Następnie aplikowałam krem. Rano do mojego standardowego kremu dodawałam jeszcze kroplę lub dwie olejku (w zależności jakie były potrzeby mojej skóry). Najbardziej zauważalnym efektem był blask, który zyskała moja skóra przy regularnym stosowaniu. Nie była już sucha, matowa i ściągnięta. W dotyku była zauważalnie miększa i jakaś taka "rozpulchniona". Żadnych wad nie dostrzegłam. Bardzo wydajny, używam od września (służył mi praktycznie całą zimę) i mam jeszcze 2/3 opakowania.
Pojemność: 30 ml


* Alterra Gesichtsöl- Bio Granatapfel
Najniżej na podium znajduje się olejek z Alterry, szczerze przyznaję, że sięgam po niego najrzadziej. Jest zdecydowanie najcięższy z całej trójki i mam wrażenie, że moja skóra go "nie pije" a przez to wchłania się całe wieki. Nie potrafię do końca zdefiniować jego zapachu, aczkolwiek nie jest męczący. Jest też najtańszy i najlepiej dostępny z całej gromadki, bez problemu kupicie go w Rossmannie za około 10 złotych. Świetnie odżywia skórę, gdy jest mocno podrażniona i odwodniona. Mam wrażenie, że do cery dojrzałej i bardzo suchej będzie świetny.
Pojemność 30 ml.



A jak jest u Was? Lubie olejki do twarzy?



Przepraszamy, zamknięte.

Nadszedł czas pożegnania. Do oficjalnego zamknięcia bloga zbierałam się już od jakiś 3 miesięcy.
Niestety kompletnie straciłam serce do blogowania, ostatnimi czasy był to bardziej przymus niż przyjemność. Posiadanie ogromnych stosów kosmetyków już mnie nie kręci, bardzo dokładnie rozważam każdy zakup, zazwyczaj wracam do swoich sprawdzonych perełek i staram się dążyć do minimalizmu. Swój wolny czas z przyjemnością poświęcam innym czynnościom niż szukanie dobrego światła do zdjęć a później obrabianie ich. Czas ruszyć dalej i pożegnać pewien etap w swoim życiu.



Chciałabym również z całego serca podziękować wszystkim osobom odwiedzającym to miejsce, za wszystkie komentarze i wiadomości. Dzięki blogosferze udało mi się poznać dużo interesujących osób. Dziękuję.

I z tego miejsca mówię Wam: Żegnajcie!


P.S. Nie zdecydowałam jeszcze czy blog zostanie czy go usunę. Dam sobie trochę czasu do namysłu.

P.S.2. Staram się ostatnio nieco mocniej rozkręcić mojego Instagrama, chętnych zapraszam:





Vichy Dermablend- podkład mur beton?

Jestem niemal pewna, że o bohaterze dzisiejszego postu słyszała każda dziewczyna borykająca się z problematyczną cerą. Legenda głosi, że owy podkład ma wręcz nieziemskie krycie i trzyma się aż do demakijażu, chociaż ostrzega o możliwości efektu maski na twarzy. O kim mowa? O Dermablend z Vichy. Jak się sprawdził u mnie?


Dlaczego w ogóle zainteresował mnie ten produkt?
Jak niejednokrotnie wspominałam na blogu borykam się z cerą naczynkową. Moja cera jest bardzo płytko unaczyniona i często mocno zaczerwieniona. Szukałam podkładu, który pomoże mi czuć się pewniej w dni gdy stan cery jest mocno zaogniony, czyli czegoś co zakryje wykwity i nie będę musiała odpowiadać na pierdyliard tysięcy pytań w stylu "dlaczego jesteś taka czerwona?". Dermablend jest reklamowany jako produkt o wysokiej zawartości pigmentu a co za tym idzie mocno kryjący. Wcześniej używałam próbek i byłam zachwycona, skusiłam się więc na pełnowymiarowy produkt.


Podkład znajduje się w miękkiej tubie z zakrętką, opakowanie do najpraktyczniejszych ani najładniejszych nie należy, no ale cóż przecież wszyscy i tak mówią że liczy się wnętrze. Zapach podkładu jest troszkę chemiczny, kojarzy mi się lekko z plasteliną.

Niestety pierwsze zderzenie z rzeczywistością to kolor. Metodą prób, błędów i próbek zdecydowałam się na najjaśniejszy numer 15 Opal, który bladolicym raczej nie podpasuje. Mimo tego, że dosyć ładnie dopasowuje się do odcienia skóry to w okresie zimowym (kiedy w sumie najbardziej tego podkładu potrzebuję) jego kolor odcina się od szyi i reszty.


Co do pigmentacji to rzeczywiście jest dosyć mocna, aczkolwiek muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej. Poziom krycia określiłabym na mocno-średnie. Aczkolwiek gdy nauczymy się jak aplikować go aby spełnił nasze oczekiwania buzia wygląda naprawdę nieskazitelnie. Dla mnie najlepszą metodą aplikacji jest jajko BeautyBlender, ponieważ równomiernie rozkłada podkład na powierzchni skóry i twarz mimo, że nieskazitelna to nadal w miarę naturalna. Najgorzej nakładało mi się go pędzlem typu flat-top ponieważ jest on dosyć gęsty i ciężko było wyczuć odpowiednią ilość produktu i często kończyłam z maską na buzi. 

Co do komfortu noszenia to dzięki nakładaniu gąbeczką nie czuję, że mam coś na buzi, a mimo, że jest to podkład lekko zastygający na twarzy nie ściąga mnie ani nie powoduje dyskomfortu. Ładnie się też fotografuje. 

Tak prezentuje się podkład na twarzy:
Zdjęcie w świetle dziennym, nie poddane obróbce graficznej. Robione niestety kalkulatorem :P


Jak już wspomniałam buzia po aplikacji jest nieskazitelna. I tak jest. Niestety tylko przez około godzinę. Potem zaczyna się jazda bez trzymanki.

Wyobraźcie sobie sytuację, że po aplikacji podkładu przypudrowałyście go i wyszłyście z domu. Autobus przyjechał za wcześnie i musiałyście podbiec parędziesiąt metrów do przystanku opatulone w szaliki i tym podobne. Na czole, nosie i brodzie wystąpiło kilka kropelek potu. I niestety wraz z tymi kropelkami ulatniał się podkład, robiąc plamki na twarzy w kształcie tych kropelek. Czy to od potu, czy od deszczu podkład zjeżdżał razem z nimi. A gdy nie pociłyśmy się i nie złapał nas deszcz to zaczął się ważyć i wyglądać jak ciasto, zwłaszcza w strefie T.  Nie przypominam sobie abym kiedykolwiek miała do czynienia z tak nie trwałym produktem. Niezależnie od tego jaki krem położę pod niego ani jakim pudrem przypudruję. 


No i mniej więcej tak kończy się moja bajka z Dermablendem. Aby móc go stosować muszę mieszać go z innym podkładem aby wytrzymał na mojej buzi parę godzin. Niestety tracę wtedy trochę z tego nieskazitelnego efektu. I w sumie nie po to wywaliłam ponad 80 złotych na podkład z apteki, żeby nie móc używać go solo. A po używaniu próbek byłam taka zachwycona, chyba ktoś tu mnie zrobił w balona...


Znacie Dermablend? Jaką macie opinię na jego temat?

Mój pierwszy miesiąc bycia FIT!

Nigdy na blogu nie poruszałam tematu swojej wagi ani sylwetki. Nadszedł czas aby zmierzyć się z tym tematem. Ostatnie 2-3 lata okazały się zabójcze dla mojej sylwetki, zwłaszcza ostatni rok akademicki 2013/2014. Z osoby mierzącej 178 cm wzrostu i ważącej około 60 kilogramów, stałam się osobą ważącą ponad 80 kilogramów. I nie czującą się z tym dobrze.

źródło: klik


Jak doprowadziłam się do takiego stanu?
Moim największym grzechem jest zajadanie stresu. Niestety dzień przed ważnym egzaminem postanowiłam zjeść tabliczkę czekolady, paczkę chipsów i popić wszystko butelką Coli i nadal czuć głód. Następną moją bolączką był brak zorganizowania. Byłam studentką studiów dziennych, pracującą na etacie czyli byłam w biegu od 7 rano do 22 wieczorem bez przerwy na jakiś wartościowy posiłek. Największy posiłek jadłam niemal w nocy o 23. Śniadania też często były pomijane bo zazwyczaj rano okazywało się, że zapomniałam kupić chleba, sera lub cokolwiek zjadliwego. Dojadałam więc bułkami słodkimi, lub frytkami. Do tego dochodził ciągły stres bo uczelnia, kolokwia, projekty do oddania a w pracy tez nieustannie cisnęli. Weekendy oczywiście również miałam pracujące, a jak trafił sie dzień wolny to siedziałam od rana w książkach aby nieco podgonić z tyłami na uczelni. Niezbyt zdrowo co? No, ale miałam cel. Uparłam się, że skończę studia w terminie, choćby skały srały a mury pękały. Możecie wyobrazić sobie, że po roku takiego życia byłam wyczerpana fizycznie i zdrowotnie. Przytyłam strasznie, a i tak wiecznie byłam zmęczona, rozdrażniona i bez chęci do życia. Studia skończyłam owszem, nawet z całkiem dobrą średnią. Ale na zdjęciu z dyplomu patrzy na mnie pulpecik o okrągłej, pyzatej twarzy. Bleeee to przecież nie ja!!!


W styczniu tego roku postanowiłam, że czas na zmiany. Zapisałam się na siłownię i zaczęłam zwracać uwagę na to co jem. Chociaż nie można nazwać tego, że bylam na diecie. Jadłam normalne posiłki, zmniejszając jedynie porcje lub proporcje (więcej zielonego a mniej np. makaronu). Ze słodyczy pozwalałam sobie jedynie na gorzką czekoladę, lub gdy coś wyjątkowo długo za mną chodziło (np. eklerki które pokazywałam na Instagramie!) to to jadłam, ale dla spokoju swojego sumienia jadłam to w porach rannych aby mieć szansę na spalenie tego w ciągu dnia. Po tygodniu przestało mnie ciągnąc do słodyczy a gdy ostatnio skusiłam się na kulkę lodów to wydawały mi się takie słodkie, że ledwo dałam radę je zjeść. Cukier spożywam jedynie słodząc herbatę. W zmianie podejścia do jedzenia pomogły mi również treningi, ponieważ gdy widziałam ile muszę się napocić aby spalić przykładowe 300 kalorii to sama przed sobą przyznawałam, że nie warto sięgać po pączka, którym ktoś mnie częstuje. Nie daję się namowom typu "No zjedz, nikt się przecież nie dowie". JA BĘDĘ WIEDZIEĆ!

Must-Have: A sweaty cry each day

Co do treningów na siłowni to trenuję sama, nie korzystałam z pomocy trenera. Staram się iść na siłownię 5-6 razy w tygodniu i ćwiczyć przynajmniej 1 godzinę, tak aby spalić minimum 350 kalorii, to jest ustalony przeze mnie minimalny próg. Są jednak takie dni gdy rozpiera mnie energia i w 1,5 h spalam 650 kalorii. Nigdy jednak nie schodzę poniżej ustalonych 350 kalorii. Ćwiczę głównie na maszynach do kardio, czyli rowerek i bieżnia. Są tez orbiterki, niestety mnie na nich zawsze wysiadają kolana i wieczorem cierpię. Korzystam również z maszyn na poszczególne partie ciała jak nogi, brzuch. pośladki i ramiona. Każde ćwiczenie staram się wykonywać najlepiej jak potrafię i po każdym treningu moją koszulkę można wyciskać, taka jest mokra. Plusem jest to, że siłownia na którą chodzę jest bardzo dobrze wyposażona i ma klimatyzację. Chodzę więc tam z prawdziwą przyjemnością.

Dzisiaj, 12 lutego, mija dokładnie miesiąc odkąd zaczęłam wprowadzać zmiany w życie. Dzisiaj także postanowiłam zmierzyć się, aby zobaczyć czy po miesiącu nastąpił jakikolwiek efekt. I pełna dumy donoszę iż:

Talia  -2 cm
Biodra  -3cm
Biust  -1cm
Udo  -4m!

Łącznie daje to minus 10 cm! Najbardziej szokuje mnie ubytek w udach, nie sądziłam, ze będzie aż tak duży, pomimo że widziałam już delikatną różnicę. Przede wszystkim moje ciało zrobiło się bardziej zbite, nie taka trzęsąca się galareta. Dodatkowo na udach cellulit wydaje się mniej widoczny, co potwierdził nawet mój Chłopak.  No i moje samopoczucie to zwrot o 180 stopni. Czuję się lekko, pełna energii i po prostu mam chęć do działania.Do bycia FIT jeszcze bardzo długa droga, ale ciesze się z każdego postępu, czy uda mi się biec na bieżni bez przerwy 12 minut, czy tez w 20 minut spalę tyle tygodni co w pierwszym tygodniu zajmowało mi aż 40. Każdy mały krok jest ważny. Mam to szczęście, że wspiera mnie moja rodzina i mój Chłopak.



Najważniejsze to się nie poddawać. Wiadomo, że przychodzą takie dni gdy najzwyczajniej w świecie się nie chce. Staram się nie dopuszczać takich myśli do siebie, nie zastanawiam się czy mi się chce czy nie, po prostu pakuję się i jadę. A jak już tyle czasu tam jechałam to przydałoby się zrobić z tego użytek.



Nie wiem czy ktoś z Was dotrzymał do końca tego posta. Jest on dla mnie uczczeniem swojego małego sukcesu, jednej cegiełki, którą udało mi się postawić jak podwalinę wymarzonej sylwetki.
Ja, kanapowy leniwiec, dla którego WF w szkole to było zło najgorsze w świecie, chodzę na siłownię 6 razy w tygodniu :-)

Trzymajcie za mnie kciuki!


Czy są tu osoby, które tez walczą?

Moje cienie z Inglota cz. 3- perły

Na początku mojej przygody z Inglotem byłam totalnie zachwycona ich perłowymi cieniami i namiętnie je kupowałam. Dziś lubię perłę jako akcent makijażu, bo cała powieka w perłach czasami wygląda bardzo ciężko. Nie przedłużając zapraszam do kolejnej części przeglądu moich Inglotowych cieni.



* 110- trochę w tym momencie oszukuję bo 110 jest cieniem o wykończeniu AMC, co oznacza cień o perłowej podstawie z dodatkowymi drobinkami. Jest to mój ulubiony cień jeśli mam ochotę na bardzo rozświetlony makijaż. Zauważyłam też, że ma tendencję do tego, że u każdego wypada nieco inaczej. Dla mnie jest to jasny, szampański kolor bardzo połyskliwy.



* 393- kolejny odcień w kolorze szampana. Lubię go do rozświetlania kącików oczu lub na powiekę ruchomą z przyciemnionym zewnętrznym kącikiem i załamaniem powieki. Jest bardzo jedwabisty w konsystencji i mocno napigmentowany.


* 119- czyli typowe złotko. Bardzo podobny do 393, aczkolwiek jest o wiele bardziej złoty. Jest to wykończenie również AMC, czyli ma dodatkowo w sobie drobinki.


* 407- to brzoskwiniowo-pomarańczowy kolor ze złotym poblaskiem. Strasznie mi się on podoba, niestety przy nakładaniu go pędzlem jego cały pigment gdzieś ucieka. Polecam próbowac aplikacji na mokro. To co potrafi zrobić z błękitną tęczówką oka to jest magia.


* 401- czyli cień, który podobno jest podróbką jakiegoś MACa (bodajże Satin Taupe jeśli dobrze pamiętam). Lubię ten cień, jest on w stanie zrobić praktycznie cały makijaż oka. Kolor to brąz lekko wpadający w srebrny (?), wypada raczej chłodno.

* 399- czyli odcień zgaszonego różu. Bardzo często wybierany do makijaży ślubnych, ponieważ daje bardzo subtelny efekt. Bardzo jedwabisty, mocno napigmentowany, przyjemnie się z nim pracuje.


* 446- czyli również klasyczny ślubniak. Jest to fiolet, ale taki nieoczywisty fiolet. Lubię go rozetrzeć w zewnętrznym kąciku oka. Nakładany na mokro naprawdę zachwyca.


Swatche na skórze:




Dalsza część kolekcji:




 * 153- jest to odcień bardzo podobny do 401, ale jeszcze chłodniejszy. Troszkę twardszy od 401, ale równie dobrze napigmentowany.


*409- to chyba mój pierwszy cień z tej firmy. Widać po nim dosyć mocne eksploatowanie. kolor to przepiękny brąz, który pięknie eksponuje niebieską tęczówkę. Pigmentacja jest naprawdę zabójcza, wystarczy doprawdy ociupinka. Nie osypuje sie i dobrze się rozciera.


* 452- jeszcze jakiś rok temu miałam prawdziwą obsesję na punkcie tego odcienia, przepiękne bordo gościło mi niemal codziennie. Moje oczy były w nim jakieś 100 x bardziej niebieskie. Najlepiej nakładało mi się go palcem bo wtedy mogłam wycisnąć z niego max pigmentacji. Przy nakładaniu pędzlem ta intensywność gdzies uciekała.


* 419- piękna zieleń wymieszana z odcieniem starego złota. Świetnie sprawdzał się jako akcent koloru przy smoky eyes. Mięciutki i dobrze napigmentowany.


* 408- szary, gołąbkowy kolor. Kupiłam go na początku mojej fascynacji perłowymi odcieniami a teraz raczej rzadko po niego sięgam.


* 420- również szary, ale tym razem bardziej stalowy odcień. Znacznie ciemniejszy niż 408.


* 134- mój drugi cień z kolekcji Rainbow. Kupiłam bo oczarował mnie ten najciemniejszy odcień, który latem lubię stosować na dolną powiekę. Przepiękny.

Tak prezentują się na skórze:




Jakbym miala podsumować wszystkie perły z Inglota to wszystkie są dosyć jedwabiste w konsystencji i dobrze napimentowane. Ładnie się rozcierają. Niestety niektóre odcienie przy nakładaniu pędzlem tracą na intensywności, ale wtedy można wklepać je palcem, nałożyć pędzlem syntetycznym lub na mokro.

Jak podobają Wam się te kolory? Coś wpadło Wam z oko?

Projekt denko

Pierwsze denko w tym roku. Produkty już niemal wysypują mi się z torby więc nie przedłużając szybko je omówię.


* Woda termalna Uriage- bardzo dobry produkt do spryskania buzi dy jest podrażniona, alergiczna lub chcemy ją po prostu nieco odświeżyć np. latem podczas upałów. Mój egzemplarz trzymałam w lodówce więc była przyjemnie chłodna. Przy mojej naczynkowej cerze szybko przynosiła mi ulgę.

* Suchy szampon Frotte- obecnie chyba jedyny do jakiego mam dostęp. Z działania jestem bardzo zadowolona, chociaz nieraz muszę się namęczyć aby dobrze go wyczesać. Ostatnio staram się jednak ograniczać używanie suchych szamponów bo slyszałam, że mogą wpływać niekorzystnie na kondycję włosów i wzmagać wypadanie.

* Mleczko do demakijażu Pat&Rub- zawieruszyło się gdzieś w moich zbiorach i odkryłam je całkiem niedawno, niestety było przeterminowane już około 6 miesięcy. Swego czasu bardzo je lubiłam i nawet pisałam o nim na blogu TUTAJ. Ostatnio wyrosłam jednak z miłości do mleczek do demakijażu.

* Szampon Herbal Essences- dobrze sprawował się na włosach, oczyszczał je i nie pozostawiał żadnej warstwy, która mogłaby przyspieszać przetłuszczanie moich włosów. Dodatkowo przepięknie pachniał.



* Bioderma h2o AR- płyn micelarny do cery naczynkowej. Na chwilę obecną mój Święty Graal, ponieważ w miejscu w którym mieszkam woda kranowa strasznie szkodzi mojej cerze i makijaz zmywam tylko i jedynie tym micelem. Jest genialna! Mam już na zapasie 2 opakowania, bo ostatnio w aptece zrobiłam deal życia (wpominalam o tym na moim Instagramie). Miała też swoje 5 minut w poście o MOJEJ AKTUALNEJ PIELĘGNACJI.

* Żel do mycia twarzy Pharmaceris seria dla Naczynkowców- świetny i niezwykle delikatny żel do mycia twarzy. Idealnie zmywa cały makijaż, włącznie z oczami. Z chęcią zakupiłabym kolejne opakowanie gdyby nie fakt, że woda kranowa mi szkodzi.

* Avene Antirougeurs- krem dla naczynkowców- powinnam jak najszybciej poświęcić osobny post, bo ten krem w połączeniu z płynem Biodermy uratował moją cerę a było naprawdę źle. Świetny zarówno na noc jak i na dzień pod makijaż.

* Krem z filtrem Vichy- bardzo go lubiłam, świetnie chroni skórę i jest bezproblemowy w użytku. Nie jest tłusty, nie klei się i bardzo dobrze nosi się na nim makijaż. Polecam i sama muszę na wiosnę kupić nową tubkę.

* Żel pod oczy ze świetlikiem z Flosleku- swego czasu dosyć lubiłam te żele, teraz są dla mnie zdecydowanie zbyt lekkie, wolę kosmetyki bardziej treściwe.

* Lirene tonik- jak dla mnie dość przeciętny produkt, o wiele lepiej sprawdzał mi się ten redukujący przebarwienia, a którego jak na złość nie mogę dorwać w swoim Rossmanie.


* Zmywacz Ebelin- tani i dobrze sobie radzi. Czego chcieć więcej?

* Krem do stóp Balea z mocznikiem- najlepszy jaki dotychczas miałam, świetnie radził sobie z moimi wiecznie przesuszonymi stopami.


* Żel pod prysznic Lirene Brzoskwiniowy deser- piękny zapach, reszta jego właściwości bardzo przeciętna. Dodatkowo miałam wrażenie, że przesusza mi skórę. 

* Żel pod prysznic z Biedronki- DRAMAT! Zobaczyłam go w jakiejs gazetce promocyjnej i poprosiłam mamie aby mi o kupiła. Wyobrażałam sobie jak pięknie będzie on pachniał jagodami. Niestety śmierdział niemiłosiernie, że musiałam się zmuszać aby po niego sięgać.

* Seria Elseve Fibralogy- miałam odżywkę i aktywator gęstości, który należało mieszać z odżywką z tej serii. Ciężko mi powiedzieć czy moje włosy zyskały jakoś na objętości przy jego stosowaniu. Zauważyłam jedynie, że są o wiele bardziej puszyste.

* Szampon Schaum z kofeiną- fajnie oczyszczał włosy, były po nim naprawdę lekkie i długo świeże. Lubiłam go. 

* Odżywka Alverde z awokado- bardzo zaskoczył mnie ten produkt. Niebawem napisze nieco więcej na jego temat jak i odżywki z tej samej serii. 



Poniższe zdjęcie jest wynikiem przeglądania moich kosmetyków, niektóre zużyłam, niektóre sie zwyczajnie zepsuły.

Z wyżej przedstawionych produktów mogę z czystym sercem polecić eyeliner w pisaku z MySecret. Nie bójcie sie go, nie jest Waterproof a końcówka nadawała się do użytku przez jakieś 4 miesiące, co dla mnie jak na pisak jest świetnym wynikiem. Podkład z Kobo również był całkiem przyjemny. Ładnie krył, wyglądał bardzo naturalnie na buzi i był dosyć trwały. Niestety ostatnio zamiast podkładu wylatuje z niego sama woda więc chyba już nadszedł jego kres. Baza z Essence I love Stage to szajs jakich mało. Za baza Inglota również nie przepadam, podobnie jak za żelem do brwi z Catrice.  Dwa produkty do ust, które tylko odleżały swoje w szufladzie, nie wiem czy nawet raz miałam je na ustach a teraz śmierdzą i nadają się tylko do kosza. To czysty dowód tego, ze w ogóle nie powinnam kupowac kolorówki do ust. Srebrny eyeliner z Inglota wysechł na kamień, a paletka cieni jest ze mną już zdecydowanie za długo.